Za śluzą oddziału covidowego zaczyna się inny świat. "Pacjenci zapamiętają to do końca życia"

Pacjenci trafiają na oddział przerażeni, niektórzy się duszą. Jeśli są przytomni, nie widzą twarzy medyków, tylko białe kombinezony. Nie mają siły, żeby napisać swoim bliskim wiadomość, a lekarze nie nadążają z odbieraniem telefonów. Zdarzają się małżeństwa, z których jedno przeżywa, a drugie umiera. O tym, co dzieje się za śluzą oddziału covidowego, opowiada nam profesor Karolina Sieroń.
Zobacz wideo

Jeszcze w grudniu profesor Karolina Sieroń wspominała, jak po ośmiu dobach intubacji przełknięcie nawet łyka wody było dla niej bolesne. Tygodniami dochodziła do siebie po ciężkim przebiegu COVID-19, gdy została wprowadzona w stan śpiączki farmakologicznej i podłączona pod respirator. Dzisiaj znów kieruje oddziałem covidowym katowickiego szpitala, gdzie - jeśli zwolni się choć jedno łóżko - natychmiast trafia na nie kolejny pacjent. 

Piotr Barejka, TOK FM: Karetka przywozi zakażonego pacjenta do szpitala, gdzie na oddział wstępu nie ma nikt poza medykami. Ale pacjent nie widzi nawet twarzy tych medyków, czasami nie może wydusić słowa. Jak pacjenci to przeżywają?

Prof. Karolina Sieroń: To jest trudne, wręcz traumatyczne przeżycie, które pewnie będzie miało konsekwencje do końca życia. Myślę, że te białe kombinezony pacjenci zapamiętają do końca. Kiedy leżałam w szpitalu, to poznawałam lekarzy po oczach, oprawkach okularów, jak się kto poruszał, po głosie. Tak naprawdę pacjenci nie wiedzą, jak wyglądamy. Mamy tylko swoje nazwiska wypisane na kombinezonach.

Nasz oddział to jest całkowicie inna rzeczywistość. Życie towarzyskie, które kiedyś kwitło w szpitalach, gdy pacjenci poznawali osoby z łóżka czy sali obok, zniknęło. Prosimy pacjentów, żeby nie wychodzili na korytarze. Czasami pacjent, który jest niewydolny oddechowo, zdejmuje maskę, żeby porozmawiać z rodziną. Taka rozmowa kończy się nagle, bo spada mu saturacja. Jest tak słaby, że nie potrafi wiadomości napisać. Kontakt się urywa. Wtedy rodziny dzwonią do nas.

Co słyszy lekarz, który odbiera telefon?

Często rodziny mają problem z dodzwonieniem się, bo jest tylu pacjentów, że musielibyśmy mieć osobę oddelegowaną do odbierania telefonów. Jak się dodzwonią, to pytają, co się dzieje, bo nie mogą z matką, ojcem albo mężem porozmawiać. Zwykle tłumaczymy, że lepiej jest mu w masce z tlenem, dlatego nie odbiera telefonu. Niektórzy mówią przy tym, że o nas myślą, że się za nas modlą, że nas podziwiają.

Wiele takich rozmów jest trudnych. Najbardziej przerażające jest to, gdy umiera kolejny członek rodziny. Dostajemy błagalne telefony, żeby coś zrobić, żeby ratować mamę czy tatę. Zawsze robimy, co możemy, ale nie wszystkich udaje się uratować. Czasami dzień wcześniej ktoś dzwonił i dowiedział się, że bliski jest w stabilnym stanie, po czym następnego dnia, albo czasem za parę godzin, dostaje telefon, że niestety doszło do załamania stanu chorego i śmierci.

Wtedy jest zaskoczenie, płacz. Potem te osoby czasem do nas oddzwaniają, bo nie wierzą, nie wiedzą, co dalej zrobić. Tłumaczymy cierpliwie, czasami wielokrotnie, jaka jest dalsza procedura. Były tak dramatyczne sytuacje, że umarła matka, ojciec leżał gdzieś indziej w szpitalu, a córka pytała, co ma teraz zrobić. Mówić ojcu, że mama nie żyje, czy lepiej nie mówić?

Mówić?

Na to pytanie nie znam odpowiedzi.

Wspomniała pani, że jednego dnia pacjent jest w stanie stabilnym, a już drugiego nie udaje się go uratować.

Czasem jest tak, że pacjenta podłączamy do tlenu, damy leki i pacjent nam się poprawia. Czasami pomimo naszych działań efekt jest mierny, intensyfikujemy leczenie tlenem, leczenie farmakologiczne, ale chorego nie udaje się uratować. Ale ostatnio coraz częściej mamy pacjentów, którzy się poprawiali, wychodzili z naprawdę ciężkiego stanu, powoli myśleliśmy, aby ich wypuszczać do domu, po czym dochodziło do gwałtownego załamania. Kończyło się tragicznie.

Zresztą u mnie było podobnie. Przyjechałam do szpitala o własnych siłach, swoim samochodem, byłam w dobrym stanie. Ale po dwóch dniach doszło do skrajnej niewydolności oddechowej, prawie się udusiłam. Gdyby nie interwencja kolegów, dzisiaj byśmy nie rozmawiali.

Są badania, według których najczęściej zakażamy się w domach. Zdarza się, że na jednym oddziale leżą bliskie sobie osoby?

Mój przyjaciel jest koronerem, rozmawiamy o tym, co się dzieje u niego i u mnie. Opowiadał mi, jak wchodził po raz kolejny na te same osiedla, do tych samych klatek schodowych, widział, że to są kolejne osoby, które się od siebie zakażały. Ja słyszę od pacjentów, że on leży w tym szpitalu, a jego żona w drugim. Zdarza się, że leżą u nas małżeństwa, osoby, które razem mieszkają, z których jedna umiera, a druga przeżywa.

Cały czas mam wrażenie, że jeżeli rozbija się samochód i ginie w nim cała rodzina, to wszyscy o tym mówią, piszą, że się stała tragedia. Natomiast tutaj też giną członkowie rodzin, tylko to ma inny wymiar, trochę cichszy.

Rządzący mówią, że sytuacja na Śląsku jest krytyczna, znów odnotowuje się tam najwięcej zakażeń w kraju. Jak wygląda sytuacja u pani w szpitalu?

Jeśli tylko się zwalnia łóżko, od razu kogoś przyjmujemy. Teraz wszystkie łóżka tlenowe mamy zajęte.

Łóżko się zwalnia, bo pacjent zdrowieje czy umiera?

Czasami zdrowieją, ale częściej umierają.

W jakim stanie pacjenci trafiają na oddział?

Przede wszystkim są wystraszeni tym, co się dzieje. Nie chcieli zgłaszać się do szpitala, woleli zostać w domu. Ja się im absolutnie nie dziwię. Natomiast moment krytyczny następuje nieoczekiwanie, a do tego dołożyć trzeba czas oczekiwania na karetkę. Dlatego są tacy, którzy oddychają już bardzo źle, mają bardzo złe parametry życiowe. To jest pacjent, który się dusi, jest przerażony, często z sinicą.

Teoretycznie COVID-19 to choroba, która trwa dwa tygodnie. A praktycznie ile czasu pacjenci spędzają w szpitalu?

Trzeba sobie zdać sprawę, że COVID-19 to jest choroba, która nie dotyczy tylko i wyłącznie płuc. Może objąć cały organizm, ośrodkowy układ nerwowy, może dochodzić do zapalenia mięśnia sercowego, jelit, do niewydolności nerek. Przez wysoką gorączkę pacjent się odwadnia. Mamy zaburzenia elektrolitowe, pacjent jest odwodniony, więc ma zagęszczoną krew. Może dochodzić do objawów udarowych, do zatorowości płucnej. Gama objawów jest bardzo szeroka. To też nie jest wirus, którego jesteśmy w stanie zwalczyć całkowicie.

Niektórzy pacjenci spędzają w szpitalu dziesięć dni, po czym wychodzą w dobrej formie. Mamy też hospitalizacje, które trwają nawet pięćdziesiąt dni. Czasami niektórzy wychodzą z założenia, że skoro się lepiej czują, to chcą natychmiast wyjść. Tłumaczymy, że to, że czują się dobrze teraz, nie znaczy, że się coś nie wydarzy za parę godzin albo dni. Wiemy, że tak może być. Wolimy chorych trochę poobserwować. Czasami pacjent jest już ujemny, natomiast ma tak niekorzystne wyniki, że musi jeszcze być hospitalizowany i obserwowany, a ciężko znaleźć miejsce w innym oddziale celem dalszego leczenia.

Mówiła pani, że sam pobyt na oddziale to dla części pacjentów traumatyczne doświadczenie, a białe kombinezony zapamiętają do końca życia. Czy pacjenci dostają też wsparcie inne niż tlen i leki?

Mamy panią psycholog, która rozmawia z pacjentami, jest to dla nas ogromna pomoc. Mamy też psychiatrę, bo czasem włączenie leków jest konieczne. Jakiś czas temu leżał u nas młody pacjent, czterdzieści dwa lata, który miał zatorowość płucną, leżał na intensywniej terapii. Przeżył, natomiast, żeby dokończyć leczenie, został przekazany na inny oddział. Rozmawiałam później z lekarzem prowadzącym ten oddział, który powiedział, że jest przerażony tym, w jakim stanie psychicznym jest ten pacjent.

Przez pobyt na oddziale covidowym?

To jest efekt tego, że pacjenci tak naprawdę widzą, że wokół nich umierają ludzie. Że ta choroba jest naprawdę straszna. Jest to traumatyczne dla tych ludzi. Tamten pacjent fizycznie się pozbierał, natomiast psychicznie to było dla niego bardzo traumatyczne.

Warto podkreślić jeszcze jedną rzecz. To był młody pacjent.

Dużo mamy pacjentów po 60. roku życia, ale równie dużo jest takich, którzy mają 50, 40, a nawet 30 lat. Poza tym trafiają się pacjenci po szczepieniu. I po pierwszej dawce, tych mamy więcej, trochę jest pacjentów po dwóch dawkach. To pojedyncze sytuacje, ale jednak się zdarzają.

Zakażenie po szczepieniu?

Nikt nam nie dawał stuprocentowej gwarancji, że szczepionka całkowicie zniesie zachorowalność. Tak jak szczepimy się co roku na grypę, ale wiemy o tym, że jest pewna doza ryzyka, że na grypę zachorujemy. Szczepimy się głównie po to, żeby to zachorowanie przebiegło lżej. To jest szczepionka, która ma zmniejszyć prawdopodobieństwo zachorowania i ciężkiego przebiegu.

Z jednej strony są pacjenci, dla których traumą jest to, że trafili na oddział. Z drugiej lekarze, którzy w tym samym miejscu są od ponad roku. Z jakimi problemami się zmagają?

Też mamy panią psycholog, która jest zawsze chętna do rozmów z nami, z personelem na każdym szczeblu. Jesteśmy zmęczeni, fizycznie i psychicznie, to są warunki, z którymi nikt dotychczas się nie mierzył. Brakuje nam normalnej medycyny, robienia tego, czego jesteśmy nauczeni. Wcześniej mój oddział był oddziałem internistycznym, gdzie były planowe diagnostyki przewodu pokarmowego, serca, układu krążenia, były przypadki z ostrych dyżurów, była różnorodność. Dzisiaj wszystko jest skupione wokół koronawirusa. Teraz to jest pole walki.

Kiedy wychodzi pani ze szpitala i widzi osoby, które maseczki mają na brodzie albo nie mają ich wcale, co pani wtedy czuje?

Z jednej strony rezygnację, z drugiej strony irytację. Zdarza mi się zwracać uwagę, ale wtedy te osoby reagują agresywnie, bo oni nie wierzą, bo ich to nie dotyczy, bo to nie ich problem. Chciałoby się coś zrobić, tylko co? Dzwonić na policję? Chciałabym, żeby ludzie zachowywali się odpowiedzialnie, żeby w końcu zdali sobie sprawę, co to jest za choroba, żeby zostali na święta w domach. Teraz przepraszam, muszę odebrać, bo z karetki dzwonią.

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM