,
Obserwuj
Gospodarka

Słyszycie ostre hamowanie? To inflacja. Ale jej potwór długo będzie nas jeszcze straszył!

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
5 min. czytania
16.02.2024 08:31
Inflacja zaczyna rok mocnym zaskoczeniem. Jeszcze rok temu taki jej poziom wydawał się abstrakcją. Wtedy ceny pędziły w tempie 16-18 procent, teraz poniżej czterech. Tyle że... takie hamowanie, to głównie efekt statystyczny, wynikający z porównania do kosmicznych poziomów sprzed roku. Niska inflacja nie oznacza, że ceny masowo spadają. Owszem, zobaczycie w sklepie tańsze masło, a na stacji tańsze paliwo, ale generalnie w gospodarce jest coraz drożej i drożej. Inflacja jeszcze trochę przyhamuje, w marcu możemy dotknąć nawet upragnionego celu inflacyjnego (czyli poziomu uważanego za optymalny). Inflacyjny potwór będzie pokonany? Absolutnie nie, to będzie tylko na moment, a w dalszej części roku ceny, po chwilowym odpoczynku, zaczną kolejny marsz w górę.
|
|
fot. Envato Elements

Mamy do czynienia z piskiem ostrego hamowania. Hamuje inflacja, na początku tego roku spadła poniżej 4 procent. Jeszcze w grudniu było sześć, a jeszcze rok temu - osiągaliśmy 16-18-procentowe poziomy wzrostu cen. Jakie są dalsze perspektywy dla inflacji i czy aby na pewno z obecnego spadku powinniśmy się cieszyć? Czy na otwieranie szampana jest jeszcze dużo za wcześnie?

Na początek zerknijmy w inflacyjne dane. 3,9 procent - w takim tempie w styczniu rosły ceny w Polsce. W tym - o 5 procent zdrożała z początkiem roku żywność, o 3 procent wzrosły koszty utrzymania mieszkania. Tańsze niż rok temu są paliwa - to zauważalnie, bo o prawie 10 procent. Tyle wstępne dane Głównego Urzędu Statystycznego. A teraz zastanówmy się, co się za tym kryje i skąd takie ostre hamowanie inflacji.

Czym jest efekt bazy?

Powodów do świętowania raczej nie ma, bo inflacyjny zjazd wynika w dużej mierze z... efektu statystycznego, ekonomiści nazywają go efektem bazy. Otóż rok temu - jak już słyszeliście - inflacja pędziła na najwyższym biegu, osiągając poziomy zbliżające się do lutowego rekordu na poziomie 18,5 procent. Gdzie wtedy się nie spojrzało - tam ceny szalały, napędzane drogą energią, paliwami, drożejącą żywnością i przerzucaniem tych kosztów na ceny produktów i usług. I teraz się do tych potężnych, ubiegłorocznych poziomów porównujemy. Choć ekonomiści zwracają uwagę, że swoje do hamowania inflacji dokładają tańsze niż rok temu paliwa oraz żywność, która zaskakująco nie drożeje tak mocno jak zwykle robiła to zimą.

Inflacja poniżej 4 procent w żadnym wypadku nie oznacza, że ceny spadają! One dalej rosną, tylko wolniej. Czyli: jeśli dwa lata temu płaciliśmy za coś 100 złotych, to rok temu - około 118, a teraz - 122. Owszem, zauważacie zapewne w sklepach, że są towary, które tanieją. Na przykład masło, za które teraz w promocji zapłacimy poniżej 3 złotych, a w inflacyjnym szczycie kosztowało osiem. Owszem, paliwa są poniżej 7 złotych za litr. Ale to raczej wyjątki, bo reszta cen cały czas idzie w górę. Jeśli rok temu przyszła inflacyjna podwyżka czynszu, to w tym roku przyjdzie kolejna - niższa, ale zawsze podwyżka. Jeśli wasz fryzjer rok temu podniósł ceny, bo przygniotły go koszty energii, to w tym roku znowu je podwyższy - bo musi dać podwyżkę swojemu pracownikowi. Niska inflacja nie oznacza, że ceny masowo spadają, a nam zostaje więcej w portfelu. Na to się, niestety, nie zanosi.

To, jak inflacja uderza w nasze finanse, lepiej pokazuje inflacja bazowa. To taki specjalny wskaźnik, w którym na bok odsuwamy najbardziej zmienne ceny energii i żywności - zależne w dużej mierze od sytuacji międzynarodowej - i patrzymy na naszą, krajową wewnętrzną inflację i na to jak droga energia i żywność rozlały się na wszystkie inne ceny w gospodarce. I tak mierzona inflacja bazowa wciąż najprawdopodobniej przekracza 6 procent. A widać ją przede wszystkim w cenach usług: u wspomnianego już fryzjera, u stomatologa, w warsztacie samochodowym, w cenie wycieczki kupowanej w biurze podróży. Jest uporczywa i przykleja się do cen mocno jak butapren. I żeby ją odkleić, trzeba bardzo silnego rozpuszczalnika. Ten ma w ręce Rada Polityki Pieniężnej i nazywa się: wysokie stopy procentowe.

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>

Tak inflacyjnie było. A jak będzie?

Jeszcze luty i marzec przyniosą najprawdopodobniej dalszy spadek inflacji. Możliwe, że w marcu nawet do poziomów zbliżonych do poziomu uważanego za optymalny, czyli tak zwanego celu Narodowego Banku Polskiego, którego środek przypada na 2,5 procent. Taka inflacja uważana jest za zdrową dla gospodarki: pracownicy wiedzą, po jaką podwyżkę pójść, przedsiębiorcy - jaki wzrost kosztów założyć, żeby w spokoju planować finanse i rozwój firmy. Odłożone oszczędności nie tracą swojej wartości, stopy procentowe na umiarkowanym poziomie nie podwyższają szokowo rat kredytów, które nie zostawiają głębokiej wyrwy w domowych budżetach. I co, ta idylla czeka nas już w marcu, pokonaliśmy inflacyjnego potworka i już? Figa z makiem.

Bo inflacja spadnie w okolice 2,5 procent tylko na chwilę. Na krótki momencik, którego prawdopodobnie nawet nie zauważymy. Bo - po pierwsze: to wspomniany efekt bazy, czyli porównanie do sytuacji sprzed roku. Po drugie późną wiosną i latem inflacja znów zacznie rosnąć. Bo wyjaśni się co dalej z VATem na żywność - do końca marca obowiązuje zerowa stawka tego podatku na podstawowe produkty spożywcze. Ale nie ma bata - wcześniej czy później będziemy musieli się z nią pożegnać i wróci do poziomu 5 procent. A to oznacza podbicie cen. Ponadto, latem ma zniknąć powszechne mrożenie cen energii, a to dla większości gospodarstw domowych będzie oznaczało podwyżki rachunków za prąd, gaz, a jesienią i zimą - za ogrzewanie. Dla inflacji oznacza to jeden ruch, nietrudno domyślić się jaki. Ale powodów do tego będzie więcej.

Giełdy jeszcze na małej bańce czy już na całkiem sporej... bani? Wyjadacze giełdowi ostrzegają

Jeden z nich leży w firmach. Ponad połowa szefów firm planuje w tym roku podwyższać ceny produktów i usług jakie wytwarzają ich przedsiębiorstwa. A główny powód podwyżek? Koszty pracy - na to wskazuje 9 na 10 przedsiębiorców. Na drugim miejscu są ceny energii i paliw, na które wskazuje 80 procent pytanych, dwie trzecie - na ceny komponentów i usług. Drugi powód, to podwyżka świadczenia z 500 do 800 plus, czyli więcej do wydawania w domowych budżetach, trzeci - mocno rosnąca pensja minimalna, czyli wspomniane koszty pracy. Czwarty powód, choć leży tysiące kilometrów od nas, zaraz da o sobie znać w Europie. Zakłócenia w transporcie towarów przez Morze Czerwone i Kanał Sueski, skutkujące opóźnieniami w transporcie i znaczącym podbiciem jego kosztów niedługo będą przekładać się na ceny w sklepach - ostrzega brytyjski urząd statystyczny.

Na koniec spróbujmy zerknąć w inflacyjną szklaną kulę. Tam, gdzie patrzą ekonomiści, którzy przyznają, że coraz trudniej im prognozować co będzie działo się z cenami. Na razie prognozy są takie, że po chwilowym spadku z początku tego roku inflacja zatoczy kółeczko i rok skończymy na poziomie 6 procent. Wciąż ogromnym i wciąż bardzo dalekim od wspomnianych już dziś optymalnych poziomów. A te na stałe w gospodarce pojawiają się na horyzoncie pod koniec 2025, a może nawet dopiero w 2026 roku. Nam pozostaje tylko czekać.