Ukraińcy stoją tu w kolejce nawet kilka godzin. "To nie powinno tak wyglądać"

Anna Gmiterek-Zabłocka
Długie kolejki ustawiają się już w nocy przed lubelskim Caritasem po karty zakupowe na 2 tysiące złotych. To pomoc Tajwańczyków dla uchodźców z Ukrainy. - Ukrainki mają zapisywane na rękach numery kolejkowe. To nie powinno tak wyglądać - zaalarmował nas jeden ze słuchaczy.
Zobacz wideo

Karty są wydawane od ubiegłego tygodnia. Uprawniają do zakupów w jednej ze znanych sieci dyskontów. Na każdej karcie są "nabite" 2 tysiące złotych. Można kupić jedzenie, ale też inne artykuły - poza alkoholem. Wszystko finansuje buddyjska organizacja z Tajwanu - jej przedstawiciele są na miejscu, pomagają. 

Tajwańska organizacja wydająca karty uchodźcom z UkrainyTajwańska organizacja wydająca karty uchodźcom z Ukrainy Anna Gmiterek-Zabłocka

Początkowo karty były wydawane po jednej na osobę (czyli rodzina mogła dostać ich kilka). Teraz jest to jedna karta na jedną rodzinę. Wszystko odbywa się w obiekcie należącym do Caritas Archidiecezji Lubelskiej, ale - jak powiedziała nam rzeczniczka Joanna Bańczerowska - Caritas jedynie udostępnił swoje pomieszczenia i wspomaga projekt organizacyjnie.

Wraz ze swoimi ukraińskimi gośćmi na miejscu pojawił się też m.in. pan Andrzej (imię zmienione). I to on zaalarmował nas, że ludzie, którzy stoją w kolejce, mają zapisywane na rękach swoje numery. Każdy kolejkowicz to inny numer. - Byłem tym zszokowany, bo zapisywanie numerów na ciele kojarzy mi się jednoznacznie. A tutaj też są ludzie, którzy uciekli przed wojną. Określanie ich numerami jest poniżające i co najmniej niewłaściwe - mówi.

Faktycznie, osoby, z którymi rozmawiamy na miejscu, mają na rękach numery. - Mam numer 168, jestem zapisana na jutro. Te numery są chyba po to, by nie było awantur czy nawet bijatyk. Jak już mam ten numer, to przynajmniej wiem, że mnie przyjmą - mówi pani Olga spod Kijowa. - Mnie te numery nie przeszkadzają - dodaje. 

Kolejka po karty jest długa, porządku pilnują przedstawiciele organizacji z Tajwanu. Rozdają numery wydrukowane na specjalnych kartkach. To z tymi kartkami idzie się po karty. - Rzeczywiście, ludzie mają napisane numery na rękach, ale nie jest to nasz pomysł. My wydajemy karty na zakupy dla osób, które tego potrzebują - mówi nam Ting Chien Che, student medycyny z Lublina, a jednocześnie przedstawiciel Tajwańczyków. Podkreśla, że w Lublinie zdecydowano o jednej karcie na rodzinę - w Warszawie dalej wydawana jest jedna na osobę.

Od zapisywania numerów na rękach odżegnują się też wolontariuszki Caritas z Ukrainy. - To pomysł samych osób w kolejce - mówi nam Anastazja. 

Jak dodaje, codziennie do rozdania jest 250 kart dla osób z kolejki. - To są osoby, które stoją często już w nocy. Ale dodatkowo jest jeszcze 50 miejsc rezerwowych dla niepełnosprawnych i kobiet w ciąży - informuje nasza rozmówczyni. Słyszymy, że trudno się dziwić, że czasami w kolejce pojawiają się konflikty i nerwy. - Ci ludzie przyjechali z terenu wojny, więc emocje są w nich ogromne - mówi nam inna z wolontariuszek. 

Kolejka po karty ustawia się codziennie już w nocy

Karty wydawane są od godz. 8 rano. Niektórzy odchodzą z kwitkiem. Tak jak pani Natalia, która przyjechała tu o 7 rano z 4-letnim synkiem. - Kolejka jest bardzo długa, ludzie się kłócą, nie jest to dobrze zorganizowane. Stałam trochę, ale dziecko płacze. Nie dam rady dłużej. Spróbuję jutro - opowiada. Od razu zastrzega jednak, że jest bardzo wdzięczna Polakom za wszelką pomoc. To słychać zresztą na każdym kroku. - Tutaj w tej kolejce zdarzają się problemy i konflikty, ale generalnie pomoc dla nas jest ogromna. Za wszystko bardzo, bardzo dziękujemy. Jesteście przyjaciółmi - mówi ze łzami w oczach. 

DOSTĘP PREMIUM