Lubelszczyzna w ogniu. Tylko w marcu strażacy gasili już niemal tysiąc pożarów

Kilkadziesiąt zgłoszeń, jakie codziennie odbierają strażacy na Lubelszczyźnie, dotyczy pożarów traw. Niestety są już pierwsze ofiary śmiertelne. Tylko w marcu liczba takich zdarzeń w tym regionie dobija już tysiąca.

W ogniu zginęła starsza kobieta w miejscowości Łupka koło Parczewa i mężczyzna, którego strażacy znaleźli w pogorzelisku koło Biłgoraja. W wyniku pożarów rannych zostało również sześć innych osób.

- Do tragedii często prowadzą niewinnie wyglądające wiosenne porządki koło domu czy na działkach - mówi starszy aspirant Tomasz Stachyra z Komendy Wojewódzkiej Straży Pożarnej w Lublinie. - Wystarczy mocniejszy powiew wiatru, by żar przeniósł się na wyschniętą trawę czy wysuszone gałęzie. I ognia nie sposób zatrzymać - tłumaczy. Sytuacja staje się szczególnie niebezpieczna, gdy ogień zacznie przesuwać się w kierunku zabudowań. Tym bardziej że w tym roku mamy za sobą suchą zimę, a ostatni większy deszcz spadł półtora miesiąca temu. Przez to wilgotność trawy jest niewielka.

W Lublinie w ogniu stają najczęściej okolice oczyszczalni ścieków w Hajdowie, w Dolinie Bystrzycy czy niedaleko Zalewu Zemborzyckiego. Te miejsca to wielkie połacie nieużytków, które kuszą podpalaczy, bo akurat tam trudno mówić o przypadkowym zaprószeniu ognia. Największy taki pożar wybuchł jednak koło Biłgoraja, gdzie spłonęło blisko 40 hektarów traw i ponad hektar lasu.

Podpalenia i wiara w wypalanie traw

Wciąż zdarzają się też rolnicy, którzy wierzą, że wypalając trawę, użyźniają glebę. Prowadzi to niestety do całkowitego zniszczenia flory i fauny na takim terenie. Strażacy w pogorzelisku często znajdują truchła dzikich zwierząt, które nie były w stanie wydostać się ze śmiertelnej pułapki. Na szczęście takich przypadków jest coraz mniej. Bo rolników ogranicza też inna kwestia. Tym, którym zostanie udowodnione, że celowo wywołali pożar na należących do nich działkach, grozi utrata dopłat z Unii Europejskiej.

Statystyki strażaków mówią jednak, że 94 proc. wszystkich takich zdarzeń to podpalenia. Często dla zabawy ogień podkładają nastolatkowie, ale policjanci mają też swoją wiedzę o tym, kto w okolicy "lubi bawić się zapałkami". 

Jak się gasi płonącą trawę?

Niestety taki pożar nie jest łatwy do ugaszenia. Gdy płonie kilka hektarów, w akcję trzeba zaangażować kilkadziesiąt osób. Strażacy zawodowi w takich sytuacjach często proszą o pomoc ochotników, bo liczą się każde ręce do pracy.

- Do gaszenia traw używa się tłumicy - mówi Tomasz Stachyra. - To szeroka szufla na długim kiju, którą ręcznie trzeba zdusić każde zarzewie ognia. Przydają się też hydronetki - plecaki z wodą, podobne do stosowanych w ogrodnictwie opryskiwaczy - tłumaczy. Akcja jest więc trudna i pracochłonna. Do tego, często w odludne miejsca służby muszą dotrzeć na piechotę.

Za podpalenie grożą spore kary. A jeśli prokuratura potraktuje to jako zdarzenie zagrażające życiu lub zdrowiu wielu osób, bądź mieniu w wielkich rozmiarach, można trafić za kratki nawet na 10 lat.

DOSTĘP PREMIUM