Karetka przejechała 170 kilometrów z pacjentem, bo w szpitalach nie było miejsc. "Paraliż całego systemu"

Zespoły ratownictwa medycznego znów odbijają się od drzwi szpitali, które nie mają miejsca dla pacjentów. Dlatego jeżdżą do placówek oddalonych o kilkadziesiąt, a nawet prawie dwieście kilometrów. - Ja sam z Warszawy przewoziłem pacjentów do Pułtuska, Siedlec, koledzy jeździli do Sokołowa Podlaskiego, Przasnysza i Radomia - mówił reporterowi TOK FM ratownik medyczny. I podkreślał, że system ratownictwa jest dzisiaj zdemontowany.
Zobacz wideo

Najnowsze raporty resortu zdrowia to dane o kolejnych wysokich liczbach zakażeń. W sobotę odnotowano 26 405 przypadków, w piątek 25 998, a w czwartek aż 27 278. Łącznie potwierdzono w Polsce ponad dwa miliony zakażeń. Nie zanosi się również na to, że w najbliższym czasie epidemia wyhamuje, a sytuacja w służbie zdrowia przypomina już tę z jesieni ubiegłego roku. - Odległości, które zespoły muszą pokonywać, powodują, że zdemontowany jest system ratownictwa medycznego - mówił w rozmowie z reporterem TOK Szymonem Kępką ratownik medyczny Adam Piechnik.

Ratownik przyznawał, że pacjentów, również tych z niewydolnością oddechową, jest znacznie więcej. Wspominał również sytuacje z jesieni, gdy zespoły ratownictwa po kilka godzin czekały przed szpitalem, aby pacjent został przyjęty. - Musieliśmy czekać wiele godzin, dość dramatyczne powodowało to sytuacje, kiedy zdawaliśmy sobie sprawę, że czekaliśmy, aż ktoś umrze w szpitalu i zwolni miejsce - mówił. - Znów tego doświadczamy - zaznaczał. 

Jednak zdaniem ratownika problemem nie zawsze jest brak samych łóżek w szpitalach, ale przede wszystkim brak personelu. - To jest kluczowy powód, dla którego nikt nie jest w stanie wybrnąć z tego impasu. Łóżka i respiratory to nie jest problem - podkreślał ratownik. - Zespoły są w tej chwili tak przeciążone realizowaniem transportów, że myślę, że to jest czas na podjęcie nie tylko działań z zakresu zabezpieczania łóżek, tylko przede wszystkim na przywróceniu pogotowiu ratunkowemu właściwiej roli, czyli zdolności reagowania odpowiednio szybko, docierania w odpowiednio krótkim czasie do ludzi - apelował. 

170 kilometrów do szpitala. "System boryka się z dwoma głównymi problemami" 

Dyrektor stacji SP ZOZ "Meditrans" w Ostrołęce Mirosław Dąbkowski zauważał, że system ratownictwa medycznego na jego terenie boryka się z dwoma głównymi problemami. - To jest problem braku karetek czy też złego nimi dysponowania - zaznaczał. - Objawia się tym, że karetki są wysyłane do bardzo odległych miejsc, bo tam karetki są zajęte i wykonują inne zadania. Często zdarza się, że karetki są wysyłane do miejsca zdarzenia oddalanego o 30, 40, 50 kilometrów. Wiadomo, że taki długi czas opóźnia skuteczną pomoc dla osoby poszkodowanej - wyjaśniał. 

- Drugi problem to brak miejsc w szpitalach - stwierdził. - I tak dla przykładu 17 marca mieliśmy takie zdarzenie, że karetka z Myszyńca wiozła pacjentkę do Łosic, to jest 170 kilometrów. Pokonanie takiej odległości po naszych polskich drogach na pewno nie sprzyja polepszeniu się stanu pacjenta, do tego opóźnia czas skutecznej pomocy szpitalnej. Powoduje również, że karetka przez 10 godzin jest wyjęta z systemu, nie jest w stanie udzielać pomocy innym pacjentem - podkreślał. 

W ten sposób system wpada w błędne koło, bo karetka, która została wysłana do tak oddalanego szpitala, w razie jakiegoś zdarzenia musi być w swoim rejonie zastąpiona przez inny zespół. Wtedy kolejny rejon zostaje bez karetki. - Następuje paraliż całego systemu - ocenił krótko dyrektor "Meditransu" w Ostrołęce i przypomniał słowa wojewody Konstantego Radziwiłła, który oceniał, że Mazowsze bardzo dobrze radzi sobie z epidemią. - Mówienie, że jesteśmy dwa kroki przed epidemią, trochę mnie dziwi - podsumował Dąbkowski. 

DOSTĘP PREMIUM