Aktywista LGBT pozywa Kaję Godek. "Mam nadzieję na szybki proces i dotkliwą karę"

Bartosz Staszewski pozwał Kaję Godek za słowa, które miały paść podczas Marszu Równości w Lublinie. Pełnomocnicy aktywisty złożyli w sądzie prywatny akt oskarżenia, do którego treści dotarła reporterka TOK FM.
Zobacz wideo

Chodzi o wydarzenia, które rozegrały się na trasie Marszu Równości w Lublinie 23 października. Marsz spokojnie przeszedł przez miasto i miał się zakończyć przed lubelską Galerią Labirynt. W jej pobliżu ustawili się zwolennicy Kai Godek, z banerami poniżającymi i obrażającymi przedstawicieli społeczności LGBT.

Jak wynika z wysłanego właśnie do sądu prywatnego aktu oskarżenia, Bartosz Staszewski podszedł do Kai Godek i poprosił o kilka minut rozmowy. Chciał wiedzieć, jaki jest związek pomiędzy banerami  mówiącymi o przypadkach wykorzystywania seksualnego dzieci przez nieheteronormatywnych sprawców a Marszem Równości w Lublinie. Odpowiedzi początkowo miał udzielić mu Krzysztof Kasprzak, członek zarządu Fundacji "Życie i Rodzina". Stwierdził, że banery mają uświadomić uczestnikom Marszu Równości, do czego może prowadzić realizacja postulatów środowiska LGBT. "Stwierdził, że skoro jednym z postulatów środowiska LGBT+ jest adopcja dzieci przez osoby nieheteronormatywne, to realizacja tego postulatu prowadzić będzie do pedofilii" - czytamy w akcie oskarżenia.

Bartosz Staszewski miał odpowiedzieć, że to nieprawda. Gdy ponownie zwrócił się do Kai Godek, miał usłyszeć następujące słowa: "Drogi panie, my nie rozmawiamy z ludźmi, którzy wykorzystują seksualnie dzieci i piszą do 14-latków, że mu wyślą nagie zdjęcia. Niech pan stąd odejdzie, bo ja się brzydzę tym, co pan robi. Brzydzę się. Brzydzę się panem. Proszę iść do swoich kolegów. Brzydzę się panem. Brzydzę się panem". Wymiana zdań została zarejestrowana na filmie, który dołączono do aktu oskarżenia.

Dodatkowo, dwa dni po Marszu Równości w Lublinie, Kaja Godek zamieściła na swoim profilu na Facebooku informację o tym, że Bartosz Staszewski - rzekomo nieprawdziwie - przekazał opinii publicznej, że oskarżona wypowiedziała do niego słowa "Brzydzę się Panem". To - w opinii aktywisty - również zniesławienie, dlatego ten wątek także znalazł się w akcie oskarżenia.

Jak napisano w uzasadnieniu aktu oskarżenia, Kaja Godek wprost zarzuciła Bartoszowi Staszewskiemu, że dopuszcza się wykorzystywania seksualnego dzieci, a więc pomówiła go o takie postępowanie, które poniżyło go w oczach opinii publicznej oraz naraziło na utratę zaufania potrzebnego w walce z homofobią, którą - jako aktywista LGBT - od lat prowadzi.

Sprawą zajmie się Sąd Rejonowy Lublin-Zachód. Chodzi o oskarżenie z art. 212 par. 1. Kodeksu karnego: "Kto pomawia inną osobę (...) o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności". W akcie oskarżenia jest również mowa o paragrafie 2: "Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu za pomocą środków masowego komunikowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku".

"Mam nadzieję na szybki proces i dotkliwą karę" - napisał w mediach społecznościowych Staszewski.

Nie pierwszy taki akt oskarżenia

To nie pierwsze prywatne akty oskarżenia skierowane przez Bartosza Staszewskiego do sądu w Lublinie. Wcześniej oskarżył m.in. ówczesnego wojewodę lubelskiego, dziś ministra edukacji, Przemysława Czarnka za jego słowa "Obnoszenie się ze swoją seksualnością na ulicy jest po prostu obrzydliwe. Nie promujmy zboczeń, dewiacji, wynaturzeń". Sprawa zakończyła się ugodą - Przemysław Czarnek miał przeprosić, choć do końca się z tego nie wywiązał.

Był też prywatny akt oskarżenia przeciwko radnemu PiS (dziś jest wicedyrektorem ogólnopolskiego Ośrodka Rozwoju Edukacji). Tomasz Pitucha odpowiadał za to, że zniesławił Bartosza Staszewskiego pisząc na portalu społecznościowym, że - jako organizator Marszu Równości - promuje homoseksualizm i pedofilię. Sąd nakazał mu m.in. wpłacenie 5 tysięcy złotych na stowarzyszenie Marsz Równości w Lublinie. Radny płacić nie chciał, aż na jego konto wszedł komornik i ostatecznie pieniądze trafiły do aktywistów LGBT.

DOSTĘP PREMIUM