"Matki muszą patrzeć na swoje dzieci, które cierpią i się duszą". Lekarka o dramacie małych pacjentów z COVID-19

- Mamy teraz 39 pacjentów z COVID-19, wszyscy są niezaszczepieni i w ciężkim stanie. Są właściwie w każdym wieku, bo mamy nawet noworodka, który został przyjęty zaledwie kilka godzin po urodzeniu - mówiła w TOK FM dr Lidia Stopyra, kierowniczka Oddziału Chorób Infekcyjnych i Pediatrii Szpitala Specjalistycznego im. Żeromskiego w Krakowie.
Zobacz wideo

W środę Ministerstwo Zdrowia poinformowało o rekordowej w IV fali pandemii liczbie osób, które zmarły w związku z COVID-19 - aż 570. W kolejnych dniach nie było lepiej. Jednak zdaniem dr Lidii Stopyry - kierowniczki Oddziału Chorób Infekcyjnych i Pediatrii Szpitala Specjalistycznego im. Żeromskiego w Krakowie - te liczby nie robią już na Polakach wrażenia. - Choćby we wtorek mieliśmy 526 zgonów w oficjalnych statystykach. Do tego trzeba dodać pewnie 1000 zgonów pacjentów, u których opóźniło się rozpoznanie chorób onkologicznych i przewlekłych, bo mieli utrudniony dostęp do lekarzy z powodu pandemii. A mimo to te liczby na ludzi nie działają. Gdyby wczoraj w Polsce spadło dwa, cztery czy sześć samolotów, to by zrobiło wrażenie, natomiast liczby zgonów w związku z COVID-19 nie działają - mówiła w TOK FM.

Mimo to podała liczby, które opisują rzeczywistość na jej oddziale - liczby, które dotyczą dzieci. - Mamy teraz 39 pacjentów z COVID-19, wszyscy są niezaszczepieni i w ciężkim stanie. Są właściwie w każdym wieku, bo mamy noworodka, który został przyjęty zaledwie kilka godzin po urodzeniu, i mamy osoby niespełna 18-letnie - wymieniała.

Na oddziale sami niezaszczepieni

Podkreśliła, że jak dotąd nie trafił do niej na oddział żaden pacjent z COVID-19, który byłby zaszczepiony. - Nigdy takiego pacjenta nie mieliśmy, mimo że przyjęliśmy już kilkaset osób. Ciężko chorują dzieci niezaszczepione - stwierdziła. - W Polsce umarło już kilkadziesiąt dzieci w związku z COVID-19. Więc to nie jest prawda, że infekcja u dzieci zawsze przebiega łagodnie. Są takie, które umierają i nie zawsze są to dzieci z obciążeniami. Trafiają do nas kilkunastoletni, wysportowani, szczupli chłopcy, którzy mają ponad 80 proc. zajęcia miąższu płucnego - dodała.

Tłumaczyła, że u tych młodych pacjentów COVID-19 postępuje tak, jak u dorosłych. - W tej fazie pandemii obserwujemy zdecydowanie inny przebieg COVID-19 u dzieci. Na początku, gdy WHO ogłosiła pandemię, sprowadziliśmy respiratory, ale wtedy okazało się, że w pediatrii nie za bardzo tych sprzętów potrzebujemy, bo dzieci tak nie chorowały. A teraz te wszystkie sprzęty wyjmujemy i podłączamy dzieci do wentylacji mechanicznej - powiedziała.

Jak wyjaśniła, powodem tego, że dzieci teraz bardzo ciężko chorują na COVID-19, są nowe mutacje wirusa. - Poza tym rok temu byliśmy w ścisłym lockdownie, wszystko było zamknięte, a teraz jest pełne otwarcie i zachorowań jest znacznie więcej - wyjaśniała.

Jak mówiła, dzieje się tak, mimo że od 7 czerwca można w Polsce szczepić osoby powyżej 12. roku życia. Przyznała, że nie rozumie rodziców, którzy nie szczepią swoich dzieci. - Ci rodzice nie są źli, chcą jak najlepiej dla swojego dziecka, tylko otwierają internet i trafiają tam na mnóstwo bzdur, w które wierzą. Później niestety muszą patrzeć na swoje dzieci, które cierpią i się duszą - stwierdziła.

W jej ocenie, gdy tylko pojawi się możliwość szczepienia dzieci w wieku 5-11 lat, należy to robić. - To jest nasza jedyna szansa, żeby opanować pandemię, żeby nie było tych ciężkich zachorowań u dzieci i żeby miały normalne życie. Wiemy już, że także w tej grupie wiekowej szczepienie jest bezpieczne i chroni dziecko przed ciężkim zachorowaniem i powikłaniami - podsumowała gościni TOK FM.

DOSTĘP PREMIUM