"Sofijka ciągle mnie pyta, dlaczego nie możemy wrócić". Ukraińskie dzieci w Wiosce SOS w Kraśniku

Anna Gmiterek-Zabłocka
Kiedy wybuchła wojna, byli na wakacjach. Zamiast do domu we wschodniej Ukrainie trafili więc do Wioski Dziecięcej SOS w Kraśniku. Próbują odnaleźć się w nowej polskiej rzeczywistości, choć tęsknią za krajem. - Dzieci ciągle dopytują, kiedy wracamy do siebie. Niestety nie możemy, jeszcze nie teraz - mówią.
Zobacz wideo

Ukraińskie rodziny zastępcze, które trafiły do Kraśnika, pochodzą z Ługańska i z miejscowości Browary pod Kijowem. W momencie wybuchu wojny wszystkie były na zachodzie Ukrainy, daleko od domu. Przebywały w ośrodku uzdrowiskowym w Truskawcu. Tam zastała ich wojna. - Byliśmy z jedną walizką, a mieliśmy ze sobą - to dość zaskakujące jak na czasy wojenne - m.in. stroje kąpielowe, bo w Truskawcu zaplanowano nam kąpiele i baseny. Tak jak staliśmy, przyjechaliśmy do Polski - opowiadają w rozmowie z TOK FM. Na wschodzie Ukrainy zostały ich domy, a w nich rodziny, psy, koty.

- Tęsknota za domem jest ogromna. Dzieci ciągle dopytują, kiedy wracamy do siebie, do domu - mówi pani Larysa, która wychowuje pięcioro dzieci, w tym 11-letnią niepełnosprawną Sofijkę. - Sofijka ciągle mnie pyta, dlaczego nie możemy wrócić. Niestety, nie możemy, jeszcze nie teraz. Może uda się to w połowie roku? - zastanawia się pani Larysa. 

Ukrainka ma też starszych synów - 18-latka i dwóch 17-latków. - Wszyscy ciągle mówią, że chcą jechać z powrotem, włączyć się w obronę Ukrainy. Tłumaczę im, że na razie lepiej będzie dla wszystkich, jak zostaną. Ale nie wiem, co będzie dalej - przyznaje. 

W wiosce SOS jest też pani Olha, która w rodzinie zastępczej wychowuje 12-letniego syna Daniło i z nim przyjechała. - Daniło poszedł do szkoły, już ma polskich kolegów, przyjaciół. Ostatnio, jak strasznie padał deszcz, powiedziałam mu, że nie mamy jeszcze parasolki, więc może niech zostanie w domu. Odpowiedział, że nie ma mowy, bo w polskiej szkole tak nie można - śmieje się mama chłopca. 

Wioska SOS w KraśnikuWioska SOS w Kraśniku Anna Gmiterek-Zabłocka

Wszyscy - i dorośli, i dzieci - uczą się języka polskiego. Zorganizowano dla nich dodatkowe lekcje. - Syn już w tej chwili lepiej mówi ode mnie. Dzieci szybciej łapią - przyznaje pani Olha. Szybciej też nawiązują również kontakt z rówieśnikami. - Często widzę, jak nasi polscy podopieczni grają w piłkę wspólnie z ukraińskimi kolegami, bawią się w chowanego, biegają po naszym placu zabaw - mówi dyrektor wioski SOS w Kraśniku Dariusz Krysiak. 

"U nich jest wojna. Musimy im pomóc"

- Mam już dwóch kolegów z Ukrainy: Timura i Saszę. Biegamy razem, chowamy się. Dogadujemy się bez problemu, często na migi - mówi z radością 9-letni Daniel, który mieszka w jednym z wioskowych domków. Gdy pytamy, czy wie, dlaczego mali Ukraińcy trafili do Polski, bez wahania odpowiada: "bo u nich jest wojna". - Musimy im pomóc - stwierdza. 

Wioskowa mama Małgorzata Dydo nie kryje, że pomoc dla ukraińskich rodzin jest ogromna. - Niektóre panie pukają do nas, przychodzą, chcą się poznać. Dzieci też podchodzą pod domek, zapraszam je na ciastko. Widać w nich lęk, ale starają się tego nie pokazywać. Jak to dzieci - mówi. Tematu wojny stara się nie poruszać. - Ale rzeczywiście na początku moje dzieci pytały, czy ta wojna dotrze też do nas. Bały się. Staraliśmy się je uspokajać, zapewnić poczucie bezpieczeństwa - mówi pani Małgosia. 

Ukraińskie rodziny nie zamieszkały w wioskowych domkach, ale w jednym, wspólnym budynku, w oddzielnych - przygotowanych specjalnie dla nich - pokojach. - To była nasza przemyślana decyzja. Nie chcieliśmy tych rodzin dzielić, rzucać na głęboką wodę. Są razem, dogadują się, a nas mają na wyciagnięcie ręki, jeśli czegoś potrzebują - mówi dyrektor wioski SOS w Kraśniku. 

By rodziny mogły się czymś zająć, zorganizowano dla nich miejsce na ogródek. Dostali ziemię, narzędzia ogrodnicze, nasiona. Część sadzonek już jest - na razie rosną w doniczkach na domowych parapetach. - Jak się zrobi cieplej, będzie można je posadzić - mówi Olha. W planach są ogórki, pomidory, rzodkiewka, cebula i kwiaty. 

Wioska SOS w Kraśniku - pierwsze rośliny do ogródkaWioska SOS w Kraśniku - pierwsze rośliny do ogródka Anna Gmiterek-Zabłocka

Sposobem na odstresowanie się i zapomnienie - choć na chwilę - o wojnie jest też gotowanie. Pani Larysa robi to, co chcą dzieci - barszcz ukraiński, kotlety mielone, gołąbki. Nie lepiła jeszcze w Polsce pierogów. Jak mówi, nie ma do tego głowy. Pani Olha przygotowuje kulisz. To ukraińskie, kozackie danie z kaszy jaglanej, mięsa, warzyw, z dodatkiem jajek i przypraw. - Syn bardzo to lubi. Ale robiliśmy też pizzę, gotowałam barszcz - opowiada. 

Gdyby tylko można było wrócić...

- Zostaliśmy tu, w Kraśniku naprawdę wspaniale przyjęci. Niczego nam nie brakuje - mówi Natalia, koordynatorka pobytu ukraińskich rodzin zastępczych, która reprezentuje SOS Wioski Dziecięce Ukraina. Dodaje jednak to, co słyszymy także od innych, że wszędzie dobrze, ale... w domu najlepiej. Dlatego gdyby tylko mogli, wsiedliby w autobus i wracali do domów. - Ale jest wojna, lecą rakiety, nie chcemy siedzieć w schronach czy piwnicach jak inni, którzy są w Ukrainie. Dlatego musimy zostać - tłumaczą. 

Psycholog Elżbieta Jata z Wioski Dziecięcej SOS w Kraśniku przyznaje, że początki nie były łatwe. - Chodziło nam o zapewnienie tym rodzinom poczucia bezpieczeństwa i spełnienia ich podstawowych potrzeb - mówi psycholożka. - W pierwszych dniach w oczach dzieci widziałam strach, w oczach matek - zaniepokojenie, dystansowanie się, izolowanie się. Ale to trwało do pięciu dni, potem zaczęło się zmieniać - dodaje. 

Przyznaje, że najszybciej integrują się nastolatkowie. Pojawiają się pierwsze sympatie. - Są sytuacje, gdy ukraińscy chłopcy noszą polskim dziewczynkom do szkoły plecaki. I mówią, że "polskie dziewczyny są fajne, ale nas nie rozumieją". Jest bariera językowa, choć dzieci, tak jak dorośli, często dogadują się na migi - mówi Elżbieta Jata. - W tej chwili mamy już dwóch tłumaczy, którzy władają językiem polskim i ukraińskim, więc ta komunikacja też jest ułatwiona. Dziś już mam wrażenie, że nasi goście otwarcie mówią o swoich potrzebach czy oczekiwaniach - dodaje psycholożka.

Dzieci z Ukrainy zostały objęte opieką psychologa, ale mają też terapię traumy czy zajęcia z integracji sensorycznej SI. Nasza rozmówczyni dodaje, że dziś raczej nie ma już łez - jest próba odnalezienia się w nowej rzeczywistości oraz poszukiwanie codziennej normalności. 

- Język nie stanowi dla dzieci bariery. I to jest naprawdę fajne doświadczenie, gdy widzimy, jak one się między sobą komunikują. Wszelkie bariery są pokonywane błyskawicznie - mówi dyrektor wioski. Przyznaje, że czasami pojawiają się trudne emocje. - Ostatnio jedna z pań pokazywała mi zdjęcia zniszczonych budynków w jej miejscowości. Było to dla niej niezwykle trudne. Może choć przez chwilę było jej lepiej z tym, że mogła się tym ze mną podzielić - dodaje Dariusz Krysiak. 

Stowarzyszenie Wioski Dziecięce SOS pomaga nie tylko rodzinom zastępczym, ale też dzieciom z ukraińskich domów dziecka. Część z nich trafiła do wioski do Siedlec. W planach jest też stworzenie nowych placówek dla dzieci z Ukrainy. Bo potrzeby są ogromne. Jak pisaliśmy już wcześniej, w pieczy rodzinnej w Ukrainie przed wojną wychowywało się 64 tysiące dzieci, a w pieczy instytucjonalnej - w dużych domach dziecka - prawie 100 tysięcy maluchów. Część z nich już dotarła do Polski, a kolejne ewakuacje są przygotowywane. Stowarzyszenie zebrało duże środki finansowe na pomoc dzieciom z Ukrainy - to m.in. ponad 4,5 miliona zł zebrane w internecie. 

DOSTĘP PREMIUM