Protest medyków. Maniefstacja przeszła ulicami Warszawy. Udało się rozbić "białe miasteczko" przed KPRM

Protestujący w Warszawie medycy usiedli na jezdni w pobliżu kancelarii premiera. Manifestowali od godziny 12. Byli m.in. przed Ministerstwem Zdrowia i Sejmem. Teren w Al. Ujazdowskich, gdzie pierwtonie miało powstać "białe miasteczko", blokowała policja. Jednak medykom udało się je rozbić kilka metrów dalej.

Protest przedstawicieli zawodów medycznych rozpoczął się na placu Krasińskich w Warszawie, w samo południe. Następnie, zgodnie z planem, przeszedł przed budynek Ministerstwa Zdrowia (przy Miodowej), potem przed Pałac Prezydencki i na Wiejską - przed gmach Sejmu. Następnie zaczął kierować się do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, gdzie stanąć miało tzw. białe miasteczko. 

Całe wydarzenie przebiegało pod hasłem "Publiczna ochrona zdrowia kona!!!". Organizatorzy spodziewali się około 10-15 tysięcy osób. Jak mówił chwilę po godzinie 12 reporter TOK FM Piotr Barejka, zgromadzonych rzeczywiście było bardzo dużo i stale dochodziły nowe osoby. - Przyjechali z różnych części Polski. Widać to chociażby po transparentach, jakie mają i na których znajdują się nazwy miejscowości lub regionów, z których pochodzą - relacjonował. 

Na banerach i transparentach, które nieśli przez stolicę medycy, można było przeczytać również takie hasła jak: "Nasze problemy są problemami pacjentów", "Średni wiek pielęgniarki to 53 lata" i "1 pielęgniarka na 30 pacjentów".

Około godziny 13 protest dotarł przed Pałac Prezydencki, gdzie minutą ciszy uczczono pamięć medyków, którzy zmarli podczas pandemii COVID-19 przez - jak mówili sami medycy - niewydolność systemu ochrony zdrowia w Polsce. 

Protest wspierali także rolnicy. Jak informował nasz reporter Piotr Barejka, w wydarzeniu brał udział m.in. lider AgroUnii Michał Kołodziejczak.

Przed budynkiem Sejmu na Wiejskiej protest zatrzymał się na dłużej. Odbyły się przemówienia przedstawicieli poszczególnych zawodów medycznych, którzy wypominali rządzącym m.in. brak chęci do rozmów, nieprzygotowanie do epidemii COVID-19, niskie wynagrodzenia czy braki kadrowe. Również przed Sejmem była minuta ciszy - tym razem ku pamięci pacjentów, którzy zmarli, choć "nie musieli". Według medyków, byli ofiarami niewydolnego systemu ochrony zdrowia, w którym brakuje personelu i leków, a karetki nie dojeżdżają na czas.

Sprzed Sejmu protest przeniósł się przed Kancelarię Prezesa Rady Ministrów. Tam, zgodnie z planem, miało stanąć tzw. białe miasteczko. Jednak teren wokół KPRM w Al. Ujazdowskich był szczelnie ogrodzony barierkami i kordonem policji. Jako powód tak szczelnej ochrony podawano wizytę kanclerz Niemiec Angeli Merkel w Warszawie. 

Ostatecznie więc medycy zatrzymali się kilkaset metrów wcześniej, tuż przed policyjnym kordonem. Usiedli na jezdni, by - jak mówili - "pokazać, jak są zmęczeni". Nie tylko tym sobotnim protestem, ale całą swoją pracą. Natomiast "białe miasteczko" udało się rozbić kilka metrów dalej niż planowano. Medycy zapowiadają, że część z nich spędzi noc przed KPRM. 

Protest medyków. Jakie mają postulaty?

Główne postulaty protestujących to: natychmiastowa zmiana ustawy o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia, realny wzrost wyceny świadczeń, ryczałtów i tzw. dobokaretki, a także zatrudnienie dodatkowych pracowników obsługi administracyjnej i personelu pomocniczego. 

Jeszcze w piątek miały odbyć się rozmowy ostatniej szansy. Przedstawiciele zawodów medycznych przerwali jednak spotkanie z ministrem zdrowia, bo nie pojawił się na nim premier Mateusz Morawiecki. Minister Niedzielski ocenia postulaty medyków jako nierealne. W piątek, po spotkaniu, przekonywał, że ich realizacja pochłonęłaby około 100 mld zł i porównał je do "odpalenia rakiety i lotu na Marsa". 

- Spłaszczanie naszych postulatów do kwestii wynagrodzeń to brak szacunku dla nas i przede wszystkim brak szacunku dla polskich pacjentów - mówiła w sobotę rano TOK FM Krystyna Ptok, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych. - Ochrona zdrowia jest w fatalnej kondycji. My pracujemy po 300 godzin, w trzech miejscach - ratownicy, pielęgniarki, lekarze. Żyjemy krótko, umieramy wcześniej i rząd traktuje to jako normalną sytuację? No chyba nie - dodała, nie kryjąc oburzenia.

DOSTĘP PREMIUM