Ośrodek dla uchodźców w Nadarzynie finansowany "transparentnie", ale umowy wojewoda nie pokaże. "Nie na tym etapie"

Wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł nie chce ujawnić, jakie koszty niesie za sobą utrzymanie punktu dla uchodźców w Nadarzynie. - Proszę wybaczyć, ale na temat tego, jak wygląda umowa, nie będę mówił - ucina. Przyznaje, że "są to środki z budżetu państwa, całkowicie transparentne", ale jak twierdzi, nie do pokazania na tym etapie.
Zobacz wideo

W Nadarzynie pod Warszawą, w hali Ptak Warsaw Expo, od tygodnia działa ośrodek pomocy dla uchodźców z Ukrainy. Gdy jesteśmy na miejscu, w piątek (11 marca), przebywa w nim 7 tysięcy osób. To największy taki punkt pomocowy w kraju. - To jest miasto. Tysiąc wjeżdża, wyjeżdża. To jest hub. Na tym polega idea tego przedsięwzięcia - mówi nam prezes obiektu Tomasz Szypuła.

Szacuje, że bezpiecznie i bez problemów logistycznych w obiekcie w Nadarzynie może przebywać jednocześnie około 11 tysięcy osób. Podkreśla jednak, że nie należy dopuścić do tego, by uchodźców było tutaj zbyt wielu. - Ważna jest relokacja, wymiana i znajdowanie im [innego] dachu nad głową niż te warunki polowe - przekonuje.

Koszty "transparentne", ale nie do ujawnienia

Punkt organizuje Mazowiecki Urząd Wojewódzki. Szypuła podaje, że od wojewody mógł liczyć na wsparcie w zasobach ludzkich, które - co wielokrotnie podkreśla - jest bardzo ważne. Wylicza, że w punkcie działają policjanci, służba więzienna i około 40 osadzonych, którzy pomagają w magazynach. Są też żołnierze Wojsk Obrony Terytorialnej i medycy. Strona wojewody, jak słyszymy, przekazała także łóżka, koce i pościel. 

Gdy o pomoc i koszt funkcjonowania obiektu pytamy samego wojewodę, który jest akurat na miejscu - odpowiedzi nie dostajemy. Radziwiłł informuje krótko: "Wojewoda podpisał umowę na prowadzenie tego centrum". Na jaką kwotę? - Proszę wybaczyć, ale na temat tego, jak wygląda umowa, nie będę mówił - stwierdza. Sam przyznaje wprawdzie, że "to są środki z budżetu państwa i one są oczywiście całkowicie transparentne". - Ale na tym etapie chyba nie powinienem o szczegółach rozmawiać - ucina.

Rząd deklaruje, że chce, aby podmioty i osoby przyjmujące uchodźców otrzymywały w zamian świadczenie pieniężne. Kwota nie została jeszcze jednak określona. Najpierw premier mówił o 120 złotych dziennie za osobę, kilka dni później już o 40 złotych. Biorąc pod uwagę, że w obiekcie jest obecnie około 7 tysięcy osób, można wywnioskować, że przy takim obłożeniu państwo wyda 280 tysięcy złotych na dobę na działanie tego jednego punktu. 

Prezes Szypuła przekonuje, że o jakimkolwiek zarabianiu w tym momencie nie myśli. Jak mówi, "liczy się to, by tym ludziom pomóc". - Na pieniądze przyjdzie czas. W normalnych warunkach trzeba liczyć każdą złotówkę. Firma musi zarabiać, ale w tych okolicznościach nie ma mowy o tym, żeby zarabiać. Skończy się to wszystko, to pomyślimy o biznesie - stwierdza.

"I like Poland"

Będąc w Nadarzynie, mamy możliwość zobaczyć, jak to wszystko wygląda z bliska, co wcale nie jest takie proste. Obecny na miejscu inny dziennikarz TOK FM Michał Janczura, dzień wcześniej nie został wpuszczony do środka.

Centrum w Nadarzynie to głównie matki z dziećmi. Dla maluchów zorganizowano salę zabaw, wyposażoną m.in. w miśki, puzzle, lalki i kredki. - Zwykle dzieciom zabraniamy malować w domu po ścianach, ale tutaj zrobiliśmy wyjątek. Daliśmy im kawałek ściany, żeby mogły malować sobie kredkami - mówi nam wolontariuszka. Są napisy "I like Poland", są serca, odrysowane ręce, podpisy i mapa dwóch krajów - Polski i Ukrainy - w kolorach obu tych narodów - opowiada dalej.

- Te dzieci potrzebują na pewno spokoju. Tego, żeby zapomnieć o sytuacji w ich kraju. Przekonania, że są bezpieczni. One dokładnie rozumieją, co tu się dzieje. Myślę, że wszyscy rodzice tłumaczyli swoim dzieciom, dlaczego wyjeżdżają w popłochu. Ja swoim bym wytłumaczyła - mówi wolontariuszka.

Władze Ptak Warsaw Expo nie zgadzają się na fotografowanie wnętrza obiektu. Jak mówią, chodzi o względy dotyczące prywatności uchodźców i stosujemy się do tych zasad. Udaje nam się jednak przekonać ich do pokazania fragmentu właśnie sali zabaw dla dzieci. Obawa o ukryte kamery i niekontrolowany opis sytuacji jest tutaj bardzo duża. - Ostateczne decyzje o wpuszczaniu mediów do obiektu ma podejmować wojewoda - słyszmy w biurze Expo.

Rysunki dzieci przebywających w Expo w NadarzynieRysunki dzieci przebywających w Expo w Nadarzynie Szymon Kępka

Według wojewody Nadarzyn to także punkt transportowy. - Codziennie odjeżdża stąd kilkadziesiąt autokarów do rożnych miejsc w Polsce i za granicą. Są autobusy do Niemiec, a nawet Portugalii. Wiele z nich kursuje kilka razy w ciągu godziny - mówi Radziwiłł.

Wojewoda podkreśla, że Expo pod Warszawą to nie jest docelowe miejsce dla uchodźców. - Staramy się namawiać ich do relokacji, żeby wyjeżdżali dalej - informuje. - Staramy się poradzić sobie nie tylko z kwaterowaniem, ale też dalszą podróżą uchodźców - dodaje.

Osoby czekające na transport przed Expo w NadarzynieOsoby czekające na transport przed Expo w Nadarzynie Szymon Kępka

300 wolontariuszy

W żadnym momencie wizyty w punkcie pomocowym dla uchodźców w Nadarzynie nie można stwierdzić, że komukolwiek brakuje pomocy. System wsparcia jest przemyślany, rejestracja nowych osób trwa niemal przez cały czas, są punkty medyczne i informacyjne. Są ulotki i plakaty, które dokładnie pokazują, gdzie szukać potrzebnego wsparcia. W halach jest jednak bardzo głośno, mimo tymczasowych ścianek działowych.

W obiekcie w Nadarzynie pracuje około 300 osób, z których około 100 zna język ukraiński. To właśnie wolontariusze są na pierwszej linii frontu. Wspierają, pocieszają, pomagają, starają się wyczuć nastroje wśród zgromadzonych. - Nie można udawać, że każdy się ze sobą zgadza - mówi nam Marta, jedna z pomagających. - Zawsze znajdzie się ktoś, kto woli niebieskie, a nie białe prześcieradło. Są konflikty, ale rozwiązujemy je od razu. Jest duża wdzięczność za gościnę - dodaje. Nie ukrywa łez, opowiadając o codziennej pracy po kilkanaście godzin. Jest tu od samego początku, czyli już dokładnie tydzień.

- Bardzo mi przykro, gdy ktoś opowiada o tutejszych realiach, nie będąc tutaj. Wchodzi z ukrytą kamerą i pokazuje brudne stoły, a jest na przykład tuż po lunchu. Wie pan, co tu się dzieje po obiedzie? Ludzie nie czekają na sprzątaczki, tylko sami się organizują i pomagają. Ale wiadomo, że mamy mnóstwo osób i nigdy nie będzie idealnie czysto. Zresztą nie o to chodzi. Chodzi o zapewnienie godnych warunków i szanowanie tych wszystkich ludzi - mówi dalej wolontariuszka, na chwilę przed powrotem do wsparcia przy rozdawaniu obiadu.

DOSTĘP PREMIUM