Kolejki po żywność, której zaczyna brakować. "Polska nie może dopuścić, by goście z Ukrainy u nas głodowali"

Anna Gmiterek-Zabłocka
Większość Ukrainek, które razem z dziećmi uciekły przed wojną i schroniły się w Lublinie, nie pracuje. Niejednokrotnie nie mają za co żyć, dlatego pomoc żywnościowa jest im bardzo potrzebna. Ale żywności brakuje. - O ile na początku magazyny były pełne, o tyle teraz bywa naprawdę ciężko - mówią nam wolontariusze.
Zobacz wideo

Środek tygodnia. W ciągu dnia odwiedzamy punkt wydawania żywności w Lublinie, przy Alejach Zygmuntowskich. Przed punktem kolejka, w której stoi kilkanaście osób. Głównie kobiety, niektóre z dziećmi. Kilkuletnia Dasza beztrosko biega po placu, gdy jej mama czeka na paczkę. - Jesteśmy w Lublinie od ponad dwóch miesięcy. Nie mam pracy, a przyjechałam z trójką dzieci. Pomagają mi oczywiście Polacy, ale bywa ciężko. Dlatego jedzenie stąd, z punktu, zawsze się przyda - mówi TOK FM Ukrainka. 

Punkt wydawania żywności w LubliniePunkt wydawania żywności w Lublinie Anna Gmiterek-Zabłocka

Do punktu właśnie przyjechała dostawa. Kilka busów z żywnością. - Jest cukier, mąka, konserwy, mleko, mleko dla małych dzieci, kukurydza, kasza gryczana - wylicza pani Maria, która wydaje dary. Jest też herbata, kawa, pampersy dla dzieci. To, kto i ile dostaje, zależy od zapełnienia magazynów. Niestety, są momenty, że zaczynają świecić pustkami, a część osób musi odejść z kwitkiem albo jedynie pojedynczymi darami.

Pani Maria jest wolontariuszką w punkcie wydawania żywności. Przyjechała z Ukrainy, też uciekła przed wojną. - Przychodzę, pomagam, mam zajęcie, czuję się potrzebna - opowiada.

Punkt wydawania żywności w LubliniePunkt wydawania żywności w Lublinie Anna Gmiterek-Zabłocka

Dary są pakowane w papierowe torebki - by taką paczkę dostać, trzeba pokazać paszport z pieczątką informującą o tym, że rodzina przekroczyła granicę po 24 lutego (czyli że nie mieszka w Polsce od dawna, ale uciekała przed wojną). 

Żywność, którą właśnie przywieziono, została zakupiona przez urząd miasta. - Mamy też dostawy z Polskiego Czerwonego Krzyża, czasami z Caritas, ale jest ich zdecydowanie mniej niż jeszcze kilka tygodni temu - mówi Dariusz Gajo z Wydziału Inicjatyw i Programów Społecznych Urzędu Miasta Lublin. - Jeżeli mamy mniej darów, a teraz rzeczywiście tak bywa, to niestety i wydajemy mniej - dopowiada. Jak wyjaśnia, dostawy towarów do miejskich punktów wydawania żywności (przy Alejach Zygmuntowskich i przy ulicy Popiełuszki) są z reguły trzy razy w tygodniu. Czasami większe, czasami mniejsze. 

- Muszę przyznać, że teraz mamy mniej produktów do wydawania, bo w PCK też już chyba występują braki w magazynach. Dlatego był zakup dokonany przez urząd - informuje Gajo. Podkreśla, że gdy magazyn się zapełnia, ustawiają się długie kolejki. - W dni, gdy mamy co wydawać, wydajemy nawet 1000 czy 1200 pakietów dziennie - dodaje. 

Punkt wydawania żywności w LubliniePunkt wydawania żywności w Lublinie Dariusz Gajo

Jak mówi nam Beata Lachowicz z Polskiego Czerwonego Krzyża w Lublinie, pomocy rzeczywiście jest dużo mniej. - Na początku wojny mnóstwo osób przynosiło żywność tak od siebie. W tym momencie spadek tego szacowałabym na 99 procent. Owszem, mamy dostawy od firm i instytucji, choć też jest ich mniej - mówi TOK FM. Podkreśla, że żywność jest przekazywana do punktów na Lubelszczyźnie, ale większość darów jedzie w konwojach humanitarnych do Ukrainy (żywność, środki higieny, materiały opatrunkowe). 

- Zauważalny jest ogromny spadek. Na początku tych darów było mnóstwo - żywność, kosmetyki, chemia, ręczniki, pościel - wszystko to, o co prosiliśmy. Teraz już chyba przyzwyczailiśmy się do tej sytuacji i ten entuzjazm i chęć pomagania - zdecydowanie zmalały - dodaje Lachowicz. 

Jak słyszymy od wolontariuszy i aktywistów, brakuje systemowego wsparcia. Brakuje koordynacji pomocy żywnościowej ze szczebla centralnego, z Warszawy. - Koordynacja jest kluczowa, by nie było miejsc, w których nie ma jedzenia - przekonują nasi rozmówcy. I podkreślają, że Polska nie może dopuścić, by goście z Ukrainy u nas głodowali. 

Co z obiadami dla dzieci w szkołach?

Jak mówi nam Helena Krajewska, rzeczniczka Polskiej Akcji Humanitarnej, obiady dzieci w szkołach mogą być finansowane w ramach akcji "Pajacyk" Polskiej Akcji Humanitarnej. Szkoły, które od dłuższego czasu są w programie, muszą jedynie podpisać aneks do umowy, by móc zapewniać obiady ukraińskim uczniom. Jeśli szkoła nie jest w programie, procedura jest dłuższa, ale to nie zmienia faktu, że warto do programu przystąpić. - Nie ma żadnego problemu, by szkoła dołączyła do "Pajacyka" i by dostać dodatkowe środki, i objąć posiłkami dzieci, które musiały uciekać z Ukrainy - zapewnia Helena Krajewska. 

Dużą pomocą dla ukraińskich rodzin są tzw. karty przedpłacone, finansowane z programów różnych organizacji. Rodzina dostaje kartę, na której są pieniądze i sama decyduje, na co je wydać. W Lublinie takie karty trafiły do 100 rodzin - dzięki wsparciu Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej. Na wszystkich łącznie znalazło się - na start - ponad 100 tysięcy złotych. Kwoty wsparcia są różne, zależą od sytuacji rodziny czy liczby dzieci. 

Teraz do uruchomienia programu kart przedpłaconych przygotowuje się także lubelskie PCK. Program powinien ruszyć od czerwca. - Karty trafią do Ukrainek i Ukraińców, którzy mieszkają na Lubelszczyźnie i znaleźli się w najtrudniejszej sytuacji finansowej - zapowiada Beata Lachowicz. - W tym momencie zbieramy dane, szacujemy, jakie są potrzeby, ustalamy też progi dochodowe. Bardzo ściśle w tym zakresie współpracujemy z ośrodkami pomocy społecznej - dodaje nasza rozmówczyni. 

DOSTĘP PREMIUM