Po co budzić drzewa i dlaczego nie można podsłuchiwać zwierząt? Święta pełne prasłowiańskich obrzędów

Trzymanie snopu siana w domu czy budzenie drzew owocowych - to tylko niektóre z obecnych wciąż na Podlasiu przedchrześcijańskich zwyczajów świątecznych, niespotykanych w innych częściach kraju. Inne, do dziś znane w całej Polsce, też mają korzenie w pogańskich świętach i prasłowiańskiej obrzędowości. - Sporo zwyczajów poddano wtórnej interpretacji, nadano im nowe znaczenia - mówi nam dr Artur Gaweł, etnograf i dyrektor Podlaskiego Muzeum Kultury Ludowej.
Zobacz wideo

W XIX wieku nie wyobrażano sobie świąt Bożego Narodzenia na Podlasiu bez czterech snopów, umieszczonych w czterech kątach izby, w której spożywano kolację wigilijną. Zwyczaj ten znany był jeszcze powszechnie przed II wojną światową. Teraz kultywuje się go tylko w niektórych domach na wschodzie regionu. - Snop symbolizuje dostatek, obfitość. Według wierzeń ludowych miał zapewnić urodzaj. Główną troską naszych przodków był bowiem niedostatek żywności i głód. Starano się więc wykonać wszystkie wróżby, które miały zapewnić powodzenie przez cały rok - tłumaczy nam Gaweł.

Okazuje się jednak, że przynoszenie snopu do izby to tylko pozornie osobliwość Podlasia. - W innych regionach Polski ten zwyczaj też przetrwał, w postaci sianka wigilijnego na stole - mówi etnograf. - Dzisiaj zwyczaj ten jest powszechny. Kładziemy sianko po to, by upamiętnić, że Pan Jezus narodził się w stajence betlejemskiej. Ale, gdy sięgniemy do źródeł historycznych, to przeczytamy, że przed kilkuset laty księża krzyczeli z ambon, by nie kultywować tego pogańskiego, wstrętnego zwyczaju rozkładania siana na stole! O co tutaj chodziło? Wszystko to, co znalazło się na stole wigilijnym, w wierzeniach naszych przodków zyskiwało taką niesamowitą moc przekazywania zdrowia, bogactwa. I to sianko wigilijne rozkładano na stole wigilijnym by później nakarmić nim zwierzęta. Wierzono, że dzięki niemu, będą się one rozmnażać, będą płodne - opisuje nasz rozmówca.

Co powiedzą nam zwierzęta?

Wierzenia, że zwierzęta w Wigilię mówią ludzkim głosem, to także część przedchrześcijańskiej tradycji. - Mało tego, wierzono, że jeśli gospodarz podsłucha rozmowę zwierząt, na przykład dwóch wołów, to może usłyszeć, że już wkrótce umrze. Gospodarz i domownicy starali się więc nie podsłuchiwać zwierząt, bo a nuż jakąś złą wróżbę usłyszą - twierdzi dr Gaweł.

Wiele świątecznych zwyczajów, które do dziś kultywujemy, ma więc niewiele wspólnego z chrześcijańską tradycją świąteczną. Są one raczej związane z przywiązaniem do ziemi i dóbr doczesnych, z duchowością starych Słowian. Sporo naszych tradycji świątecznych wywodzi się jeszcze z prasłowiańskich godów i pogańskich świąt agrarnych. Później tradycje te interpretowano na nowo, "po bożemu". Tak jest nawet ze zwyczajem pozostawienia pustego krzesła przy wigilijnym stole. - Wigilia pozostawała przez długi czas ucztą zaduszkową - mówi nam etnograf z Podlasia. - Wierzono, że przy wigilijnym stole siedzą z nami duchy zmarłych przodków. Pozostawiano więc im też na noc pełny stół, tak by mogły się one najeść. Tym samym zyskiwało się ich przychylność - dodaje.

Jaka wigilia, taki cały rok

Zgodnie ze starym zwyczajem Wigilia była tym dniem, w którym rozpoczyna się nowy rok. Wierzono więc, że wszystko, co wydarzy się w tym dniu, ma wpływ na cały następny rok. Stąd też przetrwały u nas wierzenia, że dzieci w wigilię muszą być grzeczne, bo jak raz zostaną skarcone za złe zachowanie, to będzie się to powtarzało przez cały rok. Stąd również nasze wigilijne obżarstwo. - Wciąż istnieją domostwa, w których wierzy się, że osoba spożywająca kolację wigilijną powinna przynajmniej skosztować wszystkich potraw. Jeżeli tego nie zrobi, będzie to oznaczało, że w przyszłym roku może ją spotkać nieszczęście - mówi Gaweł.

Ze wspomnianym na początku zwyczajem przynoszenia snopa do izby wiąże się jeszcze jeden, charakterystyczny dla Podlasia, choć już wymierający zwyczaj. Po wieczerzy wigilijnej, a przed udaniem się na pasterkę, wyciągano z tego snopu źdźbła słomy i budzono nimi drzewa owocowe. - Gospodarz wychodził do sadu i obwiązywał te drzewka, po czym zaklinał je, by obrodziły - opowiada dyrektor Podlaskiego Muzeum Kultury Ludowej. - Wstrząsał nimi i zwracał się do nich wprost, by obudziły się i w następnym roku wydały owoce. Niektórzy gospodarze zabierali z sobą siekierę i grozili drzewkom, że albo obrodzą, albo zostaną ścięte. Czasami gospodarzowi towarzyszyły dzieci, które w imieniu drzewa odpowiadały: "Tak, tak, nie ścinaj mnie, w następnym roku wydam już wiele owoców". To był taki dialog, który miał zapewnić domowników, że tych owoców, jabłek, gruszek czy śliwek, w kolejnym roku będzie odpowiednio dużo - opisuje.

Dlaczego na Podlasiu lepiej zachowały się przedchrześcijańskie zwyczaje, które w innych częściach już wymarły lub przybrały inną, bliższą chrześcijaństwu formę? Z jednej strony dlatego, że północna i wschodnia część regionu była częścią Wielkiego Księstwa Litewskiego, które dopiero pod koniec XIV wieku przyjęło chrześcijaństwo. Ale jest też inna przyczyna - to przywiązanie tutejszych mieszkańców do ziemi i miejsca, do "tutejszości", jak pisał niedawno w "Gazecie Wyborczej" pochodzący z Podlasia pisarz Ignacy Karpowicz: "Nie idzie tu o żaden regionalny mikronacjonalizm. Po prostu poza wioską i jej okolicami świat nie istniał dla nich w sposób dostępny, tedy pilnowali tego świata, który był. Świat zewnętrzny przynosił wojny, przesiedlenia, głód i śmierć. Nie warto i niebezpiecznie tam się wybierać. Gdy nadejdzie czas, świat sam wpadnie i coś naniszczy".

DOSTĘP PREMIUM