Izolatorium dla chorych na COVID-19, a tuż pod nim dom opieki. "Robią biznes na koronawirusie"

Na pierwszym piętrze izolatorium dla chorych na COVID-19, pod nim sale, w których leżą pensjonariusze z najwyższej grupy ryzyka, a obok - punkt szczepień. Tak działa jeden z warszawskich domów opieki. Władze placówki twierdzą, że spełniają wszelkie wymagania, ale bliscy niektórych pensjonariuszy są innego zdania.
Zobacz wideo

Czytelniczka zaalarmowała nas, że jedno z warszawskich izolatoriów dla osób z objawami COVID-19 działa w tym samym budynku, co dom opieki - tyle że na różnych piętrach. Na jednym izolowani są pacjenci covidowi, a na pozostałych schorowani pensjonariusze. "Zwożone są tam (do izolatorium) bardzo ciężkie przypadki, również osoby zarażone z innych domów opieki, przez co życie i zdrowie seniorów jest zagrożone" - napisała czytelniczka.

Zastanawiała się, kto wyraził zgodę na przekształcenie części domu opieki w izolatorium. Czy był to wojewoda? Czy władze miasta? Czy jednak NFZ? "Zamiast chronić seniorów, ludzi starych i schorowanych, urzędnicy narazili ich na niebezpieczeństwo" - oburzała się. Przypominała, że to ten sam budynek, który w marcu 2020 roku stał się ogniskiem epidemii. Zmarło wówczas kilkunastu pensjonariuszy. Po tamtych wydarzeniach zmienili się właściciele domu opieki.

Izolatorium w tajemnicy

Z ogólnodostępnych dokumentów wynika, że izolatorium działa w domu opieki od końca listopada. W mazowieckim NFZ dowiadujemy się, że pod koniec stycznia przebywało w nim 152 pacjentów. To ponad dwa razy więcej niż w podobnym czasie na Stadionie Narodowym - tam było ich zaledwie 64. Nasza czytelniczka szacuje, że pensjonariuszy domu opieki jest około 30. Tłumaczy też, że woli pozostać anonimowa, bo jest związana z domem opieki. 

- O izolatorium dowiedzieliśmy się przez przypadek, moim zdaniem ten fakt był utrzymywany w tajemnicy - twierdzi kobieta. Opowiada, jak pod koniec listopada do domu opieki przyszła komisja. - Tego samego dnia pozaklejano taśmą szyby w oknach. Tak, że te starsze osoby nie były w stanie zobaczyć, co dzieje się na zewnątrz - wspomina. Twierdzi, że ani pensjonariuszy, ani ich bliskich nie informowano, że piętro wyżej powstaje izolatorium, a tabliczka na zewnątrz pojawiła się niedawno.

Głośno o izolatorium zrobiło się pod koniec grudnia, kiedy jedna z pacjentek zmarła, a w akt jej zgonu wpisano złe nazwisko. Starsza kobieta do izolatorium trafiła z innego domu opieki, a później została przewieziona do pobliskiego Szpitala Czerniakowskiego. Tam tego samego dnia zmarła. Gdy córka kobiety wpisanej w dokumenty zgłosiła się po jej rzeczy, okazało się, że jej matka żyje. Szpital tłumaczył, że błędny akt zgonu wystawił na podstawie dokumentów właśnie z izolatorium.

Czyje to izolatorium?

Położony niecały kilometr od izolatorium Szpital Czerniakowski wyjaśnia, że formalnie nie ma z placówką nic wspólnego. Słyszymy, że izolatorium przy Bobrowieckiej prowadzi "obcy i niezależny" podmiot, a pacjentka trafiła akurat do nich, bo było najbliżej. - Mamy tyle związku z tym izolatorium, że przysłano nam pacjenta z nieprawidłowymi dokumentami - słyszymy w placówce.

W ratuszu dowiadujemy się, że izolatorium przy Bobrowieckiej nie ma nic wspólnego z żadnym z miejskich szpitali. - Wojewoda mazowiecki jest właściwy do tworzenia i prowadzenia rejestru izolatoriów, do których pacjentów może skierować każdy szpital, przychodnia czy też sanepid, o ile te osoby spełniają odpowiednie kryteria - wyjaśnia rzeczniczka Karolina Gałecka. - Odkąd Stadion Narodowy funkcjonuje jako szpital tymczasowy, który jest właściwie izolatorium, wojewoda systematycznie odwołuje decyzje dotyczące funkcjonowania pozostałych izolatoriów - dodaje.

Nasza czytelniczka opowiada, że sama też próbowała dowiedzieć się, kto dopuścił do tego, że izolatorium powstało w domu opieki. - Od prezydenta miasta dostałam odpowiedź, że oni się tym nie zajmują, bo izolatoria są w gestii wojewody. Dostałam pismo z NFZ, że jeżeli chcę złożyć skargę, muszę zrobić to oficjalnie, podając imię i nazwisko, bo inaczej sprawa nie zostanie rozpatrzona  - stwierdza.

Wystarczyło się zgłosić

Pytamy zatem w urzędzie wojewódzkim, jak dokładnie wygląda procedura wyboru miejsca, w którym powstanie izolatorium. W jaki sposób weryfikowane jest to, czy dane miejsce rzeczywiście będzie do tego odpowiednie? Czy uznano kiedykolwiek, że jakieś miejsce nie spełnia wymagań? Jeśli tak, to z jakiego powodu? Dostajemy zwięzłą odpowiedź, że "każdy z obiektów, aby stać się izolatorium, musi spełnić warunki zapisane w rozporządzeniu Ministra Zdrowia".

Chodzi o rozporządzenie z 26 marca ubiegłego roku (część jego zapisów zmieniono w październiku) określające standard opieki w izolatoriach. I tak, zgodnie z przepisami każdy pokój musi mieć swój węzeł sanitarny, pacjenci muszą dostawać do pokojów trzy posiłki dziennie, muszą mieć zapewniony kontakt z personelem medycznym. Placówka musi pobierać materiał do badań na obecność koronawirusa, a w razie pogorszenia stanu zdrowia - zapewnić transport do szpitala. 

Urząd zapewnia nas, że jeżeli dany obiekt nie spełnia warunków rozporządzenia, nie jest brany pod uwagę. Podkreśla też, że za utworzenie i funkcjonowanie izolatoriów odpowiadają szpitale, które same podpisują umowy z prowadzącymi je podmiotami. Jednak na stronie urzędu wojewódzkiego czytamy również, że to wojewoda "podejmuje starania dotyczące stworzenia" izolatorium, które polegają na "szukaniu obiektów, które mogłyby być wykorzystane przez szpitale". 

Skoro izolatorium przy Bobrowieckiej nie zostało powołane przez żaden ze szpitali, to jak to możliwe, że w ogóle działa? "Zostało utworzone na podstawie deklaracji Spółki o możliwości prowadzenia izolatorium zgodnie z wymogami rozporządzenia Ministra Zdrowia" - brzmi odpowiedź urzędu. Wygląda więc na to, że wystarczyło się do takiej roli zgłosić. Jak dowiadujemy się dalej, NFZ "wpisał izolatorium do wykazu placówek udzielających świadczenia w związku z przeciwdziałaniem rozprzestrzenianiu się koronawirusa", w związku z tym trafiają do niego "pacjenci posiadający skierowanie lekarskie do objęcia opieką w izolatorium". Wtedy też Fundusz odkręcił kurek z pieniędzmi.

Nie udało nam się potwierdzić, czy pracownicy urzędu wchodzili w skład komisji i czy sprawdzili, jak w praktyce chronieni są leżący na pozostałych piętrach pensjonariusze.

Odpowiedź na zapotrzebowanie wojewody

Na stronie domu opieki na próżno szukać informacji o tym, że działa w nim izolatorium. Jest natomiast informacja, że dom opieki prowadzi rekonwalescencję dla ozdrowieńców, wraz z pełną opieką specjalistyczną, badaniami i "rehabilitacją we współpracy ze szpitalem jednoimiennym". Czytamy również o tym, że stosuje najwyższe środki bezpieczeństwa, a personel testowany jest co 14 dni.

Dyrektorka Magdalena Stolarczyk najpierw nie znajduje czasu na rozmowę, tłumaczy, że do izolatorium właśnie trafiają kolejni pacjenci. Porozmawiać udaje się na drugi dzień.

 - Pacjenci kierowani są do nas ze szpitali, z innych domów opieki, przez lekarzy pierwszego kontaktu, kierują do nas przychodnie. To są pacjenci, którzy nie wymagają hospitalizacji - wyjaśnia dyrektorka. - My jesteśmy izolatorium, które jest powołane przez wojewodę. Izolatoria przyszpitalne są bardzo małe - tłumaczy dalej. - W szpitalach brakuje personelu. I to bardzo. Izolatoria przyszpitalne mają bardzo mało miejsc, a my mieliśmy nawet 150 - stwierdza.

- Ilu pacjentów przewinęło się przez izolatorium? - dopytuję.

- Od końca listopada do dzisiaj ponad 250 osób. Było 200 miejsc, mieliśmy parę takich tygodni, gdzie mieliśmy ponad 100 osób jednocześnie, z czego 50-60 osób to były osoby leżące. W tej chwili wojewoda zmniejszył tę liczbę. Mamy 50 miejsc.

Dyrektorka mówi również, że spółka zwyczajnie "odpowiedziała na zapotrzebowanie wojewody". - Sprostaliśmy wymaganiom, po prostu - wyjaśnia dalej dyrektorka. - Mamy dom opieki na dwóch piętrach, a następne dwa są zupełnie wydzielone, kompletnie odizolowane - zapewnia. Podkreśla, że dom opieki ma "warunki i personel" do prowadzenia izolatorium.

Izolatorium przy Bobrowieckiej w Warszawie mieści się w tym samym budynku co dom opiekiIzolatorium przy Bobrowieckiej w Warszawie mieści się w tym samym budynku co dom opieki Piotr Barejka

NFZ daje pieniądze. I to całkiem sporo

Rzecznik mazowieckiego oddziału Narodowego Funduszu Zdrowia mówi nam, że Fundusz jedynie finansuje działanie izolatoriów. Nie ma wpływu na to, kto i gdzie je prowadzi. Przy czym NFZ wie, że przy Bobrowieckiej działa izolatorium, a jak informuje nas Andrzej Troszyński, pod koniec stycznia przebywało w nim 152 chorych na COVID-19. Poza tym na stronie Funduszu czytamy, że "obiekty, które będą pełnić rolę izolatoriów, wskażą wojewodowie".

"Chodzi o to, aby znajdowały się blisko szpitali jednoimiennych lub innych szpitali zakaźnych i placówek, które dysponują oddziałami zakaźnymi. To właśnie personel medyczny tych szpitali będzie opiekował się izolowanymi pacjentami" - pisze NFZ. Dalej czytamy, że Fundusz zabezpiecza działalność izolatoriów od strony finansowej. Czyli po prostu płaci za każdą dobę, którą pacjent w nim spędza. 

Niemało, bo za dobę pobytu pacjenta w izolatorium w hotelu czy bursie, z którymi umowy mają podpisane szpitale, jest to 200 złotych. Z kolei za dobę w izolatorium zlokalizowanym w szpitalu, sanatorium lub szpitalu uzdrowiskowym - 220 złotych. Wystarczy pomnożyć, aby przekonać się, jakie pieniądze miesięcznie mogą dostać izolatoria. Jeśli przez miesiąc izolowanych jest 100 osób, wypłata sięgnie 600 tys. zł.

- Po prostu robią biznes na koronawirusie - stwierdza krótko nasza czytelniczka. - Podejrzewam, że mieli problemy, dwa piętra stały puste, to sobie wymyślili, że otworzą izolatorium - ocenia wprost.

Twierdzi też, że część personelu pracuje zarówno w izolatorium, jak i w domu opieki. - Karetki podjeżdżają z osobami chorymi, osoby prywatne przychodzą tam na własną rękę. Przecież mogą się plątać po piętrach - mówi dalej. - Na parterze i drugim piętrze są pensjonariusze domu opieki, osoby starsze i schorowane, w wielu przypadkach leżące - denerwuje się.

Okazało się też, że izolatorium to nie koniec. Na parterze domu opieki powstał niedawno punkt szczepień przeciwko COVID-19. 

Pacjent nie wymaga hospitalizacji, ale umiera  

Dyrektorka domu opieki twierdzi, że pensjonariusze tym bardziej nie mają powodów do obaw, że "99 proc. pacjentów" w izolatorium to... ozdrowieńcy. - To są zupełnie inne piętra, jest do nich zupełnie inne wejście, zupełnie inny personel. Nie ma możliwości, żeby coś tu się zadziało, żeby coś się mieszało - zapewnia nas. - Są odpowiednie strefy, niemalże pancerne drzwi z jednej i drugiej strony. Dedykowana winda, którą wjeżdża się do izolatorium - mówi dalej.

- Przeszliśmy bardzo dużo kontroli. Proszę mi wierzyć, że zanim dostaliśmy zgodę, to była komisja jedna, druga, wizja lokalna, jak to wygląda. Inaczej byśmy tej zgody nie uzyskali  - stwierdza.

- Skąd były komisje? - dopytuję.

- Z NFZ-u - odpowiada dyrektorka.

Pytam także o pacjentkę, którą przywieziono do izolatorium, a która jeszcze tego samego dnia trafiła do szpitala i zmarła. Jak to się ma do stwierdzenia, że zdecydowana większość izolowanych to ozdrowieńcy? Dyrektorka odpowiada, że trafiają do nich również "pacjenci bezobjawowi i skąpoobjawowi". Przynajmniej na papierze, bo to lekarz kierujący do izolatorium stwierdza, że pacjent nie wymaga hospitalizacji.

- Wtedy to był cały transport - wyjaśnia. - Pan doktor zawsze bada, jak przyjmuje. Stwierdził, że pacjentka wymaga hospitalizacji, bo stan się pogarsza. Czyli spada jej saturacja, ma przyspieszone tętno albo tętno zaczyna spadać, są problemy niskociśnieniowe. Wtedy natychmiast wołamy pogotowie - tłumaczy.

Czyli choć lekarz kierujący do izolatorium ocenił, że pacjentka nie wymaga hospitalizacji, to zdaniem dyrektorki "stan faktyczny" okazał się inny. - Tak się zdarza. To są osoby, które mają po 80, 90 lat, które są w dużej mierze bardzo obciążone. Z bardzo poważnymi chorobami przewlekłymi - mówi. - Po paru godzinach okazuje się, że pacjent w mgnieniu oka traci saturację - stwierdza.

- Bardzo wiele szpitali, bo przecież obserwuję, co się dzieje, to widzę, że pozbywają się osób, które mają po 80 czy 90 lat - stwierdza. - Ale jeżeli jest skierowanie, to przyjąć musimy - dodaje.

Do izolatorium w ciężkim stanie

Ratownik medyczny, który niedawno został wezwany do izolatorium przy Bobrowieckiej, opowiada nam, jak wyglądała interwencja. Przede wszystkim zaznacza, że kobieta, której pomagał, nie miała dokumentacji medycznej, więc na miejscu mógł ustalić tylko to, jakie leki przyjmowała na stałe. - Nic związanego z obecną sytuacją, a była to pacjentka dodatnia koronawirusowo, obciążona przewlekłymi chorobami. I izolatorium twierdzi, że nie bierze cięższych przypadków? - dziwi się.

- Pacjentka leży ileś dni, jest badana przez jakichś lekarzy, a ja, jako kierownik zespołu pogotowia, nie miałem do dyspozycji bazowej wiedzy - mówi dalej ratownik. Jego zdaniem pacjentka znajdowała się "w stanie zagrożenia życia", a do izolatorium trafiła z innego DPS-u. - Ale starsza pani na pewno była niedopilnowana - zaznacza. Relacjonuje, że pacjentka miała prawie 40 stopni gorączki. - Nikt przez kilka godzin tego nie zauważył i nikt przez kilka godzin nie podał na to żadnych lekarstw - stwierdza. Zaznacza jednak, że podobne problemy mogą dotyczyć również innych izolatoriów i miejsc, które jego zdaniem systemowo są źle zorganizowane. 

Ratownik przyznaje jednak, że zespoły pogotowia interweniują na Bobrowieckiej co najmniej kilka razy w miesiącu. On sam pierwszy raz był tam w nocy i nie mógł nawet odnaleźć wejścia. - Wydawałoby się, że ktoś powinien gdzieś czekać, zaświecić latarką, podświetlić wejście, cokolwiek - mówi. - Po prostu weszliśmy w ciemne, niepodświetlone pomieszczenia. Tam dopiero czekali na karetkę, dopiero zapaliły się światła. Przeszliśmy przez jakieś rozwieszone folie i plastiki, ale to my ich szukaliśmy, a nie oni nas - stwierdza.

"Wszystkie rodziny wiedziały" 

Dom opieki, w którym dzisiaj działa izolatorium, w kwietniu 2020 roku był ogniskiem epidemii. Pięć osób zmarło w placówce, kolejne dziesięć w szpitalach. Ledwie pół roku po tych wydarzeniach otworzono izolatorium, a część pensjonariuszy to te same osoby, które były tam w kwietniu. Dyrektorka podkreśla jednak, że obecne władze placówki nie mają nic wspólnego z tymi, które były tam w kwietniu. A jako nowi właściciele "borykają się z łatką", którą im przypięto. - Cały czas musimy udowadniać, że u nas jest w porządku - stwierdza.

- Jak pensjonariusze przyjęli wiadomość o tym, że będzie izolatorium? - pytam.

- Rozmawialiśmy z nimi - zapewnia dyrektorka. - Część osób ma takie choroby, jakie ma, i nie za bardzo kontakt słowno-logiczny jest zachowany. Ale część jak najbardziej tak, powiedzieliśmy i określiliśmy, że są zachowane zasady bezpieczeństwa. Nie było problemu  - mówi.

- A rodziny wiedziały?

- Wszystkie rodziny o tym wiedzą. Nie zamierzaliśmy tego ukrywać, bo nie mieliśmy powodu - odpowiada dyrektorka. - Była taka jedna pani pensjonariuszka, która odeszła od nas, zmieniła miejsce pobytu. Osoba z zaawansowaną chorobą psychiczną - dodaje.

- To znaczy?

- Dzwoniła do rodzin, przedstawiała sytuację zupełnie inaczej, niż ona wygląda. Zupełnie inaczej. Rodziny, z którymi się skontaktowała, natychmiast kontaktowały się przerażone z nami. W momencie kiedy powiedziałam, jak to wygląda, gdzie będzie izolatorium, na jakich zasadach, to nikt do tej pory nie zabrał swoich rodziców czy krewnych. Nikt nie został zarażony - twierdzi dyrektorka.

DOSTĘP PREMIUM