"Starali się o dziecko od 10 lat. Gdy w końcu na świat przyszły bliźniaki, taty z nimi nie ma"

W szpitalach przychodzi na świat coraz więcej ukraińskich dzieci, a ojcowie - będąc na wojnie - oglądają je jedynie na zdjęciach w telefonach. Tak jak tata bliźniaków, które właśnie przyszły na świat w Szpitalu Klinicznym przy Jaczewskiego w Lublinie.
Zobacz wideo

- Ci rodzice starali się o dziecko od 10 lat. Gdy w końcu teraz na świat przyszły bliźniaki, taty z nimi nie ma. Pacjentka może jedynie wysłać mężowi zrobione telefonem komórkowym zdjęcia - mówi prof. Bożena Leszczyńska-Gorzelak, kierownik Kliniki Położnictwa i Perinatologii w Samodzielnym Publicznym Szpitalu Klinicznym nr 4 w Lublinie. - Takie sytuacje są dla nas rozczulające i wiele uczą - przyznaje. 

W lubelskiej klinice - od początku wojny w Ukrainie - pomoc uzyskało już kilkadziesiąt ciężarnych kobiet. - Pacjentki przyjeżdżają najczęściej bez dokumentów dotyczących dotychczasowego przebiegu ciąży czy bez wyników badań, które miały wykonywane. Dlatego musimy wykonać większą liczbę badań, by właściwie ocenić stan ich zdrowia - wyjaśnia pani profesor. 

Jak dodaje, w kontaktach z pacjentkami nie ma bariery językowej. - Mamy w zespole lekarzy, dla których ukraiński jest językiem natywnym. Mogą odpowiedzieć na wszystkie wątpliwości i pytania. A sama możliwość porozumienia się z lekarzem w swoim ojczystym języku wybitnie zmniejsza stres i poczucie osamotnienia, które towarzyszą tym pacjentkom - mówi Leszczyńska-Gorzelak. 

Do kliniki w Lublinie trafiają m.in. ciężarne, które nie mają ze sobą praktycznie niczego. Uciekając przed wojną, nie zdążyły spakować nawet najpotrzebniejszych rzeczy. - Zdarzają się pacjentki z jedną reklamówką. Dlatego przygotowałyśmy dla nich pakiety z podstawowymi środkami, w tym środkami higieny - mówi pani profesor. O porodach rodzinnych oczywiście nie ma mowy, bo partnerzy pacjentek w zdecydowanej większości zostali w Ukrainie.

- Temat wojny? Nie poruszamy tego, bo nie chcemy prowokować do rozpamiętywania, do smutku, do łez. Ale jeśli pacjentka sama chce o tym rozmawiać, mamy w oddziale panią psycholog, która może pomóc - dodaje Leszczyńska-Gorzelak. Każdorazowo pomagają też tłumacze, w tym lekarze z Ukrainy. 

Pocisk w płucu

Sporo pacjentów z Ukrainy trafia również na tutejszy SOR. Niedawno pojawiła się tu pacjentka z kawałkiem pocisku w płucu. Miała założony w Ukrainie drenaż, ale nie wykonano jej tam kluczowych badań, bo nie było jak. W Polsce ranę zaopatrzono, a kobietę skierowano na operację. - Pani była zraniona w klatkę piersiową odłamkiem bomby. Jej stan był stabilny - mówi ordynator Szpitalnego Oddziału Ratunkowego dr Marcin Wieczorski. 

Jak dodaje, zdarzają się też inni pacjenci, m.in. z wywołanymi stresem objawami psychosomatycznymi. Są to bóle brzucha, silne bóle głowy, duszności. - Wykonujemy badania i one nic złego nie pokazują. Pacjent dostaje leki uspokajające i jego stan się poprawia - mówi ordynator. 

Na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym nie ma jednak lekarzy czy ratowników mówiących po ukraińsku. Mimo to personel radzi sobie w inny sposób. - Część naszych lekarzy zna, jeszcze z czasów szkolnych, język rosyjski i tym się posiłkujemy. Czasami pomaga też tłumacz na tablecie czy w telefonie komórkowym - dodaje nasz rozmówca. 

Z kolei w Klinice Okulistyki Szpitala Klinicznego nr 1 przy ul. Chmielnej byli pacjenci m.in. z uszkodzonym w wyniku działań wojennych wzrokiem - na przykład Olena, młoda Ukrainka. Kiedy w jej dom uderzyła rakieta, przestała widzieć. Dzięki lekarzom z Lublina odzyskała wzrok i mogła znów zobaczyć swoje dzieci.

Pacjenci z Ukrainy są leczeni w polskich szpitalach na takich samych zasadach jak Polacy. Mają też prawo do leków refundowanych. Jak informuje NFZ, refundacja wynika z przepisów ustawy o pomocy obywatelom Ukrainy w związku z konfliktem zbrojnym na terytorium tego państwa.

DOSTĘP PREMIUM