Tu pomoc znalazło 5 razy więcej Ukraińców niż jest mieszkańców. "Historyczne wyzwanie"

W trakcie największej fali ucieczki z Ukrainy pomoc znajdowało tu nawet 4 tysiące osób dziennie. Organizowano łóżka do odpoczynku, nowe ubrania, jedzenie. 24 godziny na dobę. Dla niewielkiego Hrubieszowa to - jak przyznaje burmistrz - historyczny sprawdzian. Dziś potrzebujących jest już 10 razy mniej niż na początku, ale punkt recepcyjny nie przestaje działać. Powstało też specjalne mini miasteczko dla uchodźców.
Zobacz wideo

Kilka dni przed rozpoczęciem rosyjskiej agresji w Ukrainie każda z przygranicznych gmin miała wyznaczone obiekty i plan na wypadek pomocy uchodźcom. Gdy pytaliśmy - jeszcze wtedy czysto teoretycznie - Martę Majewską, burmistrza Hrubieszowa, czy miasto jest gotowe, by pomóc uciekającym przed wojną - zapewniała, że nikt nie zostanie bez pomocy. Dziś, po sześciu tygodniach od wybuchu wojny, spełnienie tej deklaracji potwierdzają liczby.

- Przez miesiąc otrzymało pomoc ponad 45 tysięcy osób, które dobrowolnie zarejestrowały się w naszym punkcie recepcyjnym. Jestem przekonana, że co najmniej drugie tyle otrzymało pomoc bez rejestracji - podsumowuje Majewska. Te liczby robią wrażenie, zwłaszcza jeśli przypomnimy, że w Hrubieszowie zameldowanych jest 17 tysięcy osób, a realnie mieszka mniej - ze względu na migrację do większych miast. 

Tu prawie każdy mieszkaniec jest wolontariuszem 

W czwartek, 24 lutego, gdy rozpoczęło się bombardowanie Ukrainy, w najbardziej wysuniętym na wschód miasteczku Lubelszczyzny, zebrał się sztab kryzysowy. Wszyscy wiedzieli, że za kilka godzin staną się centrum pomocy albo przynajmniej ważnym wsparciem dla przejść granicznych w Zosinie i  Dołhobyczowie. W pierwszy weekend wojny, w hali Ośrodka Sportu i Rekreacji w Hrubieszowie, w której utworzono punkt recepcyjny, pomoc otrzymywało od 2 do 4 tysięcy uchodźców w ciągu doby. Do pomocy ruszyli urzędnicy, pracownicy wszelkich instytucji w Hrubieszowie i po prostu mieszkańcy.

- Mieliśmy od 50 do 100 wolontariuszy dziennie. Uchodźcy przywożeni byli do nas autokarami, wozami strażackimi, busami, a my podawaliśmy herbatę, posiłki i zapewnialiśmy łóżko do odpoczynku - mówi Marek Watras, kierownik punktu recepcyjnego w Hrubieszowie, na co dzień dyrektor Hrubieszowskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji. Przy tak dużej liczbie osób koniecznym wsparciem okazali się również wolontariusze spoza Hrubieszowa. W Urzędzie Miasta słyszymy, że łącznie z mieszkańcami, w skali miesiąca to już nie setki, a tysiące osób z Polski, Europy i świata. 

Naleśniki o 4 nad ranem? Dlaczego nie?

- To było i jest historyczne wyzwanie, historyczny sprawdzian dla mieszkańców i tych, którzy pomogli nam pomagać - mówi ze wzruszeniem burmistrz Hrubieszowa. Dodaje, że osobiście traktuje to jako cud. Bez wolontariuszy, którzy zostawili swoje sprawy, pracę, domy i rodziny, nic by się nie udało. Ważna była również infrastruktura i przestrzeń do obsługi tak dużej liczby uchodźców. Tym wyzwaniom mogły sprostać obiekty HOSiR, położone poza centrum miasta. - Tę przestrzeń śmiało można teraz nazwać mini miasteczkiem. Jest ogromna hala z łóżkami, w której ludzie odpoczywają. Jest bankomat, są punkty gastronomiczne, kuchnia, bawialnia, zaplecze sanitarne - opisuje Watras.

Wokół hali rozstawiono namioty, w których trzeba było zorganizować m.in. magazyny z zapasami wszystkiego, co potrzebne do obsługi blisko 90 tys. osób. Parking przy hali stał się mini dworcem autobusowym dla przyjeżdżających i odjeżdżających Ukraińców. Obsługa konieczna była całodobowo, bo niektórzy docierali tu późną nocą. Robienie naleśników, kopytek i pierogów o 4 nad ranem stało się normą. Uzupełnieniem tego, co gotowano na miejscu, była oferta w foodtrackach. Menu rozszerzało się też o to, co przywoziły koła gospodyń wiejskich, restauratorzy i mieszkańcy. Przywożono bigos, pierogi, barszcz i wszystko, co łatwo jest podać na ciepło. A przypomnijmy, że trudnych przeżyć - oprócz dorosłych - doświadczałydzieci, więc wszyscy próbowali trafić z tym, co - mimo emocji - będą w stanie zjeść także maluchy.

Dziś jest spokojnie. Niektórzy wracają do Ukrainy

- Przyznaję się, że od miesiąca nie znam wyglądu miasta, bo ciągle jestem w punkcie recepcyjnym albo jeżdżę między magazynami - mówi Watras. Dziś w punkcie recepcyjnym zauważa nie tylko to, że liczba osób potrzebujących wsparcia zmniejszyła się z kilku tysięcy do 200-300 w ciągu doby. Widać też powroty do Ukrainy. - Nie potrafię powiedzieć, jaka to jest skala, ale niektórzy już wracają do swojego kraju. Słyszymy też czasem, że tworzą się kolejki na granicy w przeciwnym niż dotychczas kierunku - dodaje.

Na poziomie obsługi urzędowej i życia społecznego miasto funkcjonuje normalnie - słyszymy w urzędzie. Miasto nie zapełniło się uchodźcami, bo ci - po otrzymaniu pomocy - odjeżdżali dalej. Były to zwykle duże, polskie miasta i w innych krajach europejskich.

Widok osób z Ukrainy w Hrubieszowie nie jest czymś nadzwyczajnym, bo Ukraińcy byli tu od lat codziennie. Z mieszkańcami łączyły ich sprawy gospodarcze, wymiana handlowa, robili też większe zakupy. - Różnicą jest to, że dziś bardziej szukają u nas schronienia i widać osoby mniej znające okolice. Wiemy, że mieszkańcy przyjęli dużo osób do swoich mieszkań, a nam ci właśnie uchodźcy w punkcie również pomagają. Często wspierają nas mamy z Ukrainy z maluchami przy nodze - opisuje burmistrz.

Przy ośrodku recepcyjnym zachowano również przestrzeń dla mieszkańców Hrubieszowa. Znajduje się tu park linowy, siłownia zewnętrzna, bieżnia i boiska. Mieszkańcy, korzystając z wiosny, coraz chętniej tu przychodzą - czasem również z ciekawości. Chcą zobaczyć, jak działa jeden z największych w Polsce punktów wsparcia dla uchodźców. - Punktu recepcyjnego nie zamykamy, jesteśmy ciągle na posterunku. Widzimy, że ciągle jesteśmy potrzebni. Życie jednak toczy się dalej i niebawem na tym terenie wracamy równolegle do zawodów i sportowych rozgrywek - mówi dyrektor HOSiRu.

DOSTĘP PREMIUM