Starosta z PiS popiera obowiązek szczepień. "Nie trzeba dołączać do tych, którzy już odeszli"

- Po tym, co zobaczyłem na oddziale covidowym, uważam nawet, że szczepienia powinny być obowiązkowe - mówi nam Jan Bolesław Perkowski, starosta białostocki z Prawa i Sprawiedliwości.
Zobacz wideo

Starosta białostocki Jan Bolesław Perkowski przez siedem dni leżał na oddziale covidowym Szpitala Powiatowego w Łapach. Pisał stamtąd: "Cierpienia nie trzeba wypatrywać. Widać je i słychać wokół. Jęczenie, wzywanie Boga, kaszel rozrywający płuca...". Po tym doświadczeniu stał się zwolennikiem obowiązkowych szczepień przeciwko koronawirusowi.

Andrzej Orzechowski: Miał Pan okazję obserwować walkę z pandemią koronawirusa z bliska, ze szpitalnego łóżka...

Jan Bolesław Perkowski, starosta białostocki: Tak, w grudniu przeszedłem zakażenie koronawirusem. Przebywałem na oddziale covidowym w Szpitalu Powiatowym w Łapach przez siedem dni. Gorączka przy COVID-19 się zdarza, ale lekarzy zaniepokoiło bardziej moje wysokie ciśnienie - 180, dolne 120. W moim przypadku COVID-19 nie zaatakował płuc, ale wysokie ciśnienie mogło spowodować zapalenie mięśnia sercowego i zakrzepicę. Zalecono mi hospitalizację, przyjmowanie leku remdesiwir, który blokuje pomnażanie się wirusa. Byłem mocno osłabiony. Przez trzy dni miałem wysoką gorączkę - 38-39 stopni. Później pojawił się też bardzo silny ból stawów i mięśni. Pomalutku na szczęście wszystko zaczęło ustępować. Choć jeszcze przez 10 dni po wyjściu ze szpitala brałem zastrzyki w brzuch, leki antyzakrzepowe.

Pobyt w szpitalu chyba pozostanie w pamięci na długo? Na swoim Facebooku pisał Pan: "Cierpienia nie trzeba wypatrywać. Widać je i słychać wokół. Jęczenie, wzywanie Boga, kaszel rozrywający płuca...".

My, ludzie, nie jesteśmy przyzwyczajeni do tego, by oglądać czyjeś cierpienie, czyjąś śmierć. Trzeba podkreślić, że ciężka praca lekarzy i pielęgniarek nie zawsze daje efekt. Mimo ich dużego zaangażowania ludzie umierają na oddziałach. To wynik tego, że organizmy nie wytrzymują wyczerpującej walki z chorobą. Ale to przede wszystkim konsekwencja nieszczepienia się, lekceważenia koronawirusa. Niektórzy ciągle wierzą, że to zwykła grypa i za chwilę przejdzie. W efekcie spora część osób zbyt późno trafia do szpitala, na przykład po pięciu dniach silnej gorączki, już z bardzo poważnymi problemami z oddychaniem. Trafiają na oddział covidowy, tam jest im podawany tlen. Ale w wielu przypadkach jest już za późno, bo płuca zostały zajęte w 60-70 procentach.

Jan Bolesław Perkowski, starosta powiatu białostockiegoJan Bolesław Perkowski, starosta powiatu białostockiego Fot. samorzad.gov.pl

Z opowieści lekarzy Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Białymstoku, gdzie kierowani są pacjenci najciężej przechodzący COVID-19, wiem, że były doby, gdy umierało tam nawet kilkanaście procent pacjentów. Pan też widział aż tak tragiczną skalę pandemii?

Bezpośrednio byłem świadkiem jednego zgonu. Był to mężczyzna w wieku około 60 lat. Wstał z łóżka, próbował coś powiedzieć - ciężko było zrozumieć, co - i upadł na ziemię. Od razu lekarze i pielęgniarki podbiegli, podjęli reanimację, ale nie udało się przywrócić mu funkcji życiowych. Widziałem też, że kilka osób wyjeżdżało pod respirator w bardzo ciężkim stanie. Jedna z nich na pewno nie przeżyła, w dwóch innych przypadkach... Mam nadzieję, że te osoby przeżyły, ale nie były to raczej rokowania na przeżycie i powrót do zdrowia.

Pan trafił na oddział szpitalny jako osoba zaszczepiona, ale nie zmienia to Pana wiary w skuteczność szczepień?

Po tym, co zobaczyłem na oddziale covidowym, uważam nawet, że szczepienia powinny być obowiązkowe. To moje prywatne zdanie. Sąsiad mój, 70-letni człowiek, ma astmę. Trafił na oddział covidowy, ale już po trzech dniach odzyskał dobrą saturację, normalnie mogłem z nim rozmawiać. I on sam przyznał - gdyby nie szczepienie, to prawdopodobnie byśmy już nie rozmawiali. Przeszedł chorobę lżej niż niejeden leżący na oddziale i niezaszczepiony trzydziesto- czy czterdziestolatek. Słyszałem też, jak wiele osób niezaszczepionych, które uniknęły śmierci - choć miały płuca zajęte w 70 procentach - wychodząc ze szpitala mówiło: "Ja teraz się zaszczepię". Ale chyba nie trzeba dotknąć problemu, żeby być mądrzejszym? Nie trzeba sparzyć palca, żeby następnym razem go do ognia nie wkładać.

Od pewnego czasu mamy w Polsce problem nawet ze szczepieniami dzieci.

Niestety, dziś w internecie robią z siebie ekspertów ludzie, którzy nie znają się na chorobach zakaźnych. Nie mają pojęcia, o czym mówią. Szerzą jakieś teorie spiskowe. Moim zdaniem to jest niedopuszczalne. Obowiązek szczepień powinien być. Jeśli mamy w ostatnim tygodniu starego roku około 5 tysięcy zgonów, to znaczy, że COVID-19 istnieje. Wiemy też, że zdecydowana większość osób, które umarły, to osoby niezaszczepione. Nie trzeba dołączać do tych, którzy już odeszli. Można żyć dalej ze swoimi rodzinami, z osobami, które się kocha. Nie popełniajmy już tego błędu, skoro mamy szczepionki, dzięki którym możemy zminimalizować ryzyko zgonu. Szczepionki działają, chronią nas. Nie wiem, co trzeba jeszcze pokazać czy powiedzieć, żeby przekonać do szczepień tych wszystkich niedowiarków.

Nie podoba mi się też ta arogancja ludzi. Takie bohaterstwo, chodzenie bez maseczek, w szczególności w tych przestrzeniach zamkniętych, gdzie jest nas dużo - w sklepach, w galeriach handlowych. Chronimy się wtedy, gdy wszyscy mamy maseczki. Nawet jeśli to tylko w 35-37 procentach ogranicza rozprzestrzenianie się wirusa, to - patrząc choćby na obciążenie służby zdrowia - to też jest dużo. Nie chuchajmy na siebie, nawet gdy czujemy się zdrowi. Nie musimy narażać siebie i ludzi wokół.

Leżąc na oddziale covidowym Szpitala Powiatowego w Łapach miał Pan zapewne okazję, jako starosta, wysłuchać opinii, może nawet rad lekarzy i całego personelu.

Dla lekarzy, pielęgniarek i personelu na oddziale problemem jest na pewno chodzenie w tych skafandrach. Cały czas mają szeleszczące kombinezony, odzież ochronną. Wszyscy wyglądają jednakowo, dobrze, że są podpisani. To jest ciężka praca. Na co narzekają? Czasami choćby na brak współpracy ze strony pacjentów. Część z nich na przykład regularnie zdejmuje maseczkę. Ale wydaje mi się, że oni już do wielu rzeczy przywykli.

Moim zdaniem personel oddziałów covidowych powinien też dostać wsparcie psychologiczne. Bo jednak dużo pracując z pacjentami covidowymi, angażując się w ratowanie ich życia, tworzą relacje. Tworzy się jakaś więź między pacjentem a pielęgniarką, pacjentem a lekarzem czy lekarką. Jest empatia. A później wszyscy oni patrzą, jak ich pacjenci odchodzą. Jak często - całkiem młodzi ludzie - trafiają najpierw na oddział, następnie pod respirator, później umierają. To boli. Ale będzie jeszcze gorzej, jeśli personel - jakby w reakcji obronnej - przestanie te bodźce odczuwać. Pacjenci też powinni móc liczyć na wsparcie psychologiczne. Choć ja akurat mam taką osobowość, że szybko wróciłem do pracy. Uważam, że to najlepsza terapia: być wśród ludzi i robić to, do czego zostaliśmy wybrani. 

Dziękuję za rozmowę.

DOSTĘP PREMIUM