Zasłaniają okna, bo boją się, że i tu dopadnie ich wojna. "Psychicznie z każdym dniem jest coraz gorzej"

Miał tu powstać Dom Pomocy Społecznej. Nie zdążył ruszyć, bo przyszła wojna i natychmiast trzeba było znaleźć setki miejsc dla uchodźców. Przyjechali - przerażeni, zapłakani - głównie kobiety z dziećmi. Niektórzy nie chcą wychodzić z pokojów ani otwierać okien. Boją się, że i tu dopadną ich strzały. Ośrodek w Rejowcu na Lubelszczyźnie odwiedziła reporterka TOK FM.
Zobacz wideo

Ośrodek w Rejowcu na Lubelszczyźnie to miejsce, do którego już trafiło ponad 300 osób z Ukrainy. Wśród nich pani Wiktoria. Przyjechała tu razem z czwórką dzieci - dwoje swoich i dwoje siostry. Siostra i jej mąż są bowiem lekarzami - nie mogli wyjechać, pracują w szpitalu i zajmują się rannymi.

Pani Wiktoria jechała z Kowla, na granicy stała dwie doby. Gdy zaczynamy rozmawiać, jeszcze w miarę się trzyma. Mówi, że w ośrodku mają wszystko, czego im trzeba i bardzo dziękuje za to wsparcie. Rozkleja się, gdy zaczyna opowiadać o rodzinie. W Ukrainie zostali jej rodzice, siostra, przyjaciele. Ona sama z dziećmi wsiadła w samochód, gdy tylko usłyszała alarmy przeciwlotnicze. Wzięła to, co miała pod ręką - tylko najpotrzebniejsze rzeczy (ubrania, dokumenty, kilka zdjęć) i ruszyła przed siebie.

- Nie wiem, ile będziemy musieli tu zostać. Chciałabym wrócić, pomagać. Ale co z dziećmi? Dla dzieci mojej siostry tutaj jestem mamą. Muszą wiedzieć, że mnie mają - mówi. Po cichu liczy, że za 10-15 dni sytuacja się polepszy i będzie można wracać.

Dzieci nieco lepiej znoszą całą sytuację. Zajmują się sobą. Przygotowano dla nich specjalne kąciki - mają tam zabawki, napoje, słodycze - niczego im nie brakuje. Dopiero wieczorem pojawiają się lęki i ogromna tęsknota za domem. - Córka mojej siostry co wieczór płacze, że chce do mamy. Próbujemy do niej dzwonić. Raz sią udaje, raz nie. Mama mówi jej, że ją kocha i też tęskni, ale na razie musi być na miejscu. To za bardzo nie pomaga. Tak jest co wieczór, w nocy. Już nie wiem, co robić - mówi.

- Spośród 300 osób zamieszkujących obecnie ośrodek w Rejowcu, nawet 80 procent to dzieci - mówi nam starosta chełmski Jerzy Kwiatkowski. Większość jest tu na stałe - nie będą jechać dalej. Rozlokowano ich w świeżo wyremontowanym budynku po miejscowym liceum. Obiekt przygotowano na Dom Pomocy Społecznej, ale DPS nie zdążył ruszyć, bo przyszła wojna. Jest potrzebny właśnie dla uchodźców.

"W tych ludziach jest ogromny strach"

Kobiety z dziećmi mieszkają w kilkuosobowych pokojach. - U nas jest dziewięć osób: trzy kobiety i sześcioro dzieci - mówi pani Natalia, która przyjechała z obwodu wołyńskiego. Też złapała z domu to, co miała pod ręką, wsiadła w samochód i ruszyła w kierunku granicy, gdy tylko usłyszała odgłosy samolotów i wybuchów.

W części pomieszczeń widzimy pozasłaniane kocami okna. - Te rodziny boją się nalotów, boją się światła na niebie, dlatego zasłaniają. W tych ludziach jest ogromny strach, wciąż nie czują się bezpiecznie - tłumaczy Magdalena Raczyńska, wolontariuszka z Rejowca Fabrycznego.

Niektórzy, jak starszy pan, nie chcą wychodzić z pokojów. - Chodzę i pytam, czy niczego im nie potrzeba. Ten starszy pan nie miał kapci. Powiedziałam, że mamy magazyn, że wszystko jest tam dla nich. Ale nie chciał wyjść. Poszłam więc sama. Znalazłam dla niego spodnie, jakieś ubrania. Kapci nie było, bo ma duży rozmiar stopy. Ale ogłosiliśmy zbiórkę i znalazły się - mówi Danuta Długosz, emerytka, która jest tu codziennie rano.

W jednym z pokoi spotykamy rudego kotka. Też przyjechał z Ukrainy z jedną z rodzin. - Nasza wolontariuszka zorganizowała jedzenie dla kotka, kuwetę, żwirek - mówi pani Danuta. Są też psy, którym trzeba pomóc. Zwierzęta też są wystraszone, w szoku, podobnie jak ludzie.

Kociak w ośrodku w RejowcuKociak w ośrodku w Rejowcu Anna Gmiterek-Zabłocka

Magazyn obok magazynu. Żywność, pampersy, słodycze

Pomoc, która od firm i osób prywatnych spłynęła i cały czas spływa do ośrodka, jest ogromna. W jednym z pomieszczeń widzimy mnóstwo koców, śpiworów, pościeli - są ułożone od podłogi do sufitu. - Część z tych rzeczy pakujemy i wysyłamy do innych ośrodków. Zgłaszają się też osoby prywatne, które przyjęły u siebie w domu 10 czy 15 osób i nie mają tylu kompletów pościeli. Oczywiście, wspomagamy ich - mówi jeden z wolontariuszy.

Na sali gimnastycznej (to budynek po liceum) na razie zorganizowano magazyn z ubraniami, wózkami dla dzieci, materacami. Jest też wózek inwalidzki, na wszelki wypadek. I ogromna liczba zabawek. Misie, lalki, klocki, puzzle, samochody, "jeździdła" dla małych dzieci, którymi jeżdżą po korytarzach. Dużą część zabawek już spakowano w pudła, które są ustawione jedno na drugim (jest ich ponad 50), bo pojadą do innych miejsc.

Dary dla uchodźców w ośrodku w RejowcuDary dla uchodźców w ośrodku w Rejowcu Anna Gmiterek-Zabłocka

W innym magazynie są owoce i warzywa. Rolnicy przywieźli m.in. wiele skrzynek jabłek. W kolejnym pomieszczeniu są ułożone od dołu do góry pieluszki i chusteczki dla dzieci, w następnym - papier toaletowy, podpaski, artykuły higieniczne. Jest też magazyn z lekami, oddzielny - z kosmetykami, ale też - również oddzielny - z mlekiem dla małych dzieci. Wszędzie ogrom darów, zebranych w ciągu zaledwie kilku dni.

Jeden z magazynów to miejsce na słodycze. Zawiaduje nim Anna Kruk, wolontariuszka z Krasnegostawu. Na co dzień pracuje w Domu Dziecka. Od wybuchu wojny, gdy nie jest w pracy, przyjeżdża do Rejowca. - Dzieci same przychodzą po słodycze. Mamy mnóstwo cukierków, pralinek, czekolad, ciastek. Są też chrupki, bakalie, batony - opowiada. - Jak się dogadujemy? Przychodzą z telefonami i używają Google Translatora, więc raczej nie ma problemu - dodaje pani Ania.

"Mama, kiedy wracamy do domu?"

- Wszystko w naszym ośrodku jest dla nich. Mogą brać, co tylko chcą; pytać o wszystko. Jest wiele pytań, m.in. o status uchodźcy. Część z tych osób chce tu u nas zostać, bo jesteśmy blisko granicy, a więc blisko ich domów. Ale niektórzy, po pierwszych dniach tutaj i przemyśleniu, że to wszystko może potrwać dłużej - rozważają wyjazd w głąb Polski. Są już takie rodziny - mówi wolontariusz z Chełma, Radosław Machel.

- Mamy tu naprawdę wszystko, ale psychicznie z każdym dniem jest coraz gorzej. Moja 3-letnia córeczka rano się obudziła i zapytała, kiedy wracamy do domu - opowiada pani Natalia. - Powiedziałam jej, że na razie nie możemy wrócić, ale wrócimy. Na pewno - mówi przez łzy.

Dzieci w ośrodku w Rejowcu bawią się niemal wszędzie. Na korytarzach słychać ich śmiech i gwar. Biegają, skaczą; niektóre są na dworze - grają w piłkę. To ważne, by zajmowały się tym, czym chcą - dzięki temu choć na chwilę zapominają o wojnie. - Jedna z mam podeszła do mnie i zapytała, czy nie ma jakiegoś rowerka, bo jej synek chciałby pojeździć. Rowerów nie mamy, ale na pewno by się przydały - mówi wolontariuszka z Lublina. Jak dodaje, najbardziej wzruszającym momentem była sytuacja, gdy jedna z biegających dziewczynek powiedziała do niej "mamo". - Nie wiem, z kim ona tu jest. Ale sama mam trójkę dzieci i wiem, co to znaczy - dodaje nasza rozmówczyni.

Magazyn zabawek dla dzieciMagazyn zabawek dla dzieci Anna Gmiterek-Zabłocka

W dniu, w którym jesteśmy w Rejowcu, pod ośrodek podjeżdża food truck i belgijskie frytki. - Smażymy frytki głównie z myślą o dzieciach. Lubią je. To wspaniałe zobaczyć uśmiech na ich twarzach - mówi Karolina Kubaś, która przyjechała food truckiem aż z Warszawy.

Obiady dla gości z Ukrainy przez kilka pierwszych dni były zamawiane w ramach cateringu. Teraz będą gotowane w Domach Pomocy Społecznej w powiecie chełmskim. Swoją pomoc w przygotowywaniu posiłków i pieczeniu ciast zaoferowały też miejscowe koła gospodyń wiejskich. - Pomoc, która do nas płynie, jest ogromna. Ale wiemy, że po tym wielkim zrywie, za kilka tygodni, może się to skończyć. Staramy się na to przygotować - mówi wicestarosta Jerzy Kwiatkowski. Dlatego właśnie robione są zapasy w magazynach.

Na razie w Rejowcu jest nieco ponad 300 miejsc, ale przygotowywane są kolejne. - Wiemy, że potrzeby są większe, szykujemy się na to - mówi wicestarosta.

DOSTĘP PREMIUM