Z urlopu w Ukrainie uciekali przez Słowację. Dziś zdejmują Lwów z oferty. "To wielka strata"

Dla biur turystycznych z Zamościa Ukraina stanowiła jeden z najczęstszych kierunków. Regularnie jeździli do Lwowa, Odessy czy do górskich kurortów. Było blisko i tanio. Wojna zmieniła wszystko. - Dziś stoimy przed koniecznością przebranżowienia się - słyszymy w jednym z biur.
Zobacz wideo

Ukraina miała ofertę turystyczną na każdą porę roku. Od nadmorskich i górskich kurortów po miasta pełne zabytków. Do tego też dobrą lokalną kuchnię. Polscy turyści jeździli tam chętnie - nawet wtedy, gdy eksperci ostrzegali już, że wkrótce Rosja może zaatakować.

- Ja sobie nie wyobrażam Polaka, który nie będzie choć raz w życiu we Lwowie, na Cmentarzu Łyczakowskim albo nie pospaceruje po mieście. To żywa lekcja historii, zupełnie inny wymiar turystyki, wiele poziomów, emocji, kuchnia i wypoczynek - mówi Andrzej Kudlicki, właściciel biura turystycznego Quand w Zamościu. Wśród jego klientów chętnych na wycieczki do Lwowa, czy dalej - do Odessy - nie brakowało. Czasem trudno wręcz było obsłużyć wszystkich zainteresowanych.

Było blisko i tanio

Dla klientów z Zamościa istotną rolę odgrywała też odległość. Już po godzinie jazdy można było dotrzeć na granicę, a po czterech godzinach - stać przed słynną Lwowską Operą Narodową. Na takie wyjazdy nie trzeba było rezerwować nawet całego weekendu, wystarczył jeden dzień. Kilkudniowy pobyt z noclegiem i wyżywieniem kosztował kilkaset złotych. Ze względu na różnice w walucie, wszystko wydawało się tanie. Jedni jeździli pełnymi autokarami, inni busami. Popularne były również wieczory kawalerskie we Lwowie albo wyjazdy rodzinne samochodami.

- Przez lata wyspecjalizowaliśmy się mocno w tym kierunku i nawet brakowało nam mocy przerobowych, żeby pomyśleć o innych krajach. Zainteresowanie było tak duże, że pracowaliśmy nawet dla innych biur podróży z kraju, bo mamy za wschodnią granicą wiele możliwości - słyszymy w zamojskim biurze.

Duże zainteresowanie wycieczkami do Ukrainy potwierdza także Edward Słoniewski, prezes PTTK w Zamościu. Przewodnicy Towarzystwa przejmowali zwykle wycieczki, które na przykład ze Śląska, czy z Pomorza przyjeżdżały zobaczyć Zamość i Roztocze. Skoro jechali na Wschód, to musieli odwiedzić też Lwów, bo tak blisko Ukrainy szybko nie będą. W PTTK słyszymy, że nie wszystkie autokary miały zezwolenie i potrzebne dokumenty na wyjazd za wschodnią granicę, więc firmy i organizacje z Zamościa przejmowały wycieczki z Polski, by ruszyć z nimi dalej, przez najbliższe przejście.

Oprócz wspomnianego już Lwowa, turyści zwiedzali chętnie też Żółkiew, Iwano-Frankiwsk czy słynne i dobrze Polakom znane uzdrowisko w Truskawcu, położone u stóp Karpat. Zbombardowany kilka dni temu i okupowany teraz przez Rosjan Chersoń też wielu kojarzy się z udanymi wakacjami. - Mimo dużej odległości od Polski nad Morze Czarne można było szybko dolecieć samolotem i po szybkiej wizycie w hotelu zobaczyć choćby delfiny w pobliskiej zatoce - wspominają organizatorzy wycieczek.

Wojna zmieniła wszystko. A biura turystyczne, takie jak choćby Quand, stoją przed koniecznością otwarcia się też na inne kierunki wyjazdowe. Z drugiej strony pojawia się też obawa, że turystyka - w rozpoczynającym się kryzysie - w ogóle stanie się luksusem. - Mocno nas to martwi, że wyjazdy będą ostatnią potrzebą w łańcuchu pokarmowym. Wielu będzie oszczędzać, bo czasy niepewne i nie wiem, czy będzie nas stać na podróże. Turystyka może znowu przeżywać okres kryzysu - martwi się Kudlicki.

Z wypadu na narty uciekali przez Słowację   

Gdy wojska rosyjskie gromadziły się przy granicy z Ukrainą, biura podróży odradzały wyjazdy za wschodnią granicę. Wielu klientów obstawało jednak przy swoim. Ukraińskie kurorty też zachęcały turystów do przyjazdu - zwłaszcza te górskie, bo luty to szczyt ferii zimowych. Chociażby w Bukowelu, w dniu wybuchu wojny, przebywało kilka polskich grup, w tym jedna podróżująca z biurem turystycznym z Zamościa. 

Natychmiast zapadła decyzja, że należy szybko się spakować i uciekać. Gotowe już było śniadanie, a opiekunowie grupy wdrożyli jeden z kilku przygotowanych - jeszcze w Zamościu - planów ewakuacji. Wybrali dłuższą drogę do domu, by jak najszybciej znaleźć się poza granicami Ukrainy. Do Polski jechali zatem przez Słowację.

- Decyzja okazała się trafna, bo w kierunku Iwano-Frankiwska droga była zablokowana z uwagi na wybuchy w rejonie lotniska. Wszędzie było bardzo dużo samochodów, bo Polska i Ukraina zjechała na narty, a wojna zaskoczyła ich w hotelach. Jadąc już wzdłuż granicy rumuńsko-węgierskiej, tłok był jedynie przy stacjach benzynowych i marketach - wspomina organizator wycieczki.

Na przejście ze Słowacją autokar wjechał z marszu, bez kolejki. Dwie godziny później grupa była już w Polsce. To był bardzo trudny dzień dla pracowników biura Quand. Z ewakuacją swojej grupy nie mieli problemu, ale inne polskie wycieczki z zaprzyjaźnionych biur podróży utknęły w jeszcze innych częściach Ukrainy. Przez cały dzień, do późnych godzin nocnych, pomagali w sprowadzaniu ich klientów do Polski.

Czas otworzyć się na Słowację?

Od przewodników mających przyjaciół w Ukrainie słyszymy, że Ukraińcy to twardy naród i nie da się ich zniszczyć. Andrzej Kudlicki prawie codziennie jeździ do nich z pomocą, a w drogę powrotną zabiera do autokaru uchodźców. Mimo dramatycznych historii, jakimi się dzielą, nie opuszcza ich optymizm. Wierzą, że niebawem znowu gościć będą polskich turystów. Właściciel biura zdaje sobie jednak sprawę, że na Wschód w najbliższym czasie jeździć będzie jedynie z pomocą. Z gorzkim śmiechem mówi, że trasa ucieczki z Bukowela mocno zainteresowała przewodników i może Słowacja będzie dobrym kierunkiem na zbliżający się sezon.

PTTK w Zamościu również zdejmuje lwowską ofertę z tablicy i - podobnie jak zaprzyjaźnione firmy - nie prowadzi zapisów na najbliższe miesiące. - Jest to ogromna strata dla turystów, ale sytuacja jest oczywista i mam nadzieję, że jeszcze będzie dobrze i bezpiecznie w tym kraju - mówi prezes Słoniewski. Dodaje, że jeśli ludzie nie zrezygnują z już potwierdzonych wycieczek, to zwiedzanie Zamościa i Roztocza zakończą przy granicy z Ukrainą, a to też bardzo symboliczne miejsce w ostatnich tygodniach.   

DOSTĘP PREMIUM