"Po wybudzeniu marzyłam o kanapce. Ale nawet przełknięcie wody było bolesne". Prof. Sieroń o dochodzeniu do siebie po COVID-19

Po wybudzeniu marzyła mi się kanapka. Ale po ośmiu dobach intubacji przełknięcie nawet łyka wody jest bolesne. Pierwsze dwa tygodnie w domu żyłam na rosole i miękkich bułkach. Celem numer jeden był prysznic, na siedząco - opowiadała w TOK FM prof. Karolina Sieroń kierująca oddziałem covidowym katowickiego szpitala MSWiA. Lekarka przez kilkoma tygodniami opuściła oddział intensywnej terapii, na który trafiła w ciężkim przebiegu COVID-19.
Zobacz wideo

Prof. Karolina Sieroń niespełna pięć tygodni temu została odłączona od respiratora i wróciła do samodzielnego oddychania, 3,5 tygodnia temu wróciła do domu. Teraz dochodzi do siebie i przechodzi rehabilitację.

W TOK FM przyznała, że gdy zachorowała, nie zakładała, że skończy się do dla niej czymś więcej niż leżeniem w łóżku. - Początkowo w ogóle nie byłam świadoma, że to tak będzie wyglądać. Pierwszych kilka dni spędziłam w domu, byłam osłabiona. Leżałam w łóżku, nie miałam gorączki, nie straciłam węchu, smaku - wspominała w rozmowie z Przemysławem Iwańczykiem.

Takiej okazji, by zacząć słuchać, jeszcze nie było! Wszystkie podcasty TOK FM za 1 zł

Niestety sytuacja zaczęła się pogarszać i lekarka trafiła najpierw na kierowany przez siebie oddział, a potem na oddział intensywnej terapii w innym szpitalu. - Koledzy - delikatnie mówiąc - wytłumaczyli mi, że mój stan nie jest tak świetny, jak mi się wydawało. A potem powiedzieli, że optymalnym miejscem będzie OIOM w innym szpitalu - relacjonowała.

Przyznała, że z jednej strony w swoim szpitalu czuła się bezpiecznie, z drugiej rozumiała ich punkt widzenia - zajmowanie się chorą koleżanką nie należy do rzeczy komfortowych. 

- Może nie wykłócałam się, ale chciałam moment intubacji, wprowadzania w śpiączkę, odwlec, żeby mnie tam dowieziono na tlenie. Ale uznano, że to zbyt ryzykowne - wspominała prof. Sieroń. Pod respiratorem spędziła osiem dni.  W tym czasie jej chorobę nagłośnił m.in. poseł Jerzy Polaczek (sam chory na COVID-19), który zachęcał ozdrowieńców do oddawania osocza. - O całej burzy medialnej dowiedziałam się po kilku dniach, kiedy jedna z pielęgniarek powiedziała mi, że na zdjęciach wyglądam trochę inaczej - przyznała lekarka.

Profesor, jak mówiła, nie ma żadnych wątpliwości, że uratowano jej życie.  - Odsetek pacjentów intubowanych, którzy przeżywają, jest niewielki. To 15-25 proc. Miałam niesamowite szczęście - podkreśliła.

Osiem dni pod respiratorem

Wypowiedzi rozmówczyni Przemysława Iwańczyka kilka razy przerywał kaszel. To tylko jedna z dolegliwości, z którymi lekarka wciąż się zmaga. Najgorsze - jak mówiła - jest osłabienie i brak sprawności fizycznej. - Po wybudzeniu, kiedy mogłam oddychać, dostałam telefon. Wiadomości, które dostałam, odczytywałam przez dobre kilka dni. Byłam bardzo słaba, miałam dosyć mocno upośledzone funkcje ruchowe - opowiadała.

Po ośmiu dniach unieruchomienia, w czasie leczenia na oddziale intensywnej terapii, już po wybudzeniu do prof. Sieroń zaczął przychodzić fizjoterapeuta, by powoli przyzwyczajać jej organizm do ruchu. - Wcześniej byłam aktywna ruchowo - np. boksowałam. Nagle okazało się, że jestem pacjentem leżącym, dla którego napicie się wody ze strzykawki jest wysiłkiem nie do przejścia - wspominała w TOK FM.

Lekarka po powrocie do domu poruszała się z pomocą chodzika, przez pierwszą dobę asekurowana przez dzieci. Celem był prysznic - najpierw na siedząco, potem na stojąco, kolejnym - jazda samochodem. Dziś, 3,5 tygodnia po powrocie do domu, lekarka porusza się już samodzielnie. Wciąż jednak pozostaje pod opieką fizjoterapeuty. 

Problemem były również posiłki i to nie tylko ze względu na potężne osłabienie, ale też skutki intubacji. - Po wybudzeniu marzyła mi się kanapka. Ale przełknięcie nawet łyka wody było bolesne. Pierwsze dwa tygodnie w domu żyłam na rosole i miękkich bułkach - wspominała. - Pierwsza zupa, jaką zjadłam, to tak, jakby małe dziecko uczyło się jeść. Połowa zupy była na mnie - mówiła lekarka.

Schody jak Mount Everest

Prof. Sieroń przyznała, że dojście do siebie po koronawirusie jest trudne również dla osób, które nie przeszły go tak ciężko jak ona. - Te osoby szybko się męczą, długo kaszlą, zwracają uwagę na przewlekłe bóle głowy, bezsenność, natomiast największy wysiłek, o którym mówią, to jest wejście po schodach. Z kim nie rozmawiam, to słyszę, że pierwsze schody to był prawie Mount Everest - podkreśliła.

Dodała, że coraz ważniejsze staje się przygotowywanie oddziałów rehabilitacyjnych dla pacjentów wychodzących z COVID-19. A także opieka psychologiczna. - Im dłużej leżymy, jesteśmy bierni ruchowo, tym dłuższy jest powrót do formy. Każda czynność była dla mnie ogromnym sukcesem - mówiła. Dodała też, że przez moment współpacjentem na oddziale chorób płuc był mężczyzna, który chorował trzeci raz. 

- Tytuł, wykształcenie, pieniądze nic nam nie dają. Nie ma reguły. Życie sobie przewartościowałam, bardziej cenię to, co mam. Bardziej cenię ludzi, z którymi się przyjaźnię. Bardziej cenię czas, który mogę spędzić z dziećmi. Wiem, że do tego, że jestem, przyłożyło się wiele osób - podsumowała.

DOSTĘP PREMIUM