"Pacjent numer 1 400 051 proszony do gabinetu". Pandemiczna rzeczywistość chorych na raka

Pacjenci stłoczeni na korytarzach, siedzący w poczekalniach ramię w ramię, nierzadko przez kilka godzin - tak wygląda pandemiczna rzeczywistość pacjentów onkologicznych, którzy leczą się w Narodowym Instytucie Onkologii na warszawskim Ursynowie.
Zobacz wideo

Ogromny kompleks przy ul. Roentgena 5 w Warszawie to plątanina korytarzy, gabinetów, przejść i schodów. Dla wielu wizyta i leczenie w tej placówce to jedyna szansa na pokonanie nowotworu, dlatego zjeżdżają się tu pacjenci onkologiczni z całej Polski. Niestety projektowana niecałe cztery dekady temu placówka, która w założeniu miała przyjmować 25 tys. pacjentów rocznie, zmaga się z przeciążeniem, które szczególnie daje o sobie znać w związku z pandemią koronawirusa. Zwłaszcza, że w ciągu roku na wizytę, badanie czy na oddział szpitalny stawia się tu 85 tys. osób.

Chory pacjent jest pokorny i cierpliwy

Poniedziałek 8:30. Parking przed instytutem pęka w szwach. Pacjenci, zwłaszcza ci, którzy są tu pierwszy raz, starają się odnaleźć w gąszczu gabinetów i korytarzy. Nie brakuje osób z walizkami - to ci, którzy przyjechali spoza Warszawy. Część pacjentów w placówce stawia się wcześniej, niż wynika z zapisu - z nadzieją, że uda się szybciej dostać na wizytę. Tłum gęstnieje. Ludzie tłoczą się zarówno w przychodniach, na korytarzach, obok gabinetów czy w pomieszczeniach przypominających poczekalnie - bez mebli, bez stołu, bez wieszaka na ubrania, z niewielkim oknem. 

- Było bardzo dużo osób siedzących na krzesłach pod jedną ścianą wąskiego korytarza. Krzesła ustawione jedno obok drugiego, bez żadnego dystansu. Ludzie stykali się ramionami. Pod ścianami stali ci, dla których miejsc siedzących nie było. A korytarzem przechodzili pacjenci i personel - tak oczekiwanie na swoją pierwszą wizytę opisuje pani Hanna. Jak mówi, wszyscy woleli czekać blisko gabinetów i blisko monitorów, na których wyświetlane są numerki wzywanych do lekarza pacjentów. Nikt nie chciał przegapić swojej kolejki. 

- Pamiętam, że były takie sytuacje, gdy czekałam po parę godzin. Były takie osoby, które jechały całą noc do Warszawy, żeby się tutaj leczyć - opisuje, z kolei, pani Monika, wieloletnia pacjentka Instytutu przy Roentgena. Jak dodaje, to, że lekarzy jest za mało, widać na każdym kroku - każdy z nich przyjmuje setki pacjentów.

W takiej sytuacji mało kto z oczekujących przejmuje się dystansem społecznym - najważniejsze, by dostać się do lekarza. - Jeden ma maskę dobrze założoną, u innego nos jest na wierzchu. To dodatkowo zwiększa poczucie zagrożenia - ludzie ciężko chorzy albo czekający na swój wyrok są narażeni na zakażenie koronawirusem - mówi pani Hanna.

Władze placówki widzą codzienne problemy pacjentów, ale tłumaczą, że stoją przed wyborem: albo nie przyjmować pacjentów chorych na nowotwory, albo minimalizować ryzyko zarażenia się koronawirusem, a tym samym - liczbę przyjmowanych pacjentów. To, jak mówi rzecznik placówki, "diabelska alternatywa". - My jako Narodowy Instytut byliśmy zaplanowani na przyjmowanie 25 tysięcy pacjentów rocznie. Przyjmujemy trzy razy tyle. Nawet więcej - mówi Mariusz Gierej, rzecznik NIO. 

Korytarze Narodowego Instytutu OnkologiiKorytarze Narodowego Instytutu Onkologii Szymon Kępka

Jak dodaje, to, co w kontekście pandemii można było zrobić, zostało zrobione. - Co drugie miejsce jest oznaczone kartką "nie siadać". Jeżeli jest taka możliwość, część foteli jest odwrócona do ściany, żeby pacjenci nie mogli na nich usiąść. Prawda jest taka, że część pacjentów nie stosuje się do tych zasad. Bywa tak, że siedzą obok siebie. Nie jesteśmy w stanie tego przeskoczyć - przyznaje.

Pacjent numer 1 400 051

Na wizytę w Narodowym Instytucie Onkologii można się zapisać na konkretną godzinę albo dostać miejsce w wyznaczonym przedziale czasowym. To najczęściej dwie godziny, np. między 9 a 11. A to oznacza, że trzeba przyjść na 9, a do gabinetu można wejść dopiero o 11. Gdy przed wizytą trzeba jeszcze pójść na badania i poczekać na wyniki, wszystko się wydłuża. Gdy w wynikach wyjdzie coś, co wymaga kolejnych badań - wydłuża się jeszcze bardziej.  

- Przez to, że nie ma wyznaczonych konkretnych godzin wizyty, a jedynie przedział czasowy, wszyscy stawiają się na początku w nadziei, że będą pierwsi. Ale automat wzywa ich po numerach rejestracyjnych przypisanych jako pacjentom NIO, nie wiadomo według jakiego klucza - mówi nam pacjentka, która leczyła się w placówce na Ursynowie.

- Weszłam po niecałych dwóch godzinach oczekiwania, system wyczytywał pacjentów, operując  numerami. Brzmiało to tak: pacjent numer milion czterysta tysięcy pięćdziesiąt jeden proszony do gab/lab - gdzie te skróty oznaczają gabinet lub laboratorium - relacjonuje pani Hanna. Te "miliony" wyczytywane przy każdym wezwaniu to kolejna cegiełka, która buduje napięcie wśród pacjentów. - Jak się słyszy milionowe numery, że to jest tyle milionów, to się myśli: ja się na nic tutaj nie doczekam - mówi nam inna z pacjentek.

Korytarze Narodowego Instytutu OnkologiiKorytarze Narodowego Instytutu Onkologii Szymon Kępka

Gdy spojrzy się na statystyki, staje się jasne, skąd biorą się te miliony. - W 2020 roku wizyt ambulatoryjnych mieliśmy 348 tys., w 2019 - 370 tys. To jest 2-2,5 tys. pacjentów dziennie - wylicza rzecznik placówki. Na stronie Instytutu czytamy o 400 tysiącach porad ambulatoryjnych oraz kadrze 436 lekarzy. Liczba osób hospitalizowanych to aż 86 tys., czyli prawie 3,5 razy więcej niż zakładano, tworząc szpital.

Korytarze pełne, korytarze puste

Gdy się przemierza korytarze Instytutu przy ul. Roentgena, można trafić na miejsca niemal kompletnie puste. Ustawione w rzędach, puste krzesła są o tyle zaskakującym widokiem, że kilkadziesiąt metrów dalej, na innym korytarzu nie ma już gdzie usiąść, a pacjenci czekają na wizytę stłoczeni. 

O odsunięcie się od siebie prosi czasem ktoś z personelu, czasem wspierający go przedstawiciele Wojsk Obrony Terytorialnej. Wielu pacjentów nie ma głowy do tego, by myśleć o bezpiecznym dystansie, gdy za kilka chwil mogą usłyszeć diagnozę.

Korytarze Narodowego Instytutu OnkologiiKorytarze Narodowego Instytutu Onkologii Szymon Kępka

Władze placówki zaznaczają jednak, że wielu przypadków zakażeń COVID-19 w Instytucie nie było. - Łącznie mieliśmy zakażonych 204 pracowników i 38 pacjentów. Przez cały 2020 rok mieliśmy 21 incydentów epidemicznych, z których najczęściej kończyło się na zakażeniach dwóch-trzech osób. To chyba przy tej skali działalności nie najgorzej świadczy o poziomie bezpieczeństwa w naszej placówce - wskazuje rzecznik.

Parkuj i się lecz. Ale najpierw zapłać

Parking na terenie instytutu jest płatny. Znalezienie miejsca postojowego na pobliskich wąskich uliczkach graniczy z cudem. Dla tych, którzy przyjechali z daleka i muszą zostać dłużej, w pobliżu Instytutu jest hotel, który ma służyć jako baza noclegowa dla pacjentów. Dwie gwiazdki, ceny za dobę od 200 do 250 zł. 

- Człowiek chory powinien mieć siłę do walki, zwłaszcza z taką chorobą. Jak na dzień dobry jest tak przeczołgany, na pewno nie poprawi to jego kondycji i samopoczucia - przyznaje pani Hanna. 

W 2019 roku rząd podpisał umowę na rozbudowę NIO. - Mamy nadzieję, że za kilka lat to będzie zupełnie inaczej wyglądało - mówi nam rzecznik placówki. Wartość rozbudowy kompleksu to 850 mln złotych. Budynki mają być gotowe najwcześniej po 2025 roku.

DOSTĘP PREMIUM