Wiozą do Polski autokar ludzkich dramatów. Uchodźcy chcą do miast. Boją się, że na wsi nie ma wody i prądu

- Gdy pytam, gdzie chcą się zatrzymać, większość wymienia Warszawę, Kraków i Wrocław. Mają mgliste pojęcie o naszych małych miasteczkach i wioskach. Boją się, że tam nie ma wody - opowiada nam wolontariusz z Zamościa, który pomaga Ukraińcom wydostać się z ogarniętego wojną kraju. Ich historie i emocje są czasem bardzo trudne. Są i tacy, którzy w ostatniej chwili decydują się wysiąść, bo uznają, że nie potrafią opuścić ojczyzny.
Zobacz wideo

Charakterystyczny autokar znanego w Zamościu biura podróży jeździ do Lwowa prawie codziennie. Na miejscu, często w trakcie alarmów bombowych, wolontariusze rozładowują w pośpiechu dary i wpuszczają na pokład uchodźców. Będą jeździć, dopóki wystarczy im na paliwo. Najtrudniejsza, jak mówią, jest kilkugodzinna droga z uchodźcami do granicy.

- Nigdy nie zapomnę historii, którą opowiedziała nam w autokarze jedna z pań uciekających z Charkowa - wspomina wolontariusz z Fundacji Aktywne Roztocze, pomagającej uchodźcom z Ukrainy. - Kobieta przez siedem dni ukrywała się w nieogrzewanej piwnicy podczas bombardowania miasta. Przeżyła tylko dlatego, że ogrzewał ją pies. Czekała na koniec ataku, żeby się wydostać i ruszyć do Polski. Gdy wyszła z piwnicy, znowu był ostrzał, a pies uciekł i już nie wrócił. Zrozpaczona powiedziała, że uratował jej życie, a później przepadł w okolicy i nie może mu pomóc - dodaje.

Co osoba, to inna dramatyczna historia. Jedni się martwią o swój dobytek, bo mają czas, żeby coś zabrać. Niektórzy wsiadają tylko z torebką, z którą wyszli z domu. Najbardziej zdezorientowani są uciekający przed bombami. Ten szok wolontariusze widzą w autobusie. Chcą ludziom pomagać, dlatego zostawili swoje codzienne obowiązki i jeżdżą ewakuować uciekających przed wojną. Wykorzystują do tego autokar, którym wcześniej wozili do Lwowa polskich turystów. W jedną stronę zabierają paczki, leki, żywność i ubrania, a w drugą uchodźców.

Najlepiej trafić do Warszawy, bo na wsi… może nie być prądu

Kilkugodzinna podróż w stronę granicy jest trudna dla wszystkich. Wolontariusze mają przygotowane kanapki, ciepłe i zimne napoje oraz maskotki dla dzieci, bo maluchów zwykle w autokarze jest najwięcej. Przed wyjazdem kontaktują się z Polakami mieszkającymi we Lwowie. Ci pomagają im dotrzeć do osób, którym z różnych powodów - często zdrowotnych - uciekać jest trudniej. Są to również matki z dziećmi z niepełnosprawnościami albo osoby starsze.

- Ostatnio, gdy już mieliśmy komplet osób na pokładzie autokaru i ruszyliśmy z centrum, na którymś z siedzeń  podniósł się krzyk. Kobieta wpadła w panikę i powiedziała, że nie pojedzie, nie potrafi opuścić kraju. Wysiadła - opowiada Andrzej Kudlicki, wolontariusz, na co dzień organizator wycieczek do Ukrainy. Z zapełnieniem miejsc nie ma problemu, bo przypadkowi ludzie przechodzący przez parking gotowi są wsiąść i jechać. Jeszcze więcej chętnych jest na dworcu.

Zamościanie zapraszają na pokład uciekających z każdej części Ukrainy. Są mieszkańcy Lwowa, Charkowa, Chersonia, Odessy, ale też Kijowa. Gdy wolontariusze pytają ich, gdzie chcieliby zatrzymać się w Polsce, większość zwykle wymienia Warszawę, Kraków i Wrocław. O tych miastach słyszeli w swoim kraju najczęściej. Andrzej Kudlicki dodaje, że mają mgliste pojęcie o naszych małych miasteczkach i wioskach. W Ukrainie są inne standardy i myślą, że na wsi nie ma wody, może nie być prądu, nie wszędzie będą drogi. Niektórzy nie opuszczali nigdy wcześniej kraju, a nawet województwa. Nie są w stanie uwierzyć w to, że Polacy wyprowadzają się z miast budując na wsi domy. - My mówimy im, że poza metropoliami też będą mieć dużo możliwości - opisują nasi rozmówcy.

Zabierzcie szczeniaki, bo ja muszę walczyć

Wolontariusze ewakuowali już kilkaset osób z terenów objętych i zagrożonych wojną. Oprócz ludzi na pokładzie zawsze jadą też ich zwierzęta. - Imponuje mi ich miłość do osób słabszych, schorowanych, niepełnosprawnych. Robią wszystko, żeby nie zostali sami. Podobnie ze zwierzętami. Ciągną je ze sobą, czasem noszą na rękach, po prostu szok - opisuje jeden z wolontariuszy Fundacji Aktywne Roztocze.

Ostatnio zadzwonił ktoś i mówi, że jedzie człowiek z Kijowa i ma trzy szczeniaki. Prosi, żeby je zabrać do Polski, bo rodzina wyjechała, a on musi walczyć i nie ma kto się nimi zająć. Co ciekawe - miał też już dla nich zagwarantowaną opiekę - u znajomych z Tomaszowa Lubelskiego, którzy zgodzili się je przyjąć. Przyjechał do Lwowa, podał pieski do autobusu i pojechał bronić stolicy. Oprócz psów wielu zabiera koty, chomiki, papugi i świnki morskie.  

Strach można oswoić, z empatią jest trudniej

Wolontariusze bywali już w różnych trudnych sytuacjach, więc lęk związany z ostatnimi atakami we Lwowie i w Jaworowie udało im się oswoić. - Myślę, że co mi pisane, to i tak się zdarzy i z tym sobie daję rade. Niestety, człowiek wymięka, jak widzi ludzkie tragedie. Te przestraszone osoby w autobusie, które chwilami nie mogą mówić ani nawet płakać. Gdy uśmiechamy się do nich, to zaczynają mówić, że wierzą jeszcze w lepszy świat - mówi Kudlicki.

Najtrudniej jest, gdy robi się ciemno. Dzieci płaczą, nie mogą zasnąć, tęsknią za tymi, którzy zostali. Nie zawsze uciekają też ze swoimi rodzicami, bo ci zostają bronić kraju.

Jedną z wolontariuszek jest dziennikarka lokalnej gazety Jadwiga Hereta. Bez niej - jak podkreśla męska część obsady autobusu - nie wybraliby się w drogę. Doświadczenie dziennikarskie w rozmowach i kobieca troska są bardzo ważne. Gdy dzieciom uda się już zasnąć, bo jednak zmęczenie robi swoje, to dorośli zaczynają otwarcie rozmawiać o wojnie i przeżyciach. Jedni opowiadają, jak uciekali z zawalonych domów, inni o kilku godzinach spędzonych w piwnicy podczas alarmów bombowych. Zimno, ciemno, a syreny nie przestają wyć.

Uchodźcy szukają schronienia również w swoim kraju

Każda z kilkuset osób przywiezionych przez wolontariuszy do Polski wie dokładnie, gdzie zakończy podróż. Na większość uchodźców ktoś czeka już przy granicy. Jedni pojechali dalej - do Niemiec, inni do Pragi czy Gdańska. Są też rodziny, które zostają w przygranicznych miejscowościach, bo rozważają szybki powrót do kraju. Z tego też powodu niektórzy nie decydują się na przekraczanie granicy i zostają we Lwowie. To miasto - oprócz tego, że stało się wielkim węzłem komunikacyjnym - daje również schronienie uciekającym ze wschodniej i centralnej Ukrainy.

Wolontariusze dla wielu przyjaciół trzymają jeszcze miejsca w swoich domach, ale oni nie planują na razie opuszczać kraju. Tu, w cieniu wojny, próbują dalej pracować, prowadzić działalność i wspierać armię w obronie kraju. Zdaniem Andrzeja Kudlickiego sam Lwów jest obecnie miastem wyciszonym. - Ludzi jest mnóstwo, ale nie widać ich na ulicach i placach. W cerkwiach i kościołach ludzie modlą się o pokój. Scenografia Lwowa jest groźna i daje do myślenia. Miasto przygotowuje się na ewentualny atak. Jedynie na Wałach Hetmańskich starsi panowie dalej grają w szachy - opisuje.

Każdy może mieć swój autobus ocalonych uchodźców

Dla polskich przewodników towarzyszenie tym, z którymi jeszcze w lutym wspólnie organizowali wycieczki, jest moralnym obowiązkiem. Zapewniają, że kilkaset osób ocalonych przed wojną to jeszcze nie koniec ich pomocy. Będą tu przyjeżdżać tak często, jak będzie to potrzebne. Darów, które przywożą autobusem, na razie nie brakuje. Swój czas gotowi są poświęcać jeszcze długo.

Trudniej będzie z paliwem, bo każdy wyjazd kosztuje kilkaset złotych. Na razie mają za co tankować, ale jedyne wsparcie, jakie mogą w pełni wykorzystać, to wpłaty na paliwo. Można je przekazać na konto Fundacji Aktywne Roztocze 72 1600 1462 1855 3271 4000 0001 z tytułem wpłaty "Pomoc dla Ukrainy". W ten sposób wspierający mogą mieć poczucie, że ocalili uchodźców z Ukrainy. Na swoim fanpage’u na Facebooku fundacja dokumentuje ogrom przekazanej pomocy.

DOSTĘP PREMIUM