Lockdown na podstawie liczby zachorowań. Zakaźnik: Ale dla mnie niepokojące jest coś innego

- Najbardziej niepokojąca jest liczba zajętych łóżek, w tym łóżek respiratorowych, bo rośnie w sposób znaczny i niepokojący - mówił na antenie TOK FM prof. Krzysztof Tomasiewicz, który komentował decyzję władz o wprowadzeniu lockdownu w dwóch kolejnych województwach.
Zobacz wideo

O tym, czy w danym województwie wprowadzone zostaną dodatkowe obostrzenia, m.in. zamknięcie kin, teatrów, muzeów, ograniczenie działalności galerii handlowych, hybrydowa lub zdalna nauka w najmłodszych klasach szkoły podstawowej, decyduje liczba zakażeń. Jeśli przekracza ona 40 zachorowań na 100 tys. mieszkańców, województwo musi liczyć się z lockdownem. W tej chwili decyzja taka została podjęta wobec czterech regionów: Warmii i Mazur, Pomorza, a także Mazowsza oraz Lubuskiego. 

Jednak prof. Krzysztof Tomasiewicz, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, kierownik Katedry i Kliniki Chorób Zakaźnych Uniwersytetu Medycznego w Lublinie, który był gościem "TOK 360", przyznał, że poza liczbą zachorowań niepokoi go przede wszystkim liczba zajętych łóżek w szpitalach. W tej chwili w całej Polsce jest to ponad 18,5 tys. chorych na COVID-19, którzy są hospitalizowani, z czego niemal dwa tysiące osób jest podpiętych do respiratora. Z danych resortu zdrowia wynika, że wolnych jest niecałe 9 tys. łóżek oraz ok. 800 respiratorów, jednak w wielu miejscach placówki ochrony zdrowia już teraz mają poważne problemy z brakami personelu.  

Właśnie z tego powodu prof. Tomasiewicz zwracał uwagę na liczbę ciężkich przypadków jako kluczową - wskazywał, że w części z potwierdzonych w ciągu ostatniej doby 21 tys. przypadków stan chorych się pogorszy. - Tu zawsze jest pewne opóźnienie w stosunku do momentu wykrycia zakażenia, a więc to jest przewidywanie tego, co za chwilę może nastąpić - tłumaczył w rozmowie z Wojciechem Muzalem. I przyznał: "Nie zdziwiłbym się, gdyby kolejne regiony również doświadczyły ograniczenia życia codziennego".

Szczyt zachorowań w czasie Wielkanocy

Zgodnie z prognozami, na które powołał się minister zdrowia, szczyt zachorowań na COVID-19 w Polsce nastąpi na przełomie marca i kwietnia, a więc niemal dokładnie w momencie Wielkanocy. - Mówię z prawdziwym bólem serca, te święta najbliższe prawdopodobnie będziemy musieli spędzić tak jak Boże Narodzenie, jak i poprzednią Wielkanoc, czyli ograniczając się do najbliższej rodziny, do domowników, a nie spędzając je tak jak lubimy czy tak, jak się przyzwyczailiśmy, czyli w szerokim gronie - mówił szef resortu zdrowia.

Kiedy więc możemy spodziewać się poprawy sytuacji? - Cały czas mamy nadzieję na efekty szczepień. Zdajemy sobie też sprawę, że wiele osób to ozdrowieńcy. Liczyliśmy, że w miarę spory odsetek społeczeństwa ma za sobą kontakt z wirusem, ale widocznie to wciąż za mało - ubolewał prof. Tomasiewicz. Pytany, czy u progu lata sytuacja się poprawi, przyznał, że można się tego spodziewać. 

- W maju czy czerwcu dojdziemy do scenariusza z 2020 roku. Oczywiście dziś operujemy innymi liczbami, ale zasada transmisji wirusów oddechowych w okresach późnozimowych i wiosennych - to są najgorsze momenty - jest ta sama. Naturalnie więc ta liczba będzie spadała - wskazywał. Dodał, że do wakacji powinniśmy też mieć za sobą szczepienie osób, które tego najbardziej potrzebują: najstarszych i chorych przewlekle. - Ale nie sądzę, żeby przed jesienią była zaszczepiona znaczna część populacji, co mogłoby doprowadzić do odporności stadnej - przyznał lekarz.

DOSTĘP PREMIUM