Rząd zaostrza obostrzenia. "Obawiam się, że to nie zatrzyma dynamiki epidemii. Reagujemy zbyt późno"

- Obostrzenia wprowadzane teraz, "na szybko", mogą dać jakąś pomoc szpitalom, które już stają się niewydolne. Ale czy zatrzymają istotnie dynamikę epidemii? Obawiam się, że tak nie będzie - mówił w TOK FM dr Bartosz Fiałek, szef kujawsko-pomorskiego oddziału Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy.
Zobacz wideo

Sytuacja epidemiczna w kraju komplikuje się. W środę resort zdrowia poinformował o 12 146 nowych zakażeniach - to o 3,5 tysiąca więcej niż przed tygodniem. Ogłoszono też nowe obostrzenia, które mają obowiązywać od soboty. Dotyczą one głównie województwa warmińsko-mazurskiego, gdzie znów zamknięte będą m.in. galerie handlowe, kina, hotele, a uczniowie klas I-III znów wrócą do nauki zdalnej. Oprócz tego, w całym kraju zmienią się zasady dotyczące zakrywania ust i nosa. Nie będzie można już korzystać z przyłbic czy chust. Obowiązkowa będzie maseczka. 

>> O nowych obostrzeniach czytaj więcej tu <<

- Niestety reagujemy zbyt późno. Już pod koniec stycznia wspominałem, że na przełomie lutego i marca możemy mieć znaczne pogorszenie sytuacji epidemicznej w Polsce - mówił TOK FM dr Bartosz Fiałek. Jak dodał, swoje analizy opierał na danych jednego z uniwersytetów w Kanadzie, który wskazywał, że udział brytyjskiego wariantu wirusa może doprowadzić do nagłego wzrostu zachorowań. - My na to nie zareagowaliśmy. Po pierwsze, w mojej ocenie, nierozsądnie poluzowaliśmy obostrzenia. A po drugie, kompletnie nie przyłożyliśmy adekwatnej porcji uwagi do tzw. wariantu brytyjskiego - wyjaśniał dalej dr Fiałek.

Obostrzenia wprowadzane teraz, "na szybko", mogą - zdaniem gościa TOK FM - "dać jakąś pomoc szpitalom, które już stają się niewydolne". - Ale czy zatrzymają istotnie dynamikę epidemii? Obawiam się, że tak nie będzie - skonkludował lekarz. 

Czytasz? Zacznij SŁUCHAĆ! Teraz możesz zrobić to za 1 zł

Fiałek przekonywał, że już wcześniej należało wprowadzić pewne obostrzenia punktowo - tam, gdzie sytuacja jest najtrudniejsza. Jak podawał, w Czechach już w styczniu liczba zakażeń zaczęła niepokojąco rosnąć, a w dodatku od 45 do 60 proc. zakażeń było wywołanych wariantem brytyjskim. Już wtedy, jak mówił Fiałek, należało przy południowej granicy wprowadzić ostrzejsze lokalne obostrzenia. - Teraz również jest to logiczne z punktu widzenia epidemicznego, żeby wprowadzić punktowe obostrzenia przy południowej granicy oraz na Warmii i Mazurach - przyznał.

Z drugiej strony lekarz pozytywnie wypowiadał się na temat zaostrzenia rygorów dotyczących zakrywania ust i nosa. Jak mówił, należałoby wprowadzić nakaz noszenia maseczek, nawet nie tylko chirurgicznych, co maseczek FFP2. - To jest podstawa. Nie powinniśmy w przypadku [rozprzestrzeniania się] wariantu brytyjskiego stosować innej zasłony, aniżeli maseczki o zabezpieczeniu KN95, czyli FFP2. To powinno być usankcjonowane prawnie w całym kraju zalecenie - podkreślił. 

Uczniowie wrócą do szkół?

Prowadzący audycję red. Mikołaj Lizut pytał swojego gościa także o szkoły. Niedługo minie rok, odkąd starsi uczniowie uczą się zdalnie. Czy jest szansa, że wrócą do zajęć stacjonarnych jeszcze w tym roku szkolnym? 

- Nie sądzę niestety, że uczniowie wrócą do szkół - odparł lekarz. W marcu, nawet jeśli się bardzo postaramy i wrócimy do przestrzegania zasad, będzie ciężko, ponieważ ten wariant brytyjski po prostu się zdecydowanie lepiej transmituje i, chcąc nie chcąc, tych zakażeń będzie więcej - przewidywał gość TOK FM. Podkreślał, że szkoły są niestety "dość dużym rozsiewnikiem koronawirusa". Ich otwarcie, zdaniem lekarza, spowoduje, że znów będziemy odnotowywać coraz wyższe liczby nowych zachorowań. 

Fiałek przyznał, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że zamknięcie szkół powoduje fatalne skutki społeczne, ale - jak podkreślał - "epidemiologicznie jest wskazane". 

"Smutne wnioski" po konferencji

Małgorzata Solecka, dziennikarka portalu Medycyna Praktyczna i miesięcznika "Służba Zdrowia" - po konferencji Adam Niedzielskiego - przyznała, że "wnioski są dość smutne". - Nie rozumiem, dlaczego minister mówi o możliwości luzowania obostrzeń w jakiejś perspektywie, bo postępuje akcja szczepień i nabywamy pewną odporność zbiorową. Ja byłabym tu bardzo ostrożna - powiedziała. Dziennikarka odniosła się tu do zapowiedzi Niedzielskiego odnośnie Wielkanocy. Minister przyznał, że nie ma jeszcze konkretnych zaleceń w tej sprawie, ale nadmienił, że nastawienie rządu "jest takie, że jeżeli będzie przestrzeń, będziemy podejmować decyzje luzujące".

- Rozwija się akcja szczepień, a jest też pewna odporność populacyjna, którą nabywamy przez przechorowanie koronawirusa. To oznacza, że liczba zakażeń, nawet jeżeli przekroczy te 10-12 tysięcy, nie będzie aż tak dolegliwa, jeśli poziom hospitalizacji nie będzie duży, bo nie powinien - wyjaśniał szef resortu zdrowia. 

Solecka powoływała się tu na przykład Wielkiej Brytanii, gdzie wprawdzie przedstawiono ostatnio plan wychodzenia z obostrzeń, ale - jak mówiła - tam już jedna czwarta populacji jest zaszczepiona jedną dawkę i liczba zakażeń wyraźnie spada. - My mamy wyszczepionych jedną dawką niespełna pięć procent populacji, a Polska do tej pory przeżyła tak naprawdę dopiero jedną fale koronawirusa. Wiosną uchronił nas totalny lockdown, więc taką prawdziwą falę mieliśmy dopiero jesienią - przekonywała Solecka.

Zauważyła, że obecnie "pandemia przyspiesza bardzo gwałtownie" i to ze znacznie wyższego poziomu niż jesienią. We wrześniu i październiku, jak dodała, ten "start" miał miejsce na poziomie 300-400 zakażeń dziennie i doszło do ponad 20 tysięcy. Obecnie już na starcie mamy po kilka tysięcy. 

- Dlatego bardzo jestem sceptyczna co do półoptymistycznych sugestii ministra, że nasz system ochrony zdrowia nie odczuje zwiększonej liczby zakażeń - dziwiła się dziennikarka. Wskazała też, że liczba 12 tysięcy zachorowań, którą Niedzielski wskazuje jako "prognozowany szczyt nowej fali" tym szczytem nie będzie, a zakażeń będzie więcej. 

DOSTĘP PREMIUM