Źle czytamy dane o pandemii. "Co z tego, że są wolne respiratory, skoro nie ma kto ich obsługiwać?"

- Zalecenie ograniczenia czy zawieszenia zabiegów planowych to decyzja wydana wieczorem, o której dowiedzieli się pasjonaci żyjący epidemią. Dyrektorzy szpitali dostali tę informację, gdy rano przyszli do pracy - tak prof. Krzysztof Jerzy Filipiak komentował w TOK FM sposób zarządzania ochroną zdrowia na przykładzie ostatniej decyzji NFZ.
Zobacz wideo

W poniedziałek wieczorem Narodowy Fundusz Zdrowia wydał zalecenia, zgodnie z którymi placówki powinny ograniczyć do niezbędnego minimum lub całkowicie zawiesić wykonywanie zabiegów planowych. Chodzi o braki kadrowe związane z III falą pandemii koronawirusa - to właśnie do leczenia chorych na COVID-19 mają być przekierowani lekarze i pielęgniarki.

Ta sytuacja nie dziwi prof. Krzysztofa Jerzego Filipiaka, prezesa Polskiego Towarzystwa Nadciśnienia Tętniczego i lekarza z Kliniki Kardiologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. - Polska w rankingu OECD ma najmniejszą liczbę lekarzy i pielęgniarek na 10 tys. osób. To się od lat nie zmienia. Ale gdy przychodzi pandemia, która zdarza się raz na 100 lat, to to odczuwamy - przyznał w rozmowie z Adamem Ozgą.

Dlatego, jak mówił, złudne są informacje o liczbie miejsc respiratorowych. - Co z tego, że jest tysiąc wolnych respiratorów, skoro nie ma kto ich obsługiwać? Żeby rzucić do tego ostatnie dywizje ochrony zdrowia, trzeba zamykać inne oddziały i ograniczać procedury, co jest bardzo niebezpieczne. I nie jest tak, że nie będzie niosło kolejnych ofiar - dodał.

A właśnie liczbę osób podpiętych do respiratora - poza liczbą pacjentów hospitalizowanych oraz poza liczbą zgonów - podawał jako identyfikator etapu pandemii, na jakim się znajdujemy. Podkreślał, że złudne jest patrzenie na liczbę nowych zakażeń. - Jesteśmy na 86. pozycji na świecie pod względem wykonanych testów na milion mieszkańców od początku epidemii - podkreślał. 

Filozofia zrzucania odpowiedzialności niżej

Gdzie więc popełniono błąd? Prof. Filipiak przypominał jesień 2020 roku, kiedy otwarcie i głośno mówiło się o ryzyku nadejścia kolejnej fali pandemii. - Jedynym bezpiecznikiem było przygotowanie się - rekrutacja personelu, kursy przyuczające do obsługi respiratorów. Mówiliśmy o tym od października. Czy pan zna jakieś decyzje przygotowujące na kolejną falę? - pytał prowadzącego rozmowę Adama Ozgę. Podkreślał, że efekt jest taki, że zalecenie zawieszenia czy ograniczenia zabiegów planowych jest wydawane wieczorem i zastaje dyrektorów szpitali, kiedy rano stawiają się w pracy. 

Inna kwestia, na którą zwrócił uwagę gość TOK FM, to zastrzeżenie, które znalazło się w zaleceniu Funduszu. Chodzi o to, że decyzję w każdym przypadku musi podjąć lekarz bezpośrednio zajmujący się pacjentem. - Cała logistyka walki z pandemią polega na tym, że osoba stojąca wyżej przerzuca odpowiedzialność niżej - skomentował prof. Filipiak. Efekt może być taki, że NFZ stwierdzi, że bardzo żałuje, że pan Kowalski czy pani Nowak nie przeszli operacji, ale to przecież nie NFZ za to odpowiada, a konkretny lekarz, który pana Kowalskiego i panią Nowak zdyskwalifikował. - To jest bardzo nie fair - komentował ekspert.

By zobrazować, czym się to może skończyć, przywołał dane o zgonach za 2020 rok - jak wielokrotnie powtarzano, zmarło wtedy najwięcej Polaków od zakończenia II wojny światowej. Ekspert wyliczał, że 40 tys. osób zmarło z powodu COVID-19, ale zestawienie ogólnej liczby zgonów ze średnią z 3-5 lat przed epidemią pokazuje, że różnica wynosi nie 40, a 70 tys. zgonów. - Eksperci prowadzą debaty, w jakim procencie te 30 tys. to nierozpoznany COVID-19, w jakim zawały serca czy udary mózgu, które nie dojechały na czas do szpitala, może to były odroczone postępowania w leczeniu onkologicznym, pacjenci, którzy nie zgłaszali się do lekarza - wyliczał ekspert.

DOSTĘP PREMIUM