"Ktoś musi nas zacząć traktować poważnie". Słynna wioska humanitarna w Siemianowicach Śląskich potrzebuje pomocy

Słynna wioska humanitarna w Siemianowicach Śląskich musi zmienić zasady działania. Systemowego wsparcia nie ma, a odpowiedzialność za setki ludzi, którzy każdego dnia ustawiają się w kolejce m.in. po jedzenie, jest ogromna. - Ktoś musi nas zacząć traktować poważnie - mówi założyciel wioski.
Zobacz wideo

O wiosce w niewielkich Siemianowicach Śląskich głośno było w całej Polsce. Powstała zaraz na początku wybuchu wojny w Ukrainie z inicjatywy kilku osób. Przerodziła się w wielkie centrum pomocowe, w działanie którego zaangażowały się setki wolontariuszy. Magazyn darów działał w hali przy ulicy Wyzwolenia. Wioskę odwiedzały też często media z całego kraju.  

W poniedziałek wioska została jednak tymczasowo zamknięta, a Grzegorz Kaszubowski - jeden z jej założycieli - poinformował w mediach społecznościowych o nowych zasadach działania tego miejsca. Dary można dostarczać tu codziennie, ale ich wydawanie będzie się odbywać tylko w określonych dniach - dopiero wtedy, gdy magazyn się zapełni.

Informacja o otwarciu będzie każdorazowo zamieszczana na grupie "Siemianowice dla Ukrainy" na Facebooku - w dwóch językach: polskim i ukraińskim. W ten sposób potrzebujący pomocy unikną rozczarowania po godzinach wyczekiwania przed magazynem.

Fot. Anna Lewańska / Agencja Wyborcza.pl

Potrzeby są dużo większe, a darczyńców zaczyna brakować

Wolontariusze w Siemianowicach Śląskich pomogli już ponad 70 tys. uchodźcom. Zapewniają, że dalej bardzo chcą pomagać. Nie brakuje im ani energii, ani ochoty, jednak sami dłużej nie są w stanie tego robić.

- Na początku wszystko działało na zasadzie: ja coś kupiłem, siostra coś kupiła, wolontariusze coś pokupowali, firma jedna czy druga pomogła - wspomina Kaszubowski. Teraz, jak mówi, gdy każdego dnia przyjeżdża po pomoc około tysiąca osób z najdalszych zakątków regionu, także z Wisły czy Ustronia, sytuacja jest zupełnie inna. Potrzeby są dużo większe, a darczyńców zaczyna brakować. - Jestem po rozmowie z prezesem banku żywności w Chorzowie (...). On też widzi ten trend, że niestety nie ma. Skończyło się. Koniec (…). Jedzenia jest coraz mniej, ludzi głodujących jest coraz więcej. Mniejsze magazyny się zamykają - mówi Kaszubowski.

Potrzeba pomocy systemowej

W jego opinii sytuację może uratować pomoc systemowa - odgórne decyzje i umowy z konkretnymi firmami, dzięki którym wolontariusze będą wiedzieć, że mają dla uchodźców coś więcej niż szczoteczki do zębów czy pampersy. Społecznicy nie chcą po raz kolejny apelować do prywatnych osób czy firm. Nie chcą polegać na prywatnych portfelach czy zaprzyjaźnionych przedsiębiorcach, którzy - w szczycie zapotrzebowania - na jedzenie, chemię czy inne produkty wydawali kilkadziesiąt tysięcy złotych dziennie.

- Musimy zmienić zasady (...). Ktoś musi nas zacząć traktować poważnie - mówi Grzegorz Kaszubowski i podkreśla, że przez 60 dni działalności ekipa, która stworzyła wioskę humanitarną, udowodniła, że zasługuje na zaufanie i pomoc. Na stałe w wiosce pomaga 140 wolontariuszy, a drugie tyle przychodzi okazjonalnie. Społecznicy współpracują z wieloma firmami. Umowę na stałą współpracę mają tylko z jedną. Jedzenie dla uchodźców regularnie dostarcza firma Virtu z Zawiercia.

DOSTĘP PREMIUM