Dr Paweł Grzesiowski wyjaśnia, jak mierzyć skutki pandemii koronawirusa. Liczba przypadków jest mniej istotna

Zamknięte branże płacą cenę za to, żebyśmy nie wychodzili z domu - mówił w TOK FM dr Paweł Grzesiowski. Ekspert podkreślił, że należy się spodziewać kolejnych fal pandemii koronawirusa w naszym kraju.
Zobacz wideo

Na podstawie ostatnich danych dotyczących nowych przypadków zakażeń koronawirusem, dr Paweł Grzesiowski pokusił się w TOK FM o stwierdzenie, że polska pandemia wchodzi powoli w fazę spłaszczenia. - Mamy od ubiegłego wtorku pewną tendencję. W czwartek, piątek, sobotę notowaliśmy po 27 tysięcy przypadków. Te liczby nie wzrastały dzień po dniu, do dajmy na to 30-35 tysięcy. Stąd ta moja teza, choć trzeba być w tej kwestii bardzo rozsądnym - wyjaśnił immunolog i ekspert ds. walki z COVID-19 Naczelnej Rady Lekarskiej.

Czytasz? Zacznij SŁUCHAĆ! Teraz możesz zrobić to za 1 zł

Jak tłumaczył, brak radykalnego skoku zachorowań może być wynikiem tego, że rząd dwa tygodnie temu zaczął wprowadzać obostrzenia na terenie całego kraju. - 26 października zamknięto szkoły dla starszych uczniów i cała Polska trafiła do czerwonej strefy. Wiadomo, choroba wylęga się do 14 dni, więc na efekty każdego obostrzenia trzeba poczekać - sygnalizował ekspert.

Od soboty rygory są jeszcze ostrzejsze. Rząd zamknął sklepy w galeriach handlowych, teatry i kina. Dr Grzesiowski wskazywał, że choć danych o ogniskach zakażeń w tych miejscach nie ma, to jednak decyzja taka miała charakter prewencyjny. - Te miejsca płacą cenę za to, żeby ludzie nie wychodzili z domu. Mamy do wyboru, ogłaszanie zamknięcia branż i wspomaganie ich finansowo, albo robienie tego "od tyłu", czyli wprowadzenie zakazu opuszczania miejsc zamieszkania, jak to zrobiła np. Francja - tłumaczył ekspert i dodał, że cel obu rozwiązań jest taki sam. - Szkoda, że władze tak tego nie przedstawiają. Zamykamy coś nie dlatego, że to miejsce ognisk pandemii, ale dlatego, aby nie tworzyć pretekstu do tłoku na parkingach, czy przy kasach - przekonywał rozmówca Ewy Podolskiej.

Zdaniem gościa TOK FM nie powinno się podawać informacji, dotyczących tylko tego, kiedy może nas czekać szczyt zachorowań. - My możemy kreować różne warianty, ale to zależy od działań rządu i społeczeństwa. Dajmy na to, jeśli lockdown nie zadziała, to szczyt będziemy mieli w grudniu, będziemy notować po 50 tys. przypadków dziennie, a umierać będzie po 500 osób. Z kolei, jeśli ograniczenia zadziałają w 50-procentach, to szczyt będzie w końcu listopada. Natomiast, jeśli społeczeństwo zachowa się jak w marcu (ograniczą aktywność, zostanie w domach), to tę falę może skończymy za dwa tygodnie. Takie rozważania możemy snuć - wskazywał ekspert ds. walki z COVID-19 Naczelnej Rady Lekarskiej.

Koronawirus w Polsce. Jak mierzyć rozwój pandemii?

Dr Grzesiowski zdradził, że gdyby miał czarodziejską różdżkę, to sprawiłby, że w Polsce w ciągu jednego dnia by się pojawiło 10 tys. łóżek dla pacjentów chorych na COVID-19. - Bo to jest największy problem. Do tego dołożyłbym 1000 wyposażonych karetek, który mogłyby jeździć po polskich miastach oraz ściągnąłbym do Polski kilka tysięcy lekarze i pielęgniarek, bo brakuje rąk do pracy - wyliczał ekspert.

Podkreślał, że społeczeństwo nie w pełni zdaje sobie sprawę ze skali pandemii i z mizernych rezerw, jakie mamy w systemie ochrony zdrowia. - Zasadniczo co szóste łóżko szpitalne w Polsce zajmuje pacjent chory na COVID-19. Proszę spojrzeć na rzeczywistą umieralność, która w październiku tego roku była wyższa o 40 procent niż w roku ubiegłym. To oznacza, że zmarło około 5000 więcej osób. To mierniki pandemii, a nie to, czy mamy 24 tys. czy 28 tys. przypadków dziennie. Około 500-700 osób każdego dnia trafia do szpitala i to musi nas niepokoić. Od kilku tygodni w zasadzie zabieramy łóżka innym pacjentom, likwidowane są np. oddziały rehabilitacji. Jeśli teraz osoba starsza złamie szyjkę kości udowej i potrzebuje pilnej pomocy, to możliwe jest, że jej najbliższy szpitali już jest COVID-owy, więc musi szukać pomocy gdzie indziej - opowiadał dr Grzesiowski.

I porównał obrazowo pandemię do fali powodziowej. - Albo otwieramy, albo zamykamy tamę. Jeśli zbyt dużo wody przejdzie przez nią, to za nią będziemy mieć powódź. Nasza służba zdrowia zachowuje wydolność jeśli mamy 5-7 tys. przypadków dzienne. Jeśli obniżmy poziom zachorowań do tego poziomu, to jesteśmy w stanie pomóc wszystkich chorym. Zachorowalność na COVID-19 powyżej 10 tys. przypadków dziennie sprawia, że jest inaczej - wskazał lekarz.

Zganił też rządzących, że nie przygotowali systemu opieki zdrowotnej na kolejną falę pandemii. - Od marca mogliśmy przygotować szpitale, personel. Teraz to ogromny eksperyment. A będą przecież kolejne fale, bo tak wygląda ta pandemia, że co 2-3 miesiące następuje wzrost zachorowań. Obecna sytuacja musi nas nauczyć, żeby być przygotowanym i w odpowiednim momencie wprowadzać ograniczenia, głównie polegające na zamykaniu szkół i zmniejszaniu mobilności ludzi, co ograniczy kontakty – prognozował doktor Paweł Grzesiowski.

DOSTĘP PREMIUM