Poznański piekarz pojechał do Ukrainy wypiekać chleby dla żołnierzy. "Każdy zapraszał nas do siebie"

Z niecodziennej misji wrócił do Poznania właściciel piekarni Czarny Chleb Jacek Polewski. Ostatnie kilkanaście dni spędził w Kijowie i Buczy. Pojechał tam poruszony dokonaną przez Rosjan masakrą. Cel wyjazdu był konkretny: okazać wsparcie walczącej armii i cywilom broniącym swoich miast oraz pomóc uruchomić zniszczone przez Rosjan piekarnie.
Zobacz wideo

Bezpośrednim impulsem, który skłonił właściciela poznańskiej piekarni do wyjazdu na Ukrainę, były przerażające zdjęcia z masakry ludności cywilnej w Buczy, dokonanej przez rosyjskie wojska. - Zdjęcia i filmy pokazujące te porozrzucane jak manekiny ciała kobiet, mężczyzn i dzieci, przygniecione do ziemi rowerem, ze skrępowanymi nogami i rękami, tak bardzo mnie poruszyły, że w jednej chwili zdecydowałem się tam pojechać - opowiada poznański piekarz. - Doszedłem do wniosku, że skoro Rosjanie opuścili Buczę, to wkrótce wróci tam życie, a ja chcę pomóc w przywracaniu tej normalności - dodaje.

Jacek Polewski uznał, że może mieć w tym swój wkład poprzez odbudowę i uruchomienie zrujnowanych przez wojska agresora piekarni. Jego znajomi pomogli mu nawiązać kontakt z właścicielami działających jeszcze piekarni w Kijowie i małego zakładu wypiekającego pieczywo w Buczy. Jeszcze przed wyjazdem z Poznania Jacek Polewski zorganizował w internecie zbiórkę publiczną. Za zebrane pieniądze kupił 500 kilogramów mąki żytniej, a kolejnych 700 kilogramów dokupił już na Ukrainie, we Lwowie. Poznański piekarz zabrał ze sobą 21-letniego syna i przyjaciela. Podróż do Buczy zajęła im dwa dni.

Co zastali na miejscu?

Samych zniszczeń, według Jacka, może być - tak na oko - 5-10 procent. Tym, co go najbardziej przeraziło w dniu przyjazdu, była wielka pustka. - To było niemal wymarłe miasteczko. Raz na jakiś czas przebiegł ulicą kot, zza bramy wychylił głowę starszy człowiek, by zaraz się schować. Rzadko przejeżdżał jakiś samochód. Okropny widok. Wielka pustka, jakby przed chwilą wybuchła tu wojna, która wyparowała z powierzchni ziemi ludzi - opisuje swoje pierwsze godziny pobytu w podkijowskiej Buczy. - Wtedy nie było jeszcze wody czy prądu. Wielu ludzi wyjechało w obawie, że wkrótce wrócą tu żołnierze rosyjscy - podkreśla Polewski.

Z dnia na dzień, krok po kroku, budziło się w tym ukraińskim miasteczku życie. To dawało nadzieję, że ten zrujnowany kraj może się kiedyś podnieść z wojennych zgliszczy. - Widzieliśmy, jak powoli otwierają się pierwsze sklepy, jak wraca do bloków prąd, woda, gaz. Ludzie zaczynali wracać albo wychodzili z ukrycia. Było ich więcej na ulicach, zaczynali robić pierwsze zakupy, otwierały się apteki. Więcej aut pojawiało się na drogach - opisuje dalej piekarz.

Jacek - wspólnie z synem i przyjacielem - odwiedzili też jedno z miejsc blisko cerkwi, gdzie przeprowadzane były pierwsze w Buczy ekshumacje ciał osób zabitych przez Rosjan. - Teraz wszystko jest już tam posprzątane, a zmarli zostali przeniesieni na lokalny cmentarz - opowiada. W dalszym ciągu odbywają się tam pogrzeby ludzi znalezionych w masowych grobach, część rodzin stawia im pomniki.

Pierwsze wypiekane chleby

Głównym zadaniem, które postawił sobie piekarz z Poznania, było uruchomienie w Buczy lokalnej piekarni. Jej właściciel, choć z początku bał się przyjechać na miejsce (od wkroczenia wojsk rosyjskich ukrył się w Kijowie), ostatecznie dał się namówić, by z trójką Polaków wrócić do swojego zakładu i zacząć produkcję pieczywa.

Lokalna piekarnia była zdewastowana, zniszczona i obrabowana z wszystkiego, co dało się zabrać. Najeźdźcy ukradli formy do pieczenia, łyżki czy talerze, ale za to dalej działał piec. Jacek Polewski podkreśla, że najbardziej obawiał się, czy rosyjscy żołnierze nie ukryli w tym budynku min. - Musieliśmy być bardzo ostrożni i bardzo dokładnie sprawdzać każde naczynie, każdą paletę czy materace, na których spali Rosjanie. To był moment, w którym najbardziej bałem się o życie syna - wspomina.

Po kilku dniach ciężkiej pracy udało się wznowić pracę piekarni, która w ogóle nie przypominała tych działających w Polsce. - Ona jest bardzo archaicznym zakładem, zbudowanym przez jej właściciela z samej gliny. W środku stoi piec opalany tylko drewnem. Pracowaliśmy w bardzo pierwotnych, żeby nie powiedzieć - prymitywnych, warunkach - opowiada Jacek.

Chleb trzeba było wyrabiać tylko ręcznie i piec w piecu, w którym nie było kontroli czasu ani temperatury. Mimo to - udało się. Poznański piekarz początkowo wypiekał tak 40 chlebów dziennie, natomiast przed wyjazdem z Buczy było to już 100 bochenków każdego dnia.

Dziś pan Jacek dostaje zdjęcia od swojego ukraińskiego przyjaciela - właściciela uruchomionej przez ekipę z Poznania piekarni, na których pokazuje, że piecze już po 250 bochenków chleba. Dzięki temu codziennie jej właściciel może zaopatrywać w świeży chleb ukraińskich żołnierzy i obronę cywilną. Kupują go też okoliczni mieszkańcy. Poznański piekarz nie kryje satysfakcji, że jego pomysł udało się zrealizować i pomóc Ukraińcom. - Celem samym w sobie nie było przywiezienie do Buczy mąki, ale uruchomienie piekarni, która zostanie po naszym wyjeździe, a ludzie w niej pracujący będą mieli z czego żyć - mówi.

Wizyta w Kijowie

Poznaniak był również w Kijowie, gdzie pomagał lokalnemu przedsiębiorcy, który także prowadzi piekarnię. Wspólnie z nim piekł chleb dla wojsk obrony terytorialnej Ukrainy. Pobyt Jacka i jego współtowarzyszy zbiegł się z prawosławnymi świętami wielkanocnymi na Ukrainie, dlatego poznański piekarz - wspólnie ze swoim Ukraińskim przyjacielem - piekli razem babki wielkanocne dla mieszkańców i żołnierzy.

- Przy okazji zobaczyliśmy, jak wygląda Kijów i życie w tym mieście podczas inwazji wojsk rosyjskich - podkreśla. Właściciel poznańskiej piekarni Czarny Chleb w Kijowie uczestniczył także w projekcie zorganizowanym przez powstające od jakiegoś czasu Muzeum Narodowego Majdanu. - Dla nich przygotowaliśmy dokładnie 116 wielkanocnych babek, które miały symbolizować liczbę osób, które zostały zabite podczas pomarańczowej rewolucji na Majdanie. Te symboliczne babeczki dostali od nas głównie żołnierze - opowiada Polewski.

Przyjęcie Polaków

Jacek, jego syn i przyjaciel, którzy wspólnie z piekarzem pojechali do Ukrainy, byli bardzo zaskoczeni przyjęciem zgotowanym im przez tamtejszych mieszkańców. Ogromna serdeczność, niesamowita gościnność i wdzięczność towarzyszyły Polakom na każdym kroku. - Słowo "Polska" i chleb, który dla nich piekliśmy, otwierały wiele serc. W ciągu naszego pobytu mieszkaliśmy w czterech mieszkaniach, bo każdy zapraszał nas do siebie. W Buczy pewien mieszkanie przyszedł i dał nam klucze od swojego domu, żebyśmy mogli się tam zatrzymać. Dostałem nawet dwie propozycje małżeństwa od ukraińskich kobiet - śmieje się Jacek.

Nasz piekarz wspomina, że był serdecznie witany na wielu posterunkach, tzw. blokpostach kontrolowanych przez ukraińskich żołnierzy. - Mówili, że jesteśmy bohaterami, że są nam i całej Polsce wdzięczni za pomoc i wsparcie, jakiego im udzielamy na miejscu, a im rodzinom w Polsce - mówi poznaniak.

W czasie gdy właściciel piekarni Czarny Chleb pomagał na Ukrainie, jego zakład na poznańskich Jeżycach działał normalnie, bo chleb wypiekali tu ukraińscy pracownicy. Jacek Polewski już myśli o powrocie do Ukrainy - planuje kolejny wyjazd. Teraz chciałby znaleźć piekarnię w Charkowie, która potrzebuje pomocy. Na razie niestety nie jest to możliwe, bo w Charkowie i okolicach trwa ofensywa rosyjskich wojsk.

DOSTĘP PREMIUM