Zamość. Pojechali z pomocą do Żółkwi w Ukrainie. Nawet domownicy nie mogli się dowiedzieć

Po drodze słychać wybuchy, co 10 kilometrów kontrola i barykady, wszędzie pusto. - Jeśli ktoś pamięta relacje z wojny w Syrii i Afganistanie, to tak to właśnie tam wygląda - mówi dyrektor Pogotowia Ratunkowego w Zamościu, który wraz z prezydentem tego miasta i kilkoma innymi osobami pojechał do Żółkwi w Ukrainie z pomocą humanitarną. Zawieźli 20 ton darów i ambulans, który okazał się najlepszym sprzętem w tamtejszym pogotowiu.
Zobacz wideo

Wyszli wtedy do pracy jak co dzień rano. I taki był plan - bo nawet domownicy nie mogli się dowiedzieć, dokąd zaraz pojadą. Po chwili byli już w drodze do bombardowanej od blisko tygodnia Ukrainy. Zamościanie - w tym ci zajmujący wysokie stanowiska w mieście - uznali, że nie tylko po naszej, ale też po drugiej stronie granicy potrzebna jest pomoc. Nie mieli też śmiałości poprosić o to podwładnych. Zapakowali palety z żywnością, odzieżą i lekami od mieszkańców, i ruszyli tam, dokąd mało kto, nawet z ciekawości, chciałby dziś pojechać.

W kolumnie był prezydent miasta Andrzej Wnuk, dyrektor Pogotowia Ratunkowego w Zamościu Damian Miechowicz, Marek Gajewski - pracownik urzędu i Tomasz Krywionek - dziennikarz lokalnego portalu. Za kierownicą tira z darami dla Ukraińców siedział pan Karol z zamojskiej firmy transportowej. Na naczepie znajdowało się 20 ton różnych produktów.

Kolumna z darami dla ŻółkwiKolumna z darami dla Żółkwi Tomasz Krywionek, www.kurierzamojski.pl

Jak w Syrii i w Iraku

Celem podróży była Żółkiew - miasto partnerskie Zamościa, znajdujące się 30 kilometrów na północ od Lwowa i ponad 100 kilometrów od Zamościa. Teoretycznie niedaleko. Praktycznie sama kontrola na granicy trwała około czterech godzin i wiązała się z szeregiem formalności po stronie ukraińskiej.

Kiedy zamościanie w końcu ruszyli w głąb kraju - minęli 30-kilometrowy(!) korek samochodów oczekujących na wjazd do Polski. Potem wyłonił się obraz Ukrainy, jakiego - mimo częstych wizyt w tym kraju - nigdy nie widzieli.

- Jeśli ktoś jeszcze pamięta relacje z wojny w Syrii i Afganistanie, to tak to właśnie tam wygląda - mówi nam Damian Miechowicz, który kierował ambulansem. Wzdłuż drogi do Żółkwi stały dymiące beczki, przy których rozgrzewali się stojący w długiej kolejce uchodźcy. Na zamkniętych stacjach benzynowych rozstawiono kuchnie polowe. Kilka kilometrów dalej zaczynały się punkty kontrolne, przy których stacjonowało wojsko i cywile z długą bronią. - Mniej więcej co 10 kilometrów sprawdzali wszystkie pojazdy, by wyłapać dywersantów. Gdzieniegdzie widać było też czołgi, słychać wybuchy, po prostu wojna - opisuje prezydent miasta Andrzej Wnuk.

Tuż po przyjeździe zamojskiej delegacji do Żółkwi włączyły się syreny, a w głośnikach rozwieszonych na ulicach słychać było ostrzeżenie o alarmie bombowym. Wszyscy momentalnie uciekli do piwnic i schronów, a miasto błyskawicznie opustoszało. Do ataku na szczęście nie doszło i kolumna mogła jechać dalej.

Przejazd ekipy z Zamościa do ŻółkwiPrzejazd ekipy z Zamościa do Żółkwi Tomasz Krywionek, www.kurierzamojski.pl

Strzykawki od razu wniesiono na odział

Kiedy pytamy o sytuację w Żółkwi - dostajemy opis niczym z historycznego filmu. Półki w ukraińskich sklepach świecą pustkami. Brakuje podstawowych produktów, takich jak mąka, kasze, ryż czy mleko. Jedyną szansą na uzupełnienie tych braków są właśnie transporty z pomocą humanitarną. Teraz jest ich coraz więcej. Ten wtorkowy - z Zamościa - był pierwszym tak dużym w tym rejonie.

W Żółkwi zorganizowano wojskowy punkt dystrybucji darów, w którym segreguje się wszystkie produkty. W tirze z Zamościa było 20 ton, w tym głównie żywność i ubrania. Zamościanie początkowo myśleli, że wszystko będą musieli wypakować sami, ale do punktu przyszło ponad stu mieszkańców z okolicy i błyskawicznie rozładowali ciężarówkę, skrupulatnie segregując wszystkie dary.

Ambulans zawieziono pod szpital w Żółkwi. I choć w Polsce nie był od kilku już lat używany (ze względu na nowszy sprzęt), to tam okazał się najlepszym pojazdem w pogotowiu. Obok stały wprawdzie dwa nowe fordy, ale nie było w nich wyposażenia. - Nasza karetka została w pełni wyposażona sprzętem niezbędnym do ratowania życia. Dodatkowo, korzystając ze zbiórki w mieście, po sam dach zapełniliśmy karetkę lekami i materiałami opatrunkowymi - mówi dyrektor zamojskiego pogotowia. - Sytuacja u nich jest tak trudna, że pielęgniarki przybiegły ze szpitala do nas, do karetki i od razu zabierały strzykawki do gabinetów zabiegowych, bo ich zapas się skończył - dodaje prezydent Wnuk.

Prawie 90 procent osób uciekających przed wojną na Ukrainie przez Zamość to kobiety z dziećmi, część z nich pochodzi właśnie z Żółkwi. Mieszkańcy dużo mówili o swojej wdzięczności wobec zamościan. Podkreślali, że dobrze wiedzą, że Polacy opiekują się ich rodzinami. - Teraz, gdy moja żona z dziećmi jest u was bezpieczna, ja ze spokojną głową będę mógł walczyć - dziękował dyrektorowi pogotowia jeden z mężczyzn.

Setki tysięcy Ukraińców uciekało przez Zamość    

Mimo że przygotowania miały charakter teoretyczny, to Zamość jeszcze przed wybuchem wojny miał scenariusz, jak pomagać uciekającym przed nią Ukraińcom. W końcu to jedno z największych, przygranicznych miast. Było pewne, że gdy dojdzie do ataku na Ukrainę, to właśnie Zamość stanie się ważnym punktem tranzytowym na szlaku ucieczki uchodźców w głąb Polski i Europy.

I tak się rzeczywiście stało. Na podstawie danych z przejść granicznych i z punktu pomocy przy zamojskiej obwodnicy, szacuje się, że przez to miasto - od czwartku - przejechało 175 tysięcy uchodźców. Kilka tysięcy osób zatrzymało się w mieście i niektórzy już od tygodnia korzystają z gościnności tutejszej społeczności. Wiele osób przebywa również w budynkach przygotowanych przez urząd miejski.

W środę zlikwidowano punkt przy obwodnicy, a jego funkcję przejął nowy - utworzony w mieście punkt recepcyjny. Daje szansę m.in. na przyjmowanie pociągów z Ukrainy. - Pierwszej nocy pociągiem przyjechało do punktu 800 osób i nie byliśmy w stanie zapewnić wszystkim ciepłego posiłku. Z pomocą, po apelu w mediach społecznościowych, momentalnie przyszli mieszkańcy - mówi prezydent Wnuk. Wolontariusze zachęcają do dalszej pomocy, prosząc o uważne śledzenie komunikatów w mediach społecznościowych. Już wiadomo, że niebawem wyruszy kolejny transport do Żółkwi, a oprócz żywności, cenne będą śpiwory, karimaty, materace i leki.

DOSTĘP PREMIUM