Dom na sali gimnastycznej, z którego uchodźcy nie chcieli wyjeżdżać. ''Tak rodzi się nowa historia''

Anna Gmiterek-Zabłocka
W sali gimnastycznej jednej ze szkół w Lublinie uchodźcy mieszkali ponad miesiąc. Przygotowano dla nich 150 łóżek. Ukraińskimi rodzinami opiekowali się głównie nauczyciele, rodzice i sami uczniowie. Udało się stworzyć tak rodzinną atmosferę, że wielu Ukraińców w ogóle nie chciało stąd wyjeżdżać. - Mówili, że teraz u nich w domach będą też polskie flagi. Obok ukraińskich - opowiadają nauczyciele.
Zobacz wideo

Środek dużego osiedla w lubelskiej dzielnicy LSM. Między blokami znajduje się Zespół Szkół Ogólnokształcących nr 5 w Lublinie. To podstawówka i liceum. Tuż po rozpoczęciu wojny w Ukrainie zapadła decyzja - pomagamy! W sali gimnastycznej pojawiło się 150 łóżek. Dziś już ich nie ma, bo - zgodnie z decyzją władz miasta - szkoła wróciła do normalnego funkcjonowania, a uchodźcy zostali rozlokowani w innych miejscach. 

Dom w sali gimnastycznej

Pierwsza była Ola (imię zmienione), 17-latka, która przyjechała do Polski sama. Miała jechać dalej, do taty w Hiszpanii. - To był dla nas bardzo poruszający widok, gdy ona siedziała na jednym z łóżek, sama, a my mieliśmy świadomość, że uciekła przed wojną - opowiada jedna z nauczycielek. Ola została w Lublinie na dwie noce. 

Sala gimnastyczna w Zespole Szkół przy ul. Rzeckiego w Lublinie gotowa na przyjęcie uchodźcówSala gimnastyczna w Zespole Szkół przy ul. Rzeckiego w Lublinie gotowa na przyjęcie uchodźców Małgorzata Frejowska

Rotacja w szkole rzeczywiście była spora, bo przez miesiąc funkcjonowania tego szkolnego domu przewinęło się tu około 1500 osób. Część zostawała na dłużej. Nie chcieli jechać dalej, chcieli być blisko granicy. 

- Na początku, gdy nasz punkt dopiero zaczął działać, przechodząc korytarzem, widziałam, że każdy z uchodźców siedział jakby w swoim świecie. Z telefonem w dłoniach. Każdy w pojedynkę przeżywał stres, traumę. W miarę upływu czasu ustawione na korytarzu stoły przestawały być stołami pojedynczych ludzi. Oni siedzieli przy nich, rozmawiali, pili herbatę, jedli ciastka. Uśmiechali się do siebie. I o to chodziło - mówi wicedyrektor szkoły, polonistka, Joanna Jędruszczak. 

W pomoc uchodźcom byli zaangażowani głównie nauczyciele. - Byliśmy z nimi przed lekcjami i po lekcjach, również w weekendy. Nie było żadnych problemów z obstawieniem grafików. Zresztą okazało się, że żadne grafiki nie były potrzebne, bo tyle osób było chętnych do pomocy - tłumaczy inna wicedyrektor Dorota Fornalska. 

Nauczycielom udało się stworzyć niezwykle rodzinną, ciepłą atmosferę. - Do tego stopnia, że niektórzy mówili nam, że nie chcą od nas wyjeżdżać. Pojawiły się głosy, że byliśmy dla nich jak pięciogwiazdkowy hotel. Przekonywali, że oni sami się sobą zaopiekują, byle tylko móc zostać - mówi nauczycielka edukacji wczesnoszkolnej Małgorzata Dymowska-Filipczak, która była jedną z koordynatorek pomocy.

"Mówili, że teraz u nich w domach będą też polskie flagi. Obok ukraińskich"

W szkolnym domu niczego nie brakowało. - Od początku mieliśmy mnóstwo darów od zwykłych ludzi, od firm. Potem przyjeżdżały nawet tiry z pomocą, m.in. z Niemiec - opowiada nauczycielka Agata Aleksandrowicz. Dobrzy ludzie dostarczyli do szkoły lodówki, ktoś kupił pralko-suszarkę, ktoś inny dowiózł wiele kompletów pościeli. - Część kobiet przyjechała w tym, co miały na sobie. Nie przywiozły nawet bielizny. Dostały ją od nas, oczywiście nową - mówi dyrektor Zespołu Szkół nr 5 Małgorzata Frejowska. 

Flaga Polski narysowana przez dziecko z UkrainyFlaga Polski narysowana przez dziecko z Ukrainy Dorota Fornalska

- Część naszych podopiecznych przyjeżdżała w nocy, gdy inni spali. By nie zapalać światła w sali gimnastycznej, bo - wiadomo, jest tam tylko światło górne - jeden z naszych absolwentów zakupił nocne lampki. Tak po prostu, z potrzeby serca - dodaje pani dyrektor. 

Gdy w szkole pojawiło się starsze małżeństwo praktycznie bez niczego, w klapkach, natychmiast zrobiono dla nich zakupy. - Babcia powiedziała, że się bardzo cieszy, bo spotkała u nas dobrych ludzi - mówi Dymowska-Filipczak. 

Nauczycielki przyznają, że przeprowadziły z ukraińskimi rodzinami wiele rozmów. Po rosyjsku, angielsku, "na migi". - Płakaliśmy w niektórych momentach razem - chociażby wtedy, gdy mówili, że teraz rodzi się nowa historia, którą piszą Polacy. Że oni to zapamiętają i u nich w domach będą teraz flagi nie tylko ukraińskie, ale również i polskie - dodaje nauczycielka.  

W pomoc, oprócz nauczycieli, zaangażowali się też uczniowie i ich rodzice, a także absolwenci szkoły. - W momencie, gdy tylko potrzebna była pomoc licealistów, wystarczyła jedna wiadomość na Messengerze, a wyskakiwały powiadomienia: "Będę za 10 minut", "Będę za pół godziny", "Czy jutro będę potrzebna, bo dziś nie mogę być". I nie miało znaczenia, czy chodziło o pakowanie darów, czy pomoc przy zmianie pościeli. Ci młodzi ludzie mogli się poczuć potrzebni. I to była dla nich ogromna wartość - dodaje dyrektor Jędruszczak. 

- Oczywiście, że nie było u nas wtedy lekcji WF w obiektach sportowych, ale trzeba coś wybierać. Dzieci miały lekcje albo na zewnątrz, albo na terenie szkoły, w zależności od pogody. Jasne, że nie było to w komfortowych warunkach, ale przecież - w porównaniu z wojną - to jest mały koszt - przekonuje dyrektor Małgorzata Frejowska. - To przecież normalne, że trzeba pomóc drugiemu człowiekowi w potrzebie. Jeśli będzie trzeba, jesteśmy dalej otwarci na pomaganie. Choć mam nadzieję, że nie będzie już takiej konieczności, z takiego powodu jak teraz. Bo nie myślałam, że dożyję takiego momentu, że tuż za granicami naszego kraju będzie się toczyć wojna - dodaje pani dyrektor.

W pomoc uchodźcom, którzy zagościli w Zespole Szkół przy ul. Rzeckiego w Lublinie, aktywnie włączyli się również pracownicy Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie - również jako wolontariusze

DOSTĘP PREMIUM