"Igranie ze śmiercią, oni nie dają sobie pomóc". Chorzy na COVID-19 za późno zgłaszają się do szpitali

Bardzo często pacjenci z COVID-19 pierwszy test mają robiony dopiero w karetce, gdy jadą do szpitala z dusznością i nie mogą złapać oddechu. - Do szpitali trafiają pacjenci z saturacją 50, a nawet mniejszą. Ci ludzie nie dają sobie pomóc. To jest igranie ze śmiercią. Nie można czekać - mówią lekarze.
Zobacz wideo

Ponad 27 tysięcy zakażeń i 502 zgony chorych z COVID-19. Hospitalizowanych jest 21 550 chorych, w tym 1862 osoby są podłączone do respiratorów - to czwartkowe dane resortu zdrowia dotyczące pandemii. Lekarze ubolewają, że pacjenci z COVID-19 zbyt późno trafiają do szpitali.

Ludzie często nie wiedzą, że przy koronawirusie pierwsze dni mogą mieć lekki przebieg, z katarem czy niewielką gorączką. Natomiast pogorszenie choroby może nastąpić dopiero po 8-10 dniach. Niejednokrotnie myślimy, że już z COVID-19 "wychodzimy", a nagle następuje zaostrzenie objawów, np. pojawia się duszność. - To jest bardzo częste, że stan zaostrza się dopiero po kilku dniach - mówi nam zakaźnik, dr Sławomir Kiciak, ordynator Oddziału Zakaźnego w szpitalu przy ul. Niernackiego w Lublinie.

Kluczowa saturacja

Jak Polacy leczą się z COVID-19 w domu? Część pacjentów wierzy w duże dawki witaminy C, "leczą się" witaminą D, biorą leki przeciwbólowe, piją mleko z miodem, próbują chorobę "wyleżeć" w łóżku. Ale COVID-19 to nie jest przeziębienie czy "zwykła grypa", jak próbują przekonywać antyszczepionkowcy.

Dr Sławomir Kiciak tłumaczy, że kluczowe jest mierzenie sobie saturacji. Pulsoksymetr można dostać z rządowego programu (gdy mamy oficjalnie wykonany test), ale można go też kupić w aptece. Badanie jest całkowicie bezbolesne i szybkie. - Jeśli saturacja spada nam poniżej 90, koniecznie skontaktujmy się z lekarzem rodzinnym albo ze szpitalem - mówi dr Kiciak.

"Igranie ze śmiercią"

Ekspert przyznaje, że miał już nawet czterdziestolatków z saturacją 40 czy 60 procent. - Zdarzały się przypadki chorych, którzy byli przywożeni karetką i umierali w Izbie Przyjęć, bo byli w stanie bezpośrednio zagrażającym życiu - mówi lekarz.

Prof. Krzysztof Tomasiewicz, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, wyjaśnia, że przy tak niskiej saturacji trudno jest już pomóc pacjentowi. - Przykre jest to, że czasami sami nie dają sobie szansy, nie dają nam okazji do zadziałania, zbyt długo czekają w domu. To jest tak naprawdę igranie ze śmiercią - mówi nasz rozmówca.

W szpitalach są też chorzy, którzy leczyli się w domu amantadyną. Bywa, że przepisał im ją lekarz rodzinny albo zdobyli gdzieś na własną rękę, na "czarnym rynku". Niektórzy z nich teraz walczą o życie. Bywa, że muszą trafić pod respirator. Leczenie amantadyną to - według ekspertów - bardziej eksperyment niż terapia.

Dlatego lekarze przypominają, że w leczeniu koronawirusa najważniejsza jest reakcja w odpowiednim momencie. Dlatego tak ważne jest, by zgłosić się na test - np. zapisując się na niego przez internet lub kupując go w aptece. Chodzi o to, by wiedzieć, czy jesteśmy zakażeni, czy nie. Wiedzieć dla siebie, ale też dla swoich bliskich, by ich nie narazić na zakażenie i potencjalnie ciężki przebieg choroby.

DOSTĘP PREMIUM