Narty na Ukrainie? Chętnych nie brakuje. "Na wschodzie błagają nas o przywożenie klientów"

Dla biur podróży w Zamościu Ukraina to popularny kierunek wycieczek. Chętnych, mimo zagrożenia wojną, nie brakuje. Wielu turystów kończy właśnie ferie w tamtejszych kurortach. Inni dopiero zaczynają się pakować. Nie boją się wojny? - Owszem, są pytania, czy zwrócimy pieniądze za niewykorzystaną część w razie przerwania wyjazdu w połowie - mówi nam właściciel biura Quand w Zamościu.
Zobacz wideo

Kurort narciarski w Bukowelu na Ukrainie od lat cieszy się ogromną popularnością wśród zagranicznych turystów, w tym Polaków. Tydzień temu autokarem z Zamościa ruszyła w tamtym kierunku kilkudziesięcioosobowa grupa. Stoki działają, na miejscu atrakcji nie brakuje, wszystko wygląda jak dawniej. Jedyne, co wpływa na pełną swobodę, to większa ostrożność związana z pandemią i szeregiem covidowych obostrzeń.

Gdyby jednak zaczęła się wojna?

Na ferie zimowe na Ukrainę wyjechali nie tylko Polacy. Pod hotelami można zobaczyć autokary z różnych europejskich biur podróży. Kiedy pytamy o obawy o klientów, słyszymy, że są oczywiście tacy, którzy z wyjazdu zrezygnowali już po pierwszych informacjach związanych z zagrożeniem wojną. Większość jednak niczego nie odwołała, nawet po komunikacie Ministerstwa Spraw Zagranicznych, odradzającym tego typu wyjazdy.

Wielu od dawna planowało ferie i zarezerwowało urlop w firmie z dużym wyprzedzeniem. - Owszem, są pytania, czy zwrócimy pieniądze za niewykorzystaną część w razie przerwania wyjazdu w połowie, bo z podobną sytuacją turyści stykali się na przykład w Turcji - mówi nam Andrzej Kudlicki, właściciel biura turystycznego Quand, współpracującego z ukraińską branżą turystyczną od prawie 30 lat.

Pytany, co się wydarzy, jeśli do ataku rzeczywiście dojdzie, podkreśla, że z każdą grupą ciągle jest obsługa wycieczki, na miejscu znajduje się autokar i w razie niebezpieczeństwa grupa wsiada do autokaru i natychmiast wraca do kraju. - W przypadku nart w Bukowelu blisko jest granica z Węgrami czy Słowacją i w każdej chwili można się ewakuować nawet i przez tamtą granicę - podaje Kudlicki. Podkreśla też, że właściciele różnych biur podróży są ze sobą w kontakcie - dzwonią, wymieniają się informacjami i oceniają poziom bezpieczeństwa.

- My intensywnie pracujemy na Ukrainie od 27 lat. W naszej historii były już różne scenariusze i różne zagrożenia. Począwszy od pomarańczowej rewolucji, paniki po wykolejeniu pociągu z płynnym fosforem, później ptasia grypa, Majdan w 2013 roku, Krym w 2014 roku, stan wojenny w 2018, a od 2020 mamy zagrożenie covidowe - wylicza Kudlicki. - Nie wiem, czy oni [Ukraińcy] już oswoili tę sytuację, czy uważają, że to nie dotyczy zachodniej części kraju - dodaje w kontekście zagrożenia wojną.

Są też jednak miejsca, gdzie gości jest wyraźnie mniej niż jeszcze rok czy dwa lata temu. Jednym z nich jest znane uzdrowisko w Truskawcu. - Mają tu duże moce przerobowe, ale niestety klienta nie ma. To jest zagrożenie dla nich, bo zostali pozbawieni możliwości zarabiania pieniędzy - mówi organizator wycieczek z Zamościa. Jak dodaje, na wschodzie branża wręcz błaga o przywożenie turystów. - Jak kiedyś trudno było w weekend majowy o zakwaterowanie grupy, tak teraz hotele dzwonią do nas i proponują zniżki, żeby tylko im przywieźć klientów - mówi Kudlicki.

W Polsce większa panika niż na Ukrainie

Jak pisaliśmy już na Tokfm.pl, w przygranicznych miejscowościach na Lubelszczyźnie o wojnie raczej głośno się nie rozmawia. Ukraińcy są tu niemal codziennie. Robią zakupy i przyjeżdżają tu do pracy. Cieszą się, że Polacy chcą pomóc w razie ewentualnej inwazji Rosjan, ale chwilami wydają się bardziej spokojni od nas. Nie robią w sklepach zapasów, a często też podkreślają, że Putin nie zaatakuje, zwłaszcza zachodniej części Ukrainy.

Podobne odczucia ma polska branża turystyczna. - Dzwoniłem dwa dni temu do znajomych we Lwowie. Oni wręcz śmieją się z tego zagrożenia. Może to nie jest taki rzeczywisty śmiech, ale uśmiechają się. Nie wiem, czy do nich nie dociera, że zagrożenie jest, czy i tak zakładają, że konfliktu nie będzie - mówi Andrzej Kudlicki.

Przez lata działalności pracownicy jego biura turystycznego nawiązali w różnych częściach Ukrainy wiele znajomości, a nawet przyjacielskich relacji. Mimo licznych telefonów z pytaniem, czy potrzebna jest pomoc, zwykle pojawia się zdziwienie. - Mam mnóstwo znajomych: Kijów, Odessa, Chersoń, Kamieniec Podolski, Stanisławów, o Lwowie już nie wspominając. Nie było do tej pory żadnego pytania, cienia wątpliwości czy zagrożenia, że będą musieli opuszczać swój dom - mówi Kudlicki. 

- Nasi partnerzy z Ukrainy podają, że o ruchach wojsk i zagrożeniu najczęściej słyszą od nas. Jeździmy, jesteśmy w stałym kontakcie, analizujemy bezpieczeństwo i również widzimy, że ludzie żyją tam normalnie. Oby nic tego nie zmieniło - podsumowuje.

Słuchaj całej rozmowy z Andrzejem Kudlickim:

DOSTĘP PREMIUM