"Kiedy zamknęli punkt z darami, zastanawiałam się, co ze sobą zrobię". Wolontariusze uzależnili się od pomagania

Rezygnowali z pracy albo brali wolne. Nie pojadą na wakacje, bo już nie mają urlopów. Schudli, bo nie mieli czasu jeść. Chorowali, bo nie mieli kiedy odpocząć. Po dwóch miesiącach od wybuchu wojny w Ukrainie zamknięty został magazyn z darami dla uchodźców w Bydgoszczy, a wolontariusze wracają do swoich codziennych obowiązków. I nie jest im łatwo.
Zobacz wideo

Po ośmiu tygodniach pracy w wielkim magazynie z darami Dawid Kilon wraca do normalnego życia. - Na kilka dni wyjechałem, teraz wracam do pracy, ale strasznie mi brakuje tych wszystkich osób, które spotykałem w Centrum Targowym w Myślęcinku, zamienionym w punkt pomocowy dla uchodźców. Uzależniłem się - opowiada.

Pierwszy raz przyjechał do magazynu niedługo po wybuchu wojny. Przywiózł dary. Jak mówi, "miał ogromną potrzebę zrobienia czegoś dobrego, jak większość". - Zobaczyłem tira wypełnionego darami i kilka osób, które go rozpakowywały. Wskoczyłem na przyczepę i dźwigałem kartony, tracąc poczucie czasu. Przyjechałem rano, a nagle zrobiła się dwudziesta - śmieje się nasz rozmówca. - To był poniedziałek. Nagle zrobił się piątek, a ja nawet nie zauważyłem, że byłem w tym magazynie codziennie - dodaje.

Dawid został przydzielony do strefy utylizacji odpadów. Większość czasu spędzał na zapleczu i nie widział kolejki osób czekających po dary. Któregoś dnia wyszedł na halę i zobaczył mnóstwo osób, w tym dzieci. - Na co dzień jestem animatorem przyrodniczym. Prowadzę warsztaty, oprowadzam po lasach, parkach i pokazuję ptaki. Kiedy zobaczyłem te czekające po pomoc rodziny, zostawiłem swoją pracę, wziąłem kartki, kredki i ruszyłem na salę z nadzieją, że kiedy zajmę te maluchy rysowaniem, szybciej minie im czas. Chciałem, żeby się uśmiechnęły - mówi wolontariusz.

Przeżył szok, kiedy zrozumiał, że dzieci są w ogromnej traumie. Nie chcą się bawić. Są smutne, a niektóre wręcz przerażone. - Na zapleczu musiałem się wypłakać - wspomina. Mimo to nie poddał się i wrócił z kredkami i kartkami do maluchów. Już za kolejnym podejściem udało mu się namówić ich do zabawy. - Po chwili wszyscy rysowaliśmy gruszki, piórka i motyle. Dołączali też dorośli - wspomina. 

Co ja mam teraz ze sobą zrobić?

Anna Jarocińska przyjeżdżała do magazynu w Myślęcinku co drugi dzień. - Przeczytałam gdzieś apel, że potrzebni są wolontariusze i ruszyłam. A jak pojechałam raz, to już chciałam tam być cały czas. A nastolatką nie jestem - dodaje z uśmiechem bydgoszczanka. Jak sama o sobie mówi, "jest aktywną seniorką". - Występuję w kabarecie, maluję obrazy, chodzę na wystawy, koncerty. Zawsze angażowałam się w projekty społeczne. Te chwile spędzone w "magazynie dobra" już zawsze ze mną zostaną. To było niesamowite przeżycie - wspomina.

Zaznacza, że na wolontariacie poznała mnóstwo cudownych osób. Wśród nich było wielu młodych, którzy zapominali o sobie i myśleli tylko o tym, jak mogą pomóc uchodźcom. Jak podaje nasza rozmówczyni, często byli przemęczeni i wychudzeni. - Trzeba było im podstawić pod nos, by coś zjedli (…). Nie dbali o siebie i z osłabienia łapali wirusy. Podobno część osób zaangażowanych w pracę w magazynie darów, popadła w długi - mówi.

Dawid Kilon potwierdza, że niektórzy rzucili pracę, bo nie mogli jej pogodzić z wolontariatem. Inni brali urlopy albo przyjeżdżali do centrum po pracy. - Tam nikt nie liczył czasu. Ważne było to, by jak najwięcej osób z Ukrainy otrzymało pomoc - przekonuje. - Tego magazynu już nie ma, a ja nie mogę siedzieć bezczynnie. Zamierzam zgłosić się do fundacji, która w Młynach Rothera organizuje zajęcia dla dzieci uchodźców. Chętnie też oprowadzę ich po Bydgoszczy - zapowiada.

W sobotę centrum w Myślęcinku było otwarte ostatni raz. - Zastanawiałam się, co ja ze sobą zrobię od poniedziałku? - wspomina pani Ania. - Szukałam innych punktów prowadzących zbiórki darów dla uchodźców. We wtorek pojechałam do magazynu stowarzyszenia "Dzięki wam", gdzie pomagałam przy sortowaniu odzieży. Punkt jest dosłownie zawalony ubraniami. Do tego mnóstwo maskotek. A brakuje żywności - opowiada.

To problem wszystkich punktów wspierających obywateli Ukrainy, którzy zatrzymali się w Bydgoszczy. Nowy magazyn przy Gdańskiej i Kamiennej, w sobotę, dwie godziny po tym, jak otworzył drzwi, rozdał cały zapas jedzenia. - Te punkty jeszcze długo będą potrzebne. Potrzebni będą też wolontariusze. Zachęcam wszystkich, by przychodzili, nawet na godzinę czy dwie. Ale ostrzegam. To uzależnia! - mówi z uśmiechem pani Ania. - Tak! Ja też się uzależniłem, ale to piękne uzależnienie - dodaje Dawid.   

DOSTĘP PREMIUM