Brakuje szczepionki Johnson&Johnson. Lekarze zdenerwowani "szczepionkową PR-ową akcją władzy"

Przez trzy dni w 16 mobilnych punktach w całym kraju szczepiono chętnych preparatem Johnson&Johnson. Teraz tej szczepionki w wielu punktach zabrakło. A pacjenci byli na nią zapisani. - Musimy zmieniać grafiki, obdzwaniać ludzi, tracić czas - mówią nam zdenerwowani lekarze.
Zobacz wideo

Dr Tomasz Zieliński o tym, że jednodawkowej szczepionki Johnson&Johnson dla swoich pacjentów nie dostanie, dowiedział się w ostatniej chwili. Miał dostać dziś. - W poniedziałek 3 maja otrzymałem maila informującego, że wcześniej obiecana dostawa szczepionki Johnson&Johnsnon została anulowana i nie zostanie dostarczona, ponieważ jest zmniejszona dostawa tych szczepionek do Polski przez producenta - mówi lekarz rodzinny spod Lublina. I dodaje, że w zamian zaproponowano mu szczepionkę Pfizer, czyli dwudawkową.

- Dla pacjenta jest to zdecydowana różnica. Jeśli przyjeżdża z daleka na szczepienie, to przy preparacie Johnson&Johnson przyjeżdża tylko jeden raz, a nie dwa. Teraz w poradni musimy przekładać szczepienia na inne terminy i pytać pacjentów, czy są tym zainteresowani - mówi lekarz.

Lekarze, z którymi rozmawiamy, nie mają wątpliwości, że nagłe wycofanie szczepionek J&J i ich brak ma związek z PR-ową akcją władzy, czyli szczepieniami w "szczepionkobusach" w trakcie majowego weekendu.

Wielu pacjentów, którzy mieli się szczepić preparatem Johnson&Johnson w najbliższych dniach, nie ma już na to szans. Pracownicy przychodni dzwonią do nich, że jest możliwość zaszczepienia się, ale już nie jedno- a dwudawkowym preparatem. Taki telefon odebrał m.in. nasz redakcyjny kolega, Michał Janczura.

Zdaniem prof. Jacka Jaworskiego, który od lat zajmuje się zarządzaniem kryzysowym i logistyką, nie tak to powinno wyglądać. - Jednodawkowa szczepionka Johnson&Johnson - według marcowych zapowiedzi rządu - miała być przeznaczona dla mobilnych punktów szczepień, ale szczepiących osoby przewlekle chore, niepełnosprawne, bezrobotne, czyli takie, które mają utrudniony dostęp do klasycznych punktów szczepień - mówi profesor.

Jak dodaje, mobilne punkty, które pojawiły się w czasie majówki w dużych miastach, to wyłącznie akcja propagandowa rządu. Bo w powiatach - gdzie wyszczepialność jest niewielka - dalej nic się nie zmieniło, bo tam "szczepionkobusy" nie dotarły. - Niestety, rząd wybrał miasta wojewódzkie, gdzie duże  punkty szczepień od dawna już szczepią po kilka tysięcy osób dziennie, a terminy szczepień dostępne są niemalże od ręki. Natomiast tam, gdzie szczepień jest najmniej, te mobilne punkty nie dojechały - mówi Jacek Jaworski.

"To była inna pula"

Urzędnicy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, w tym osoby prowadzące profil #SzczepimySię na Twitterze zapewniają, że szczepienie "majówkowe" nie ma nic wspólnego ze zmianami preparatu. "Szczepionki, które dostarczono na majówkową akcje szczepień, pochodziły z osobnej puli przeznaczonej wyłącznie na ten cel" - zapewniają urzędnicy.

To samo mówił we wtorek na konferencji prasowej minister zdrowia Adam Niedzielski. 

- Dawki przeznaczone na szczepienia majówkowe pochodziły z odrębnej puli – przekonywał, odnosząc się do zarzutu, że przez zastrzyki wykonywane w trakcie majówki szczepionki nie dojechały do punktów, które miały szczepić w kolejnych dniach.

Szczepionek nie mają też miejskie punkty

Na niezrozumiałą koordynację szczepień zwraca jednak uwagę również Marcin Samsel, ekspert od zarządzania kryzysowego. Przypomina, że wciąż szczepimy niewiele osób dziennie w stosunku do tego, ile powinniśmy szczepić. Były wyjątki, gdy udało się w ciągu jednego dnia przekroczyć liczbę 200-250 tysięcy zaszczepionych, ale to tylko wyjątki.

W czasie, gdy rząd zrobił majówkową "promocję" szczepień, część punktów szczepień - w tym chociażby duży punkt szczepień w hali sportowej Icemania w Lublinie - stał pusty. Stworzony przez miasto punkt mógłby szczepić ponad 7 tysięcy osób tygodniowo, tyle, że nie może zacząć działać, bo... nie ma szczepionek.

- Od sześciu dni jest tu gotowych 10 stanowisk do szczepienia pacjentów, 100 miejsc w poczekalni, ale punkt jest zamknięty - tylko dlatego, że nie przyjechały tu szczepionki. A w tym samym czasie dojechały do punktu mobilnego, odległego stąd o zaledwie 2 kilometry - mówi poseł Michał Krawczyk z Koalicji Obywatelskiej. I dodaje, że szczepienia majówkowe to dla niego typowa rządowa propaganda. - Byłem tu 2 maja. Ludzie na Placu Zamkowym stali przed mobilnym punktem szczepień w deszczu i chłodzie, a w tym czasie duży punkt, zlokalizowany pod dachem, musiał być zamknięty. We mnie krew się burzy, żeby nie powiedzieć, że krew mnie zalewa. Bo to jest całkowity brak szacunku dla ludzi i pokazanie, że najważniejsza dla tego rządu jest propaganda - dodaje Michał Krawczyk.

DOSTĘP PREMIUM