"Najpóźniej za miesiąc wracamy". Daria z Odessy wyjechała dopiero teraz. Przez wojnę czuje się 20 lat starsza

Anna Gmiterek-Zabłocka
W gronie ponad 3,3 miliona uchodźców, którzy dotarli do Polski z Ukrainy, są też tacy, którzy ucieczkę przed wojną odwlekali, ile się tylko dało. Daria Korsak, studentka Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, nim wspólnie z rodziną postanowiła wyjechać, przez całe tygodnie relacjonowała na Twitterze, jak wygląda życie w Odessie.
Zobacz wideo

Daria w tym roku kończy 19 lat. Pochodzi z Odessy, pięknego miasta nad Morzem Czarnym. Do Polski przyjechała w 2020 roku na studia dziennikarskie na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Jednak wojna zastała ją w domu w Ukrainie. Choć miała już wykupiony bilet na samolot do Polski, nie mogła - ale też nie chciała - wracać. Zdecydowała, że zostaje z rodziną - mamą, tatą i 13-letnim bratem.  

Starsza z dnia na dzień

- Czuję, jakbym miała 20-30 lat więcej. Teraz zdecydowanie lepiej wiem, co jest dla mnie ważne - już nie studia, nie jakaś kariera, nie to, co kto sobie o mnie pomyśli. Dziś najważniejsza jest moja rodzina, moje życie, mój kraj i moja piękna Odessa - opowiada. Jej słowa potwierdza mama, pani Olga. Przyznaje, że nie znała córki od tej strony - Daria wydoroślała niemal z dnia na dzień. 

W pierwszych dniach wojny założyła konto na Twitterze. Regularnie wrzucała zdjęcia i filmy, pokazywała życie "pod bombami". Dziś ma prawie 20 tysięcy obserwujących. - To, co mnie zaskoczyło, to hejt. Ludzie pisali i piszą mi różne przykre rzeczy. Ale teraz się już tym nie przejmuję, staram się blokować takie osoby. Piszę prawdę i wiele osób to docenia - mówi studentka z Odessy. 

A że jest niezwykle elokwentna i bardzo dobrze mówi po polsku, stała się też częstym gościem polskich mediów. Łącząc się zdalnie, opowiadała o życiu w Ukrainie, o problemach i o strachu. 

Życie wśród dźwięków syren alarmowych

Ostatnie dwa miesiące w Odessie były niespokojne, ale życie płynęło swoim rytmem - można było wyjść na kawę do centrum czy pójść z psami na spacer. - Wierzyliśmy, że jakoś uda nam się przetrwać - mówi Daria.

Codzienną nowością stały się jedynie alarmy przeciwlotnicze. Rodzina schodziła wtedy do piwnicy; tam zorganizowali sobie awaryjny "dom". - Ale na dłuższą metę tak nie da się żyć. Mamy psy i koty, one też się tego bały. Dlatego coraz częściej w czasie alarmów siedzieliśmy w domu. Po prostu tam czuliśmy się bezpieczniej - opowiada. Przez ostanie tygodnie - razem z tatą - Daria była zaopatrzeniowcem dla armii. Pomagali, dostarczali dary, wozili rzeczy czy dokumenty. Działali, czuli się potrzebni. 

Przed tygodniem, gdy ataki na Odessę zaczęły się nasilać, zapadła decyzja o wyjeździe do Polski. - Nie było już na co czekać. Wspólnie z tatą wiedzieliśmy, że ataki będą coraz poważniejsze i że to może być niebezpieczne. Noc z piątku na sobotę przegadaliśmy, były oczywiście łzy i nerwy. A w sobotę już wyjeżdżaliśmy - opowiada. 

Daria przyjechała do Polski z mamą i 13-letnim bratem. Nastolatka świetnie mówi po polsku - jej bliscy na razie jeszcze nie. - Ale brat już w drodze się uczył. Pamięta trochę słów, umie liczyć - chwali dziewczyna.

"Przymusowa wycieczka do Polski"

- Nie myślimy o tym, że jesteśmy uchodźcami. Nie chcę się tak czuć. Mam swój kraj, mam swój dom. Dlatego powiedzieliśmy sobie wspólnie, że jedziemy na wycieczkę do Polski. Taką wymuszoną wycieczkę - mówi nasza rozmówczyni. 

Z rodziną przyjechała też ruda suczka o wdzięcznym imieniu Szeli. - Ona jest jak członek naszej rodziny. Nie wyobrażam sobie, by coś miało się jej stać - mówi Daria. Szeli to miły, spokojny, dobrze ułożony psiak. Widać, że też jest mocno zestresowana. - Czuła, że coś ważnego się dzieje, bo spokojnie przejechała z nami te ponad tysiąc kilometrów - opowiada. Za kierownicą siedziała mama Darii, bo nastolatka jeszcze nie ma prawa jazdy. 

"Wracamy za miesiąc"

- Najpóźniej za miesiąc wracamy. Naprawdę nie wyobrażam sobie, że miałoby być inaczej - słyszymy od dziewczyny. Rodzina na razie zatrzymała się u znajomej w Warszawie. Ale na dłuższą metę szuka jakiegoś mieszkania. Sama Daria chciałaby też podjąć pracę - najchętniej gdzieś w mediach, bo - jak mówi - teraz, w czasie wojny, nadając relacje, poczuła, że to jej żywioł. 

- Chciałabym pracować, by móc pomóc mamie. By zarabiać jakieś pieniądze, abyśmy mieli za co żyć. Nie chcę i nie umiem prosić o pomoc. To dla nas naprawdę bardzo trudna sytuacja. Nigdy nie myślałam, że coś takiego się może wydarzyć - dodaje. - Wiem, że Polacy bardzo pomagają. Ale ciągle nie mogę się przyzwyczaić do myśli, że w moim kraju jest wojna, że mam być uchodźcą - dodaje. 

Daria jest już w Polsce bezpieczna, cały czas jest też w kontakcie z tatą, który został w Ukrainie. Ale to nie znaczy, że nie ma w niej strachu czy niepokoju. - Pierwszej nocy w Polsce, gdy spaliśmy w Lublinie, było głośno, słychać było samochody. Przestraszyłam się, bo ataki rakietowe były przede wszystkim w nocy i dlatego dla mnie noc jest najstraszniejsza - mówi Daria. - Uspokoiłam się dopiero, gdy dotarło do mnie, że jestem w Polsce, że tu nie ma żadnych bomb. Potem spałam już w miarę spokojnie, ale nie jest to proste - opowiada nasza rozmówczyni. 

Jeśli ktoś z Państwa chciałby pomóc Darii i jej rodzinie z psem, prosimy o kontakt z autorką tekstu pod adresem mailowym problem@tok.fm

DOSTĘP PREMIUM