"O Jurku Owsiaku nic nie słyszałam, wszystko przypominało fikcję". A jednak udało się zebrać miliony

Nie było puszek ani serduszek, a pieniądze wrzucano do niewielkiej szklanej wazy. Nie spodziewano się dużego zainteresowania. - Posiedzimy, wypijemy kawkę, rozejdziemy się do domów - myślały wówczas wolontariuszki. Tymczasem pierwszy finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Zamościu okazał się gigantycznym sukcesem. Ludzie przekazywali nie tylko pieniądze, ale też "sygnety i łańcuszki". Udało się zebrać ponad 40 mln starych złotych.
Zobacz wideo

Gdy 30 lat temu padło w zamojskiej redakcji "Gazety Wyborczej" nazwisko Jurka Owsiaka, nikt nie wiedział o kogo chodzi. Dopiero po pewnym czasie ktoś skojarzył go z audycją muzyczną w Trójce. - To był styczeń, trzaskający mróz, a ja miałam dojechać autobusem ze wsi pod Zamościem do redakcji na jakąś nieznaną nikomu akcję - wspomina Jadwiga Hereta, dziennikarka wtedy "Gazety Wyborczej", dziś "Tygodnika Zamojskiego". - O Jurku Owsiaku nic wcześniej nie słyszałam - dodaje. Do redakcji przyszedł faks z informacjami o zbiórce, najważniejsze szczegóły ustalono telefonicznie, ale wszystko i tak bardziej przypominało fikcję. Co więcej, pojawiła się niepewność, że mieszkańcy nic o finale WOŚP nie wiedzą, a to przecież oni mieli wpłacać pieniądze.  

Wypijemy kawkę, pogadamy i do domu

Finał był stacjonarny. Nie było koncertów, aukcji ani happeningów. Sercem i jedynym oficjalnym miejscem akcji był pokój 106 na pierwszym piętrze Hotelu Renesans, w którym mieściła się zamojska redakcja "Gazety Wyborczej". - Pokoik był mały, a w nim biurko, komoda i szafa. Warunki niezbyt zachęcające do przyjmowania interesantów. A żeby tego było mało, z czwórki pracowników ówczesnej "Gazety" troje paliło - wtrąca Krystyna Rybińska-Smyk, dziennikarka przez lata związana z "Wyborczą". 

Akurat ta mroźna niedziela miała być wolna. Przy nienormowanej pracy dziennikarzy, zostających w redakcji często do późnych godzin nocnych, taki dzień nie zdarzał się często. Tym razem też nie był wolny, bo cały zespół miał zorganizować finał. - Poszłam więc koło południa i zastałam moich kolegów - Artura, Wiesława i Jadzię - przy kawce. Oczywiście nikt nie zaglądał do biura, więc też usiadłam przekonana, że wypijemy sobie kawkę i się rozejdziemy - mówi Rybińska-Smyk. Minęło jednak ledwie pół godziny, a do redakcji (siedziby sztabu) ktoś próbował wejść. - Jakież było moje zdziwienie, kiedy zapukały chyba ze trzy osoby. Starsze panie. Powiedziały, że przyniosły pieniądze. Okazało się, że akcja zaistniała i trzeba było się brać do roboty - wspomina dalej dziennikarka. 

Nie było jednak żadnych puszek ani serduszek. - Dobrze, że wcześniej zastanawialiśmy się, co zrobimy, gdyby ktoś przyszedł i zechciał wrzucić jakieś datki - wspomina Jadwiga Hereta. Dziennikarki postawiły więc na biurku małą, szklaną wazę z założeniem, że i tak wszystko się w niej zmieści.

Na początek pięć milionów

Artur Sternik, dziennikarz "Gazety Wyborczej", który również był wtedy w redakcji, wspominał w artykule podsumowującym akcję w Zamościu o jednym z pierwszych wrzucających pieniądze do wazy. Był to Antoni Kuszmiruk. Przyniósł cztery miliony złotych. - Jeszcze dołożył milion od siebie i wtedy się zaczęło - mówi Hereta. Kwota imponująca, ale warto przypomnieć, że wtedy - przed denominacją - za lizaka trzeba było zapłacić 1500 złotych.

Po chwili zrobiło się gęsto od ludzi przynoszących datki. - Mały chłopczyk dał złotówkę, która być może w tej chwili, po denominacji, jest odpowiednikiem małego grosika - wspomina pani Jadwiga. Po chłopcu przyszli też artyści z zespołu muzycznego "Makro" i przynieśli cały utarg z występu, jaki mieli dzień wcześniej.

Przed wejściem do sztabu ustawiła się kolejka. Ciągnęła się z piętra na parter. Wśród odwiedzających byli głownie mieszkańcy Zamościa, ale wielu przyjechało też z okolicy, np. ze Szczebrzeszyna. W kolejce czekał mężczyzna, który później wszedł do redakcji i wrzucił do wazy plik banknotów. Okazało się, że zebrał pieniądze od swoich sąsiadów i sumę osobiście dostarczył do sztabu. Dziś podobnie działają wolontariusze stojąc z puszkami. Wtedy jednak nikt tego nie zaplanował, wszystko działo się spontanicznie. Mieszkańcy zbierali drobne w blokach, na klatkach schodowych, ale też w gronie znajomych. "Ktoś dał pół miliona, ktoś dwa tysiące, ważne, że jesteśmy razem - mówił z uśmiechem młody mężczyzna" - czytamy w archiwalnym lubelsko-zamojskim wydaniu "Gazety Wyborczej" ze stycznia 1993 roku.   

Co mieszkaniec to inna historia

Dziś Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to nie tylko zbiórka pieniędzy i sprzęty z serduszkami, ale też mnóstwo wzruszających historii. Jedne mówią o trudnościach pacjentów, inne opisują bezinteresowną ludzką dobroć. Dziennikarze już w pierwszym finale, w tym wypadku w Zamościu, oprócz roli księgowych, stali się też powiernikami i słuchaczami ich życiowych, często trudnych doświadczeń. - Pamiętam starszą panią, której zmarł wnuczek. Pani zdjęła przy nas obrączkę i wrzuciła nam do wazy. Patrzyły na mnie jej smutne oczy. Powiedziała, że nie chciałaby, żeby dzieci umierały na serce - opisuje Krystyna Rybińska-Smyk. Pojawili się też znajomi wolontariuszek, którzy - dzieląc się czym mogli - cieszyli się, że ich córka jest po udanej operacji serca. Znali i przeżyli strach rodziców będących w podobnej sytuacji, dlatego chcieli pomóc, by nowoczesny sprzęt dawał jeszcze większe możliwości.   

Miliony w miasteczkach, miliardy w kraju. E-skarbonką był przekaz pocztowy

30 lat temu nie było mediów społecznościowych. Prywatny telefon stacjonarny wiązał się z luksusem, a mimo to informacja o akcji szybko rozniosła się po mieście. Ludzie oddawali na WOŚP to, co było pod ręką. - Obrączki zdejmowane z palca, sygnet czy łańcuszek, wtedy to był dla nas kosmos. Przychodziły dzieci i opróżniały swoje skarbonki. Jeden chłopczyk nie mógł wydobyć z niej pieniędzy, więc rozbił skarbonkę przy nas i wyrzucił wszystko, co miał - opisuje Jadwiga Hereta.

Pieniądze dowozili też taksówkarze. Dostawali je od pasażerów, ale na postoju chodzili też po domach, zbierali od mieszkańców. - Wszystkie pieniądze wysypaliśmy na biurko, na stolik, na dwie półki. Zaczęliśmy liczyć i wkładać do pudełek po butach - wspominają nasze rozmówczynie. Pieniądze były liczone ręcznie. Zeszło na tym co najmniej kilka godzin, ale suma była imponująca, bo milionowa. - Tylko tej pierwszej niedzieli zebraliśmy 32 miliony złotych z groszami. Było też 8 dolarów, 30 marek, 20 szylingów, dwie złote obrączki, trzy torby monet - wspomina  Hereta.

Podobnie jak dziś, finałowa niedziela nie zamknęła ostatecznej kwoty. W kolejnych dniach suma ciągle rosła. Z wydania sobotnio-niedzielnego "Wyborczej" można było na przykład wyciąć blankiet do wpłat z hasłem "Wytnij i wpłać na Poczcie". Czytelnicy wzięli sobie tę zachętę do serca i - wykorzystując ten i inne sposoby powiększania wyniku zbiórki - udało się w Zamościu przekroczyć 40 milionów złotych. A warto przypomnieć, że właśnie tyle kosztowała wtedy jedna operacja serca u najmłodszych.

Blankiet do wpłat w 'Gazecie Wyborczej'Blankiet do wpłat w 'Gazecie Wyborczej' Archiwalna 'GW', zdjęcia z archiwum Jadwigi Herety

Podczas pierwszego w całej Polsce udało się zebrać 6,5 miliarda złotych. - I te pieniądze pomogły nie tylko Centrum Zdrowia Dziecka, ale jeszcze wspomogły inne ośrodki kardiologiczne w Polsce. Ta pierwsza orkiestra była niesamowita - podkreśla Krystyna Rybińska-Smyk.

Koncerty, galerie, aukcje internetowe i transmisja online

W tym roku w Zamościu w WOŚP zaangażowanych jest aż 392 wolontariuszy. Siedzibą sztabu jest Młodzieżowy Dom Kultury, a wydarzenia odbywają się w galerii handlowej i na scenie Zamojskiego Domu Kultury. Finałowy weekend jest pełen koncertów zespołów dziecięcych i młodzieżowych oraz pokazów sztuk walki. Na parkingu - przed galerią - strażacy prezentują wozy bojowe, a fani offroadu pojazdy z napędem 4x4. Miłośnicy zwierząt będą mogli zobaczyć i pogłaskać alpaki.

Dużym zastrzykiem finansowym są słynne w całej Polsce licytacje. - W Zamościu pod młotek idą - vouchery na rożnego rodzaju usługi, pióro prezydenta miasta, skrzypce pochodzące z zamojskiej orkiestry symfonicznej - również przekazane przez prezydenta, karta z autografem Roberta Lewandowskiego, kolacja z szefem kuchni, obrazy i mnóstwo innych przedmiotów - wylicza Magdalena Cieplechowicz-Buczak, szefowa zamojskiego sztabu WOŚP.

Dużą część fantów będzie można wylicytować przez internet. Ciekawostką z oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów Hrubieszowa jest siedmioletnia tradycja licytowania samochodów. Każdego roku na scenę Hrubieszowskiego Domu Kultury wjeżdża maluch fundowany przez jednego z lokalnych przedsiębiorców. Ceny za kultowego Fiata osiągają w licytacji nawet 11 tys zł.

Wolontariuszki, które opowiadają nam dziś - po 30 latach - o początkach grania najgłośniejszej polskiej orkiestry, już od kilku dni są w terenie z puszkami i stale wspierają prowadzoną w mieście akcję. Zwracają także uwagę na słynny hymn WOŚP z 1993 roku, zagrany przez muzyków rockowych razem z grupą Voo Voo. Jest w nim ciągle aktualne przesłanie: "Siedzę na tyłku z rękami w kieszeni, a duszy nie tego trzeba". Zrozumiałyśmy, że uczestniczymy w czymś wielkim, więc nie siedźmy na tyłku z rękami w kieszeni, tylko bierzmy się do roboty, działajmy i wspierajmy innych - podsumowuje Jadwiga Hereta.     

Słuchaj całej rozmowy z wolontariuszkami:

DOSTĘP PREMIUM