Leczył "koronasceptyków" i widział strach lekarzy. Prof. Tomasiewicz: Pandemia pokazała, że medycyna to wiele niewiadomych

Profesor Krzysztof Tomasiewicz od początku jest na froncie walki z epidemią koronawirusa. Podłączał pod respiratory "koronasceptyków", widział też ludzi, którzy do szpitala trafili o wiele za późno. - Niejednokrotnie trafiają do nas już w bardzo poważnym stanie, bo siedzieli w domu, wmawiali sobie, że to nic poważnego, nie wierzyli, że coś może się im stać - mówi w rozmowie z TOK FM profesor.
Zobacz wideo

Profesor Krzysztof Tomasiewicz jest nie tylko szefem Kliniki Chorób Zakaźnych w Szpitalu Klinicznym nr 1 w Lublinie, ale też konsultantem wojewódzkim. W ostatnich dziewięciu miesiącach - razem ze współpracownikami - wielokrotnie walczył o życie i zdrowie pacjentów z koronawirusem. Również "koronasceptyków", którzy trafiali na oddział w bardzo poważnym stanie. - Zdarzało się, że pacjenta podłączaliśmy pod respirator, a od jego żony przez telefon słyszałem, że on nigdy nie wierzył w koronawirusa - opowiada w rozmowie z TOK FM. - Twierdzenie po wyjściu z choroby, że teraz już rozumiem i w koronawirusa wierzę, nie jest do końca w porządku - dodaje.

Gdy pytamy, czego nauczyły go miesiące pandemii, odpowiada, że sporo dowiedział się o ludziach. Z jednej strony o lekarzach, którzy - zwłaszcza na początku - bali się koronawirusa jak ognia. Zdarzało się, że nie chcieli przyjmować pacjentów, sami szli na zwolnienia czy urlopy. Bywało, że odsyłali z SOR-u czy z Izby Przyjęć do Kliniki Chorób Zakaźnych pacjenta z zawałem. - Problemem była kwestia indywidualnych postaw niektórych pracowników służby zdrowia, ich strach przed pacjentem, strach przed zarażeniem. Z jednej strony strach jest oczywiście zrozumiały, ale z drugiej jako lekarze pomagamy przecież różnym pacjentom - mówi profesor.

Różne były i są postawy również samych chorych i ich rodzin. - To, co wiąże się z koronawirusem, to ogromna samotność tych pacjentów. Nikt ich w szpitalu nie może odwiedzić, my jako personel też wchodzimy do nich rzadko. Pozostają im telefony czy środki komunikacji elektronicznej. Ale samotność jest bardzo widoczna - mówi nasz rozmówca.

Jednak widoczne jest również bagatelizowanie problemu przez część chorych. - Niejednokrotnie trafiają do nas, do szpitala, już w bardzo poważnym stanie, bo siedzieli w domu, wmawiali sobie, że to nic poważnego, nie wierzyli, że coś może się im stać - dodaje profesor. I apeluje, żeby nie czekać ze zgłoszeniem się do lekarza do ostatniej chwili. Tłumaczy, że do szpitala powinniśmy się zgłaszać wtedy, kiedy pojawiają się pierwsze trudności z oddychaniem, duszność. Bo wtedy pogorszenie stanu zdrowia może nastąpić błyskawicznie.

"Pandemia pokazała, że medycyna to wiele niewiadomych"

- My wciąż o koronawirusie bardzo wielu kwestii nie wiemy, choćby w sprawie nabywania odporności. Nie wiemy na przykład, dlaczego w jednym domu, mieszkając wspólnie, mąż się zakaża i przechodzi ciężko, a żona nie - tłumaczy prof. Tomasiewicz. Przez ostatnie miesiące lekarze w dużej mierze sami się uczyli, i dalej uczą, co podać danemu choremu i w którym momencie choroby to zrobić, by móc zapobiec najgorszemu.

Lekarze wiedzą już m.in., że u części pacjentów pomocne jest osocze ozdrowieńców. - Na początku tego osocza brakowało. Bywało, że dzwoniliśmy i słyszeliśmy, że dostaniemy, ale dopiero za dwa dni. A nikomu nie muszę tłumaczyć, co oznaczają te dwa dni przy leczeniu COVID-19. Dziś już problemów z osoczem nie ma - przyznaje profesor. 

Szczepienia? Ogromne wyzwanie logistyczne

Profesor - tak jak wielu z nas - wierzy, że przełomem w walce z pandemią będzie szczepionka. Ale warunek jest jeden: musi się zaszczepić jak najwięcej z nas. - Mam nadzieję, że poradzimy sobie z tym wyzwaniem logistycznym, jakim będzie zaszczepienie milionów pacjentów, choć na pewno nie będzie to proste - stwierdza. - Tutaj kluczowa będzie chęć zaszczepienia. Nie oczekujemy, że się wszyscy zaszczepią, to w ogóle nie wchodzi w rachubę. Natomiast jeśli chcemy chronić tych, co się nie zaszczepią, to musi się zaszczepić nas jak najwięcej - mówi profesor.

W jego opinii, szczepienia będą wyzwaniem dla punktów szczepień, dla lekarzy rodzinnych. - Są dwie dawki szczepienia, więc należy przypilnować, by osoby, które dostały pierwszą dawkę, dostały też drugą. Mogą się pojawić jakieś działania niepożądane, które sprawią, że część osób będzie niechętna przyjęciu tej drugiej dawki. Wtedy trzeba przekonywać pacjentów, że chodzi o przeciwdziałanie chorobie naprawdę potencjalnie śmiertelnej - mówi Tomasiewicz.

Podkreśla, że najważniejsze jest, by tak wszystko zorganizować, aby nie zaszkodzić przy okazji sobie i pacjentom. - Musi być ścisły reżim sanitarny, aby nie gromadzić dziesiątek czy setek ludzi na szczepieniach. Tak, żeby chcąc walczyć z pandemią, nie spowodować szerzenia się tego wirusa, bo to też potencjalnie jest możliwe - zaznacza. - Kluczowe jest, by wydzielić strefy dla osób czekających na zaszczepienie i dla tych, którzy są po szczepieniu, a muszą 20-30 minut poczekać, czy coś się nie zadzieje - tłumaczy Krzysztof Tomasiewicz. Jak dodaje, jest przeciwnikiem, by szczepienia przeciwko COVID-19 odbywały się w szpitalach, bo nie jest tajemnicą, że część takich placówek chce wejść w program szczepień.

DOSTĘP PREMIUM