Najpierw upały, a potem ulewne deszcze? Klimatolog radzi brać przykład z działkowców. "Niesamowicie prosta fizyka"

Fale upałów w Polsce nieuchronnie powodują suszę. Jak mówił w TOK FM prof. Bogdan Chojnicki z Pracowni Bioklimatologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, grożą nam niedobory wody i konieczne jest "zatrzymywanie jej praktycznie we wszystkich miejscach, w których spada". I dodał, że "dobrym, prawie modelowym przykładem są działkowcy, którzy stawiają beczkę pod rurą spustową na swojej działce".
Zobacz wideo

Do Polski znów wróciły upały. Termometry w dzień pokazują ponad 30 stopni Cesjusza. Coraz częściej mamy do czynienia też ze zjawiskiem tropikalnych nocy i nawet wtedy temperatura nie spada poniżej 20 stopni. Jak mówił w "EKG" w TOK FM prof. Bogdan Chojnicki z Pracowni Bioklimatologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, to efekt postępujących zmian klimatu. Według niego, w związku ze zmieniającą się rzeczywistością, powinna się zmienić także nasza mentalność. Alarmował, że inaczej może zabraknąć nam wody.

Klimatolog wskazał, że po fali gorąca prawdopodobnie przyjdą potężne opady deszczu. - Często taki okres upałów, zalegającego wilgotnego, dusznego powietrza, kończy się silnymi opadami. Pojawią się kolejne zalane ulice, piwnice, drogi. Uznamy wtedy, że woda jest dla nas przeszkodą do funkcjonowania. Uruchomimy pompy, wlejemy je do rzek i ona szybko wróci do morza, a my zostaniemy bez wody - opisywał. I podkreślił, że trzeba myśleć o retencji, także na terenach miejskich. - Betonoza to nie jest wyłącznie fanaberia estetyczna. Retencja musi wejść do stałego kanonu myślenia o rzeczywistości - powiedział prof. Chojnicki.

"Powinniśmy brać przykład z działkowców"

- Czy w takim razie grozi nam brak wody i powinniśmy ją zdecydowanie oszczędzać? - dopytywał Adam Ozga. - Tak. Proszę pamiętać, że to jest niesamowicie prosta fizyka - odpowiedział klimatolog. - Perspektywa dla Polski, która wynika z publikacji naukowców, to podobna do obecnej ilość opadu. Oznacza to, że wody będziemy mieć mniej więcej tyle samo, ile mieliśmy. Natomiast rośnie nam temperatura. Oznacza to, że woda coraz chętniej będzie nam odparowywać - tłumaczył.

Wskazał, że jedynym sposobem na poradzenie sobie z tym jest właśnie wspomniana retencja, czyli zatrzymywanie wody. - I znowu nie budowa jakichś koszmarnie dużych zbiorników, z których nie wiadomo dokąd ta woda miałaby być transportowana i za jakie pieniądze. Tylko zatrzymywanie wody praktycznie we wszystkich miejscach, w których ona spada - wskazał.

Dodał, że "dobrym, prawie modelowym przykładem są działkowcy, którzy stawiają beczkę pod rurą spustową na swojej działce".  - Powinniśmy brać przykład z działkowców, powiem trochę żartobliwie, ale myśleć w kategoriach zatrzymywania wody i wykorzystywania jej w czasach, kiedy po prostu nam będzie jej brakowało. Susza ma duży wpływ na lasy i pola uprawne w Polsce i to się będzie odbijać na naszym życiu coraz bardziej. Ta oszczędność wody naprawdę powinna być traktowana w Polsce z dużą atencją i powagą - przekonywał prof. Chojnicki.

"Tkwimy w nieszczęściu, które rozwiązujemy przez kolejne rozdawnictwo" 

Tymczasem w dobie postępujących zmian klimatycznych, rząd szykuje dopłaty w wysokości 3 tys. złotych dla ogrzewających domy węglem. - Czy wsparcie użytkowników jednego, w dodatku emisyjnego, źródła energii to dobry kierunek? - pytał Adam Ozga. 

Według gościa TOK FM konieczność finansowego ratowania odbiorców węgla wynika z błędnej polityki energetycznej rządu i wieloletnich zaniechań w dokonywaniu transformacji energetycznej. Prof. Chojnicki zwrócił uwagę, że problem powstał, bo 20 proc. węgla w Polsce pochodzi z importu. Podkreślił, że spływał on w większości z Rosji i już wcześniej był "mocno zakrwawiony". - Czemu przez te ostatnie lata nie zbudowano systemu odnawialnych źródeł energii, które by przejęły funkcję tych 20 proc.? Dzisiaj byśmy nie mieli żadnej rozmowy na ten temat - powiedział. 

Dodał, że dopłaty w tak kryzysowej sytuacji są jakimś doraźnym sposobem pomocy domowym budżetom, ale generalnie "rozdawanie pieniędzy za darmo niczego nie zmienia". - Wydamy na to 11 miliardów złotych. Ile można by za to zbudować np. elektrowni szczytowo-pompowych? - pytał i wskazał, że według ostatnich szacunków koszt jednej takiej elektrowni to ok. 4 mld. złotych. - Rozumiem, że teraz rozdamy 2,5 elektrowni szczytowo-pompowej - stwierdził. - Mieliśmy naprawdę dużo czasu, żeby się przygotować i nie uzależniać od węgla. Teraz tkwimy w nieszczęściu, które rozwiązujemy przez kolejne rozdawnictwo - podsumował prof. Bogdan Chojnicki.

DOSTĘP PREMIUM