Strajkiem grożą pielęgniarki i ratownicy, rząd zdenerwował rezydentów. "Wcale się nie dziwię, że rozważają protesty"

- Nie dość, że każda grupa zawodowa widzi niedofinansowanie i słabą organizację systemu ochrony zdrowia, to dodatkowo w ostatnich miesiącach wchodziły przepisy, które powodowały dodatkowy ferment w środowisku i, moim zdaniem, słuszne protesty - oceniała w TOK FM Aleksandra Kurowska, ekspertka ds. polityki zdrowotnej.
Zobacz wideo

Zamiast uspokajać sytuację w służbie zdrowia, działania rządu powodują frustrację kolejnych grup zawodowych. Wśród powodów są nie tylko sprawy, które przewijają się od lat, ale też przepisy wprowadzone niedawno. Strajkiem grożą pielęgniarki i ratownicy medyczni, o swoim niezadowoleniu mówią diagności laboratoryjni, a ostatnio rząd znów zdenerwował rezydentów. - W tej trudnej sytuacji dostają dodatkowe powody do zdenerwowania, do rozgoryczenia. Wcale im się nie dziwię, że rozważają protesty - mówiła w TOK FM Aleksandra Kurowska, ekspertka ds. polityki zdrowotnej, dziennikarka portalu cowzdrowiu.pl. 

- Myślę, że gdyby nie COVID, mielibyśmy dużą falę protestów - oceniła. Dodała jednak, że osoby ze środowisk medycznych mają poczucie odpowiedzialności i biorą pod uwagę, jak trudna jest dzisiejsza sytuacja. A wśród najbardziej niezadowolonych grup wymieniała diagnostów laboratoryjnych. Jako przykład podawała rozmowę na jednym z forów, gdzie ktoś zapytał o "godną stawkę" dla diagnosty. I tą "godną stawką" były 4 tysiące złotych. - Bardzo dużo osób nie jest w stanie osiągnąć takich zarobków mimo skomplikowanych studiów medycznych i bardzo odpowiedzialnej pracy - podkreślała ekspertka. 

Zauważała, że protestem grożą ratownicy medyczni, którzy też są słabo wynagradzani, a Ministerstwo Zdrowia nie wywiązuje się z zawartego z nimi porozumienia. Prowadzący audycję Maciej Zakrocki przypominał o rozporządzeniu ministra zdrowia, które dotyczyło lekarzy rezydentów. - To jest jednym z symboli tego, jakie są te oklaski dla systemu ochrony zdrowia - stwierdziła ironicznie ekspertka. - Na początku ludzie nie dowierzali. Otóż przygotowano projekt, wypuszczono go dopiero 29 października, 30 października już był opublikowany, czyli o konsultacjach nie było mowy, bo środowiska medyczne dostały kilkanaście godzin na zapoznanie się, a od listopada wszedł w życie - dodała. 

- Lekarze po studiach medycznych starają się robić specjalizację, i tak bez COVID-u jest wiele utrudnień, często trudno jest dostać się na rezydentury - wyjaśniała dalej. - Starają się dostać do miejsc, gdzie będą mogli się jak najwięcej nauczyć - podkreślała. Jak dodała, młodzi lekarze wybierali zazwyczaj placówki, w których jest najwięcej pacjentów z zakresu ich specjalizacji, pracuje najlepsza kadra, od której mogą się uczyć. Zaznaczała, że to wszystko ma wpływ na to, jak my, jako pacjenci, będziemy w przyszłości leczeni. 

Jednak wprowadzone naprędce przepisy odbierają rezydentom taką swobodę wyboru. - Pozwalają wojewodzie skierować takiego młodego lekarza do innej placówki - tłumaczyła ekspertka. - W tych przepisach nie ustalono, jakie są kryteria do tego, nie ma znaczenia, kto jakie miał w wyniki w nauce, nie ma uwzględnionej żadnej formy rekompensaty za koszty dojazdu, sytuacji rodzinnej, nie jest wyjaśnione, jak później maja się odnaleźć w tym systemie stażowym - mówiła. 

Ostatnio różne organizacje lekarskie zrzeszone w Porozumieniu Organizacji Lekarskich, w związku z "narastającymi od lat zaniedbaniami w ochronie zdrowia", opublikowały dziewięć swoich postulatów. Wśród nich jest m.in. "zagwarantowanie wszystkim medykom środków do leczenia i ochrony niezależnie od typu placówki", gwarancja "ubezpieczenia personelu medycznego na wypadek trwałej choroby nabytej w trakcie udzielania świadczeń lub śmierci", zagwarantowanie "bezpieczeństwa prawnego lekarzom zgłaszającym powikłania" oraz "przejrzystych i jednoznacznych zasad wynagradzania", a także "zagwarantowanie klarownego procesu rekrutacji na specjalizację i kierowania na rezydenturę oraz jasno określonego przebiegu szkolenia". 

DOSTĘP PREMIUM