Przyszli się zaszczepić, byli na liście, a tu ze szczepień - nici. Zamieszanie w sądzie w Lublinie

Szczepieni mieli być sędziowie i pracownicy sekretariatów. Dostali maila, wpisali się na listę, termin wyznaczono na dzień przed weekendem. W punkcie szczepień na miejscu, w sądzie pojawił się zespół szczepiący - lekarz i pielęgniarka. I okazało się, że... wiele osób musiało odejść z kwitkiem.
Zobacz wideo

Z maili, które widzieliśmy, a które dostali pracownicy Sądu Rejonowego Lublin Zachód nie wynika, że szczepienia miały być tylko dla określonych roczników. Wprost przeciwnie, maile trafiły do wszystkich i wszyscy, którzy chcieli, wpisywali się na listę.

- Każdy, kto chciałby się zaszczepić, składał taką deklarację. Nikt nas nie pytał, z którego jesteśmy rocznika i czy łapiemy się rocznikowo. Była informacja, że to będą szczepienia dla wszystkich, tak jak w wielu innych sądach w Polsce - mówi nam jeden z pracowników.

Rzeczywiście, w części sądów pracownicy, mogli się zaszczepić. Szczepienia odbywały się w oparciu o zapis rozporządzenia, mówiący o osobach "bezpośrednio zapewniających funkcjonowanie podstawowej działalności państwa". W wielu sądach włączono do tej grupy sędziów i pracowników sądów. Tak było jednak do czasu wydania wytycznych przez NFZ - wytycznych, z których wynika, że sądownictwo nie powinno być zaliczane do priorytetowej grupy szczepień. Pisaliśmy o tym już wcześniej.

Sąd Rejonowy Lublin Zachód zorganizował szczepienia już po wytycznych NFZ

15 marca w budynku sądu miało zostać zaszczepionych 100-120 osób - potwierdził nam to sam sąd. W tej grupie była m.in. pani Ewa (imię zmienione), sądowa urzędniczka. - Na miejscu lekarz miał wypisywać skierowania tym osobom, które ich nie miały. Z tego co wiem, co 5 minut miały wchodzić kolejne osoby. Cieszyłam się bardzo, że się zaszczepię, bo jednak do sądu przychodzi wiele osób, a my pracujemy w zamkniętych pomieszczeniach. Niestety, na miejscu dowiedziałam się, że nie mogę być zaszczepiona - mówi nasza rozmówczyni.

Na szczepienia zgłosiła się też m.in. sędzia Agnieszka Straub Cegiełko. Również ona nie mogła się zaszczepić. - Usłyszeliśmy już na miejscu, że szczepienia będą jednak wyłącznie dla tych osób, które są urodzone w tych latach, które mają już prawo do szczepień - mówi pani sędzia. Nie kryje, że i sędziowie, i pracownicy byli zawiedzeni. - Pracujemy non stop, stacjonarnie, nie ma mowy o pracy zdalnej. Chcielibyśmy poczuć się bezpiecznie - słyszymy od sędziów. - Tym bardziej, że wiemy, że lekarz i pielęgniarka, którzy się w sądzie pojawili, mieli dla nas dużą liczbę szczepionek, a zaszczepiono tylko kilkanaście osób - mówi nam inny z pracowników.

To, że taka sytuacja miała miejsce potwierdził nam dyrektor Szpitala Neuropsychiatrycznego w Lublinie, Piotr Dreher. To on wysłał do sądu zespół szczepiący. Zapewnia, że szum informacyjny musiał powstać na miejscu, bezpośrednio w sądzie, bo - jak wynika z jego relacji - nie było mowy o szczepieniach dla wszystkich, a jedynie dla grupy z "uwolnionych" już przez rząd roczników. Jednocześnie dyrektor potwierdza jednak, że rzeczywiście zespół szczepiący miał zaszczepić większą grupę (w mailu, który trafił do pracowników mowa była o 100 osobach). Chodziło o szczepionkę Pfizer. - Żadna dawka się nie zmarnowała. Zaszczepiliśmy nimi innych pacjentów, czyli osoby, które są zapisane na szczepienie w naszym szpitalu, w terminach późniejszych - mówi Dreher.

Co nie zadziałało? Skąd sądowy bałagan?

Z wyjaśnień prezes Sądu Rejonowego Lublin Zachód wynika, że dopiero 15 kwietnia - czyli w dniu, gdy na miejscu, w sądzie pojawił się zespół szczepiący - dostała informację (choć nie wskazała, od kogo), że szczepić będą mogły się wyłącznie "uwolnione" przez rząd roczniki. - Nadmieniam również, że dla wszelkich podjętych działań w celu zaszczepienia orzeczników i pracowników podległego mi sądu uzyskałam akceptację Ministerstwa Sprawiedliwości - wskazała prezes sądu, w odpowiedzi udzielonej rzeczniczce Sądu Okręgowego w Lublinie.

DOSTĘP PREMIUM