Niewiele ponad 3 proc. zaszczepionych miało pozytywny wynik testu na COVID-19. Wnioski z analizy aż 13 mln testów

Michał Janczura
Ponad 80 proc. osób, które zachorowały na COVID-19 mimo szczepienia, nie było zaszczepionych w pełni - do zakażenia doszło u nich zaraz po przyjęciu pierwszej dawki albo między pierwszą a drugą. Potwierdzają to dane Ministerstwa Zdrowia - mówi w rozmowie z TOK FM Łukasz Pietrzak, który przeanalizował statystyki dotyczące ponad 13 milionów testów wykonanych w Polsce od momentu rozpoczęcia programu szczepień.
Zobacz wideo

Łukasz Pietrzak - farmaceuta, od początku pandemii zbiera dane dotyczące liczby zakażeń koronawirusem, zgonów spowodowanych COVID-19 i upowszechnia tę wiedzę w mediach społecznościowych. To stworzone przez niego kolorowe mapy są szeroko udostępnianie przez media. Powołują się na nie politycy czy naukowcy. Łukasz Pietrzak analizuje skalę zakażeń, prognozuje rozwój fal pandemii na podstawie zebranych informacji. Zbiera i analizuje też dane dotyczące szczepień Polaków.  

Michał Janczura: Po co pan zbiera te wszystkie szczegółowe dane?

Łukasz Pietrzak: Bo rządowe instytucje nie robią tego w odpowiedni sposób.

Jak to? Przecież Ministerstwo Zdrowia publikuje dane epidemiologiczne.

Ale to są bardzo ogólne raporty. Żeby móc wyciągać wnioski, trzeba zebrać dane udostępniane przez różne instytucje, połączyć je i odpowiednio zinterpretować. W Polsce nie robi tego ministerstwo, tylko grupa wolontariuszy zajmująca się statystyką epidemiologiczną. Zacząłem się tym zajmować, gdy minister zdrowia ogłosił wprowadzenie progów bezpieczeństwa z podziałem na regionalne strefy (żółte i czerwone - red.). Nigdzie nie mogłem znaleźć informacji o tym, w jakiej sytuacji jest obecnie moje województwo. Brak takich danych był irracjonalny. Po co tworzyć jakieś kryteria, skoro nie są udostępniane informacje z wykorzystaniem adekwatnego wskaźnika. Uznałem, że skoro tego nie ma, to sam zacznę to analizować.

Zaczął pan tworzyć mapki, wykresy. I co nam mówią te dane?

Dzięki nim wiem nie tylko, ile jest zakażeń w danym województwie w przeliczeniu na populację. One pokazują również umieralność w konkretnych regionach, współczynnik śmiertelności, które grupy są najbardziej narażone na zgon, hospitalizacje czy zakażenie. Dzięki nim poznajemy też najbardziej drastyczny wskaźnik, czyli tzw. zgony nadmiarowe. Tego oficjalne dane nigdzie nie prezentują.

Do "zgonów nadmiarowych" wrócimy, ale najpierw zapytam o skuteczność w przewidywaniu. Na Twitterze pojawiała się nawet klasyfikacja osób, które najtrafniej prognozowały dane. Ministerstwo podawało, że osiągniemy jakąś liczbę nowych przypadków, a ta wasza grupa wolontariuszy liczyła po swojemu i najczęściej to wy byliście bliżej prawdy.

To były prognozy krótkoterminowe. One są dość łatwe do tworzenia. W maju miałem ponad 96 procent skuteczności w przewidywaniu postępów pandemii, czyli liczby wykrywanych przypadków. Obecna fala jest już inna, dlatego tych prognoz nie tworzę. To jest fala kilku prędkości, rozlewa się nierówno po całym kraju. Dodatkowo te współczynniki, które analizujemy, są nieprecyzyjne. Jeśli jesienią 2020 roku współczynnik pozytywnych wyników testów wynosił ponad 50 procent, to wiadomo, że skala niedoszacowania była ogromna. Czyli mnóstwo osób przechorowało COVID-19 i nie było ujęte w oficjalnych statystykach. Dodatkowo nie wiemy, ilu z tych, którzy przechorowali, jest wśród zaszczepionych, a to nie pozwala precyzyjnie określić poziomu immunizacji w poszczególnych regionach.   

Kto korzysta z pana danych?

Głównie wy, dziennikarze. To pokazuje, że jest powszechne zapotrzebowanie na te informacje. Ministerstwo je ma, ale z jakichś przyczyn ich nie udostępnia.

Może nie chce, żebyśmy wszystko wiedzieli?

Na pewno część danych dobitnie pokazuje, jak przegrywamy z pandemią. Na przykład jesienią 2020 roku w szczycie drugiej fali odnotowaliśmy 16,2 tys. zgonów w ciągu tygodnia. Chodzi o wszystkie zgony w całym kraju. Średnia dla tego okresu z poprzednich pięciu lat to dokładnie 7500 zgonów.

Dobrze rozumiem, że tylko w jednym tygodniu w Polsce umarło 8,7 tysiąca osób więcej niż w latach poprzednich? Jak się liczy taką średnią?

Oblicza się to na podstawie liczby zgonów z ostatnich lat w danym okresie. Jeśli ta średnia to 7,5 tys. dla danego tygodnia, to wszystko, co odnotowano ponad to, traktujemy jako zgony nadmiarowe czy też ponadnormatywne. W konkretnych jednostkach czasu śmiertelność wzrosła ponad dwukrotnie w porównaniu do lat poprzednich.

I może pan na podstawie tych danych powiedzieć, że to właśnie przez COVID-19?

Tu się pojawia bardzo ciekawe porównanie. Jesienią 2020 roku COVID-19 był przyczyną 38 proc. nadmiarowych zgonów. To oficjalne dane z Ministerstwa Zdrowia oraz GUS. Wiosną 2021 roku przy podobnych obostrzeniach COVID-19 był przyczyną ponad 75 proc. zgonów nadmiarowych.

Co to oznacza?

Że jesienią 2020 mieliśmy ogromne niedoszacowanie liczby zgonów z powodu COVID-19. Współczynnik hospitalizacji i osób wymagających wentylacji mechanicznej był nieadekwatny do liczby zakażeń w porównaniu do sytuacji w trzeciej fali. Pozwala to domniemywać, że ludzie umierali w domach. Można postawić tezę, iż drugą falę przegraliśmy przez infrastrukturę, a w zasadzie jej niewystarczającą ilość. Było za mało łóżek, za mało respiratorów. Wiosną było więcej zakażeń, ale powstawały szpitale tymczasowe, zaczęły się szczepienia i liczba zgonów nadmiarowych, mimo znacznie większej liczby zakażeń, spadła. 

Chciałbym to uprościć. Czy dobrze rozumiem, że pana zdaniem liczba zgonów z powodu COVID jest mocno, ale to naprawdę mocno niedoszacowana?

Zdecydowanie. We wrześniu przeprowadziłem analizę w celu estymacji realnej liczby zgonów. Uwzględniłem liczbę zakażeń, liczbę nadmiarowych zgonów oraz kilka innych współczynników. Okazało się, że liczba tych, którzy zmarli z powodu COVID, to nie 75 tys., jak podaje ministerstwo, ale od 108 do 113,5 tys. Co ciekawe analiza przeprowadzona przez "The Economist" wskazuje, że może to być od 120 do 130 tys. osób. Te liczby oczywiście należałoby zaktualizować, uwzględniając również ostatnie dwa miesiące.

To są oczywiście pewne symulacje, ale rozumiem, że liczbę tych nadmiarowych zgonów w trakcie całej pandemii możemy określić z dużą dokładnością?

Tak. Od początku pandemii liczba nadmiarowych zgonów to ponad 140 tys.

Niestety przychodzi kolejna fala i znowu te liczby rosną. Od połowy października mamy co tydzień już ponad tysiąc zgonów nadmiarowych.

Jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, iż obecna fala jest opóźniona o około dwa tygodnie względem tej sprzed roku, to brak jakichkolwiek obostrzeń i decyzji ministerstwa nie wydaje się być rozsądnym działaniem.

Napisał pan na Twitterze coś, co mi nie daje spokoju: "80 proc. zakażeń u osób zaszczepionych przynajmniej jedną dawką, potwierdzono do 2 tyg. w przypadku przyjęcia tylko pierwszej lub w okresie pomiędzy poszczególnymi dawkami". Skąd taki wniosek?

Otrzymałem z Ministerstwa Zdrowia dane dotyczące ponad 13 milionów testów wykonanych w Polsce od początku programu szczepień. Dane te pokazują nie tylko wynik testu, ale także status osoby zaszczepionej, datę wykonania badania oraz przyjęcia poszczególnych dawek.

Upewnię się. Mówimy o 13 milionach testów?

Analizujemy 13 milionów wyników.

I co z nich wynika?

Że 80 procent pozytywnych wyników testów u osób zaszczepionych dotyczy osób nie w pełni zaszczepionych, czyli tych, które otrzymały tylko jedną z dwóch wymaganych dawek oraz otrzymały pozytywny wynik testu między pierwszą a drugą dawką szczepionki. Jeśli do tego doliczymy pozytywne wyniki testów u osób, które były zaszczepione dwiema dawkami, ale test wykonano, zanim uzyskały pełną odporność (czyli w ciągu dwóch tygodni od przyjęcia drugiej dawki), to ten odsetek rośnie do ponad 90 procent. To znaczy, że zakażenia wśród osób zaszczepionych po uzyskaniu pełnej odporności są naprawdę rzadkie.

To weźmy dla przykładu najpopularniejszą szczepionkę Pfizera. Dwiema dawkami zaszczepiono ponad 12 milionów osób. Ile było przypadków, że ktoś jest w pełni zaszczepiony, miał szansę uzyskać odporność, a mimo to miał pozytywny wynik testu?

Niewiele ponad 12 tysięcy.    

Nawet zakładając, że część osób nie odpowiada na szczepienia, bo ma na przykład obniżoną odporność, to zaszczepienie daje wyjątkową skuteczność.

To są tak zwani non-responderzy. Dane z innych krajów pokazują, że to może być nawet 5 procent zaszczepionych osób.

Nawet bez tych wskaźników dane pokazują, że szczepionki w Polsce działają rewelacyjnie.

A jak długo ta odporność się utrzymuje?

Ewidentnie widać, że pomiędzy 30. a 35. tygodniem od zaszczepienia nieznacznie wzrasta liczba pozytywnych testów wśród osób nawet w pełni zaszczepionych. To dowodzi, że skuteczność szczepionki utrzymuje się około siedmiu miesięcy, a potem zaczyna powoli spadać. 

Wiem, że szykujecie z grupą naukowców, lekarzy i wirusologów publikację na podstawie tych danych, ale niech pan zdradzi, co jeszcze udało się wam z tych liczb wyczytać.

Że działają wszystkie szczepionki, ale te mRNA są skuteczniejsze. Podam tylko jedną liczbę.

Niewiele ponad 3 procent osób spośród wszystkich, które były zaszczepione co najmniej jedną dawką, miało pozytywny wynik testu.

Czy ja dobrze rozumiem, że Ministerstwo Zdrowia ma te dane u siebie, ale ich nigdzie nie publikuje?

Niestety tak jest i bardzo mnie to dziwi. To mogłoby być ważne narzędzie do przekonywania tych, którzy kwestionują skuteczność takiej formy walki z pandemią.

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM