Indyjska mutacja koronawirusa groźniejsza niż poprzednie? Pytamy lekarza

"Podwójny mutant" z Indii jest zaliczany do wariantów koronawirusa, które powinniśmy obserwować, ale którymi nie powinniśmy się jeszcze niepokoić - mówi nam dr Bartosz Fiałek. Podkreśla jednak, że każdy, kto z Indii przyjeżdża do Polski bezwzględnie powinien przejść 10-dniową kwarantannę oraz dwa testy na obecność wirusa.
Zobacz wideo

Coraz częściej słyszymy o nowym indyjskim wariancie koronawirusa. Doniesienia na jego temat są dość niepokojące. Media podają, że wzrost zachorowań w Indiach jest bardzo wysoki. W czwartek wykryto tam 314 tysięcy przypadków zakażenia, najwięcej od początku pandemii. Ponadto dziennik "Indian Express" informował, że żaden inny kraj nie odnotował nigdy tak wysokiej dużej dziennej liczby zachorowań.

Już kilka dni temu informowano, że wariant indyjski pojawił się także w Europie. Został wykryty w Wielkiej Brytanii, która wyjątkowo skrupulatnie bada odmiany wirusa.  

Mutacja indyjska. "Nie ma potrzeby siania paniki"

W dość uspokajającym tonie o nowej mutacji wypowiada się z kolei dr Bartosz Fiałek, specjalista w dziedzinie reumatologii i popularyzator wiedzy medycznej. W swoich mediach społecznościowych podkreśla, że na razie nie ma potrzeby siania paniki. 

W rozmowie z nami lekarz zaznacza, że fakt, iż wirus mutuje, nie jest niczym nadzwyczajnym. - Im więcej zachorowań zanotujemy, tym większe będą też szanse na powstawanie kolejnych wariantów - podkreśla. Niektóre mutacje, jak mówi, są kompletnie nieistotne. Ale są też takie, które należy obserwować i takie, którymi należy się wręcz niepokoić. - Na razie wariantu indyjskiego nie zaliczamy do wariantów niepokojących, ale do tych, którymi należy się interesować - podaje nasz rozmówca.

Warianty wirusa - niepokojące i wzbudzające zainteresowanie

Podział na warianty wzbudzające zainteresowanie (VoI, Variant of Interest) oraz warianty wzbudzające zaniepokojenie (VoC, Variant of Concern) stworzyła Światowa Organizacja Zdrowia we współpracy z amerykańską instytucją Centers for Disease Control and Prevention (CDC). Brano pod uwagę konsekwencje, jakie niosą za sobą poszczególne odmiany.

W wariantach niepokojących to m.in. udowodniony wzrost zakaźności, cięższy przebieg choroby czy wyższa śmiertelność. Natomiast w wariantach budzących zainteresowanie, jest to ograniczona skuteczność przeciwciał (czyli mniejsza odporność) lub przewidywany wzrost zakaźności.

Jak wyjaśnia dr Fiałek, tzw. indyjski wariant koronawirusa (czyli B.1.617) zawiera mutację L452R, obserwowaną już w wariancie kalifornijskim. - I wiemy już, że wariant kalifornijski transmituje się szybciej o około 20 procent od oryginalnego wariantu, czyli jest szansa, że indyjska mutacja również będzie się transmitować szybciej - nadmienia.

Wariant indyjski zawiera też mutację E484Q. Jest to zmodyfikowana wersja mutacji E484K, która nazywana jest "mutacją uciekającą" ze względu na fakt, iż może być zdolna do "ucieczki" przed przeciwciałami wytwarzanymi po zaszczepieniu lub przez przechorowaniu COVID-19. Mutację E484K zawiera chociażby wariant południowoafrykański.

"Indie zapomniały, że istnieje koronawirus"

O wykryciu nowej mutacji wirusa władze Indii zaalarmowały świat w drugiej połowie marca. Jak mówiła na antenie TOK FM indolożka dr Weronika Rokicka, w Indiach rzeczywiście budzi ona niepokój, aczkolwiek wzrost zachorowań, który obserwujemy obecnie w tym kraju, jest spowodowany głównie znacznym poluzowaniem obostrzeń. - Na przestrzeni ostatnich 6-8 miesięcy Indie zapomniały, że koronawirus istnieje. Wszystko się otworzyło, oczywiście w rygorze sanitarnym, ale jednak - mówiła. Oprócz tego, jak dodała, w niektórych bardzo ludnych stanach odbywają się właśnie wybory. Politycy organizują wiece i zgromadzenia, co też może mieć wpływ na wzrost zachorowań.

- Jeśli chodzi o nową mutację, to z tego co wiadomo z zachodnich mediów, wariant ten nie jest jeszcze przebadany i nie wiemy do końca, czy szczepionki na niego działają i jak bardzo prowadzi on do szybszego rozprzestrzeniania się - powiedziała dr Rokicka.

Podróżowanie do Indii? 

Dr Bartosz Fiałek mówi, że zdecydowanie odradza obecnie podróżowanie do Indii. - Jeśli jednak jakieś osoby przyjeżdżają z tego kraju do Polski, to w mojej ocenie powinny przejść 10 dni kwarantanny i dwa testy na obecność koronawirusa: zaraz po powrocie i w siódmym dniu - mówi dr Fiałek. - Powinniśmy podjąć wobec takich osób wzmożony nadzór epidemiologiczny, ale nie powinniśmy panikować - dodaje.

Zdaniem lekarza, to wciąż tzw. wariantem brytyjskim (B.1.1.7) powinniśmy się najbardziej przejmować. Jest to dominująca obecnie mutacja zarówno w Polsce, jak i w Europie, w przypadku której udowodniono już szybsze rozprzestrzenianie się wobec oryginalnego wirusa oraz większą śmiertelność.

DOSTĘP PREMIUM