Lekarze uratowali ciężarną z COVID-19. Gdy trafiła do szpitala, jej dziecko miało 10 proc. szans

Lekarze z Lublina uratowali ciężarną kobietę, która bardzo ciężko przechodziła zakażenie koronawirusem. - Nikt z nas nie wiedział, co będzie. Postanowiliśmy wdrożyć leczenie i czekać. Opłaciło się - przyznają lekarze.
Zobacz wideo

Pani Ewa była zakażona koronawirusem i przez długi czas nie wiedziała, co się z nią dzieje. Gdy trafiła pod opiekę specjalistów z Lublina, podłączono ją do ECMO, które pozaustrojowo dotleniało jej krew. Po odłączeniu od tego urządznia, wciąż pozostawała pod respiratorem. - Nie wiedzieliśmy, co będzie. Przez cały czas byliśmy przygotowani na każdą ewentualność. Poszczególne zespoły były w gotowości - mówi Anna Kwaśniewska, kierownik Kliniki Położnictwa i Patologii Ciąży SPSK1 w Lublinie.

U pacjentki codziennie byli ginekolodzy-położnicy, by sprawdzać, jak rozwija się ciąża. Jak słyszymy, momentem kluczowym i trudnym było odłączenie od ECMO i podłączenie do respiratora. - Burza hemodynamiczna, ciśnienie, nadciśnienie - nie wiedzieliśmy, co się wydarzy, czy nie będziemy musieli na przykład zakończyć tej ciąży. Także wszystkie zespoły, łącznie z instrumentariuszkami, były przygotowane na każdą ewentualność - opowiada prof. Anna Kwaśniewska.

Dziś już wiadomo, że pacjentka czuje się coraz lepiej - w środę rano została przetransportowana śmigłowcem do Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Trafiła tam, bo chciała być jak najbliżej domu i swoich bliskich. - Mamy nadzieję, że teraz donosi ciążę do końca, czyli że sama dojdzie do siebie i że dziecko urodzi się w terminie, a przynajmniej w takim czasie, że poród nie będzie dla tego dziecka zagrożeniem ani zdrowia, ani życia - mówi anestezjolog, prof. Mirosław Czuczwar.

"Duży sukces i wielka radość"

Gdy kobieta trafiła do Lublina, dziecko w jej brzuchu było bardzo malutkie - przy cesarskim cięciu miałoby zaledwie 7-10 procent szans na przeżycie. Dziś - po czterech tygodniach w szpitalu - maluch w brzuchu mamy waży już około 1 kg, co oznacza, że jego szanse na przeżycie wzrosły do nawet 70 procent.

Lekarze nie kryją, że to duży sukces i wielka radość, że udało się pomóc. Tym większa, że część ciężarnych z COVID-19 niestety zmarła. Były też przypadki, że nie udało się uratować ani mamy, ani dziecka. - My perinatolodzy nie jesteśmy przyzwyczajeni do śmierci. Raczej ratujemy dzieci, ratujemy matki. Bardzo rzadko mamy na co dzień do czynienia ze śmiercią. Natomiast COVID-19 spowodował, że stanęliśmy pod ścianą, bo nie byliśmy w stanie części naszych pacjentek pomóc - przyznaje prof. Anna Kwaśniewska. - Niejednokrotnie w przeciągu dwóch - trzech dni te kobiety umierały. To było dla nas perinatologów najgorsze. I myślę, że dla anestezjologów również - śmierć młodych kobiet, które zostawiały dzieci albo i dzieci umierały, i one umierały. I to rzeczywiście było straszne - przyznaje lekarka.

DOSTĘP PREMIUM