Rachoń, Adamczyk, Kłeczek "wiedzą, co robią". Obrońcy TVP "naopowiadali niestworzone rzeczy"
Nowy rząd Donalda Tuska chce zrobić porządki w państwowych mediach. Jednak ustępująca władza stara się to opóźnić. Z pomocą przyszedł jej Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej. Nieoficjalnie podległy PiS organ wydał zabezpieczenie, które ma powstrzymać Skarb Państwa od czynności zmierzających do likwidacji spółek publicznej radiofonii i telewizji. Oznacza to, że Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Bartłomiej Sienkiewicz nie może ingerować w zarządy mediów publicznych do czasu rozpatrzenia wniosku przez TK. A to stanie się najwcześniej w styczniu 2024 roku.
To nie koniec ruchów w rzekomej obronie TVP. W czwartek przed siedzibą TVP Info w Warszawie odbył się protest "w obronie mediów publicznych". Prym wiedli w nim przede wszystkim pracownicy TVP. Anna Piekutowska, prowadząca "Popołudnie Radia TOK FM", zauważyła, że można było mieć pewne nieoczywiste deja vu podczas oglądania czwartkowego protestu. - Wygląda na wzorowany na manifestach w obronie demokracji. Mówi się dużo o niezależności dziennikarskiej, wolności słowa - wskazała Piekutowska.
Jej gość, dr Adam Szynol, ocenił, że to przemyślane działania. - Nie podejrzewam, żeby pan Michał Adamczyk, Michał Rachoń czy Miłosz Kłeczek nie wiedzieli, co robią. Tego mogą nie wiedzieć osoby starsze, które się tam zgromadziły. Naopowiadano im różne niestworzone rzeczy, że zabiorą im 'M jak miłość', 'Klan', że zabiorą im wszystkie ulubione seriale i teraz będzie cały czas o Niemcach. To jest po prostu paskudne - komentował medioznawca z Europejskiego Obserwatorium Dziennikarskiego Uniwersytetu Wrocławskiego.
Odnosząc się do zaangażowania Trybunału Konstytucyjnego w zablokowanie zmian w TVP, ocenił, że ta instytucja "zupełnie nie do tego służy". - Przecież pisowska władza nie była w stanie dojść do porozumienia w sprawie tak ważnej dla Polaków jak KPO, to dlaczego teraz TK ma być wyrocznią, ostatnim symbolem niezależności, pluralizmu i demokracji? To ociera się o groteskę - ocenił.
Powołanie zaś przez dyrektora TVP prokurenta, wcale eksperta nie dziwi. - Mam informacje z różnych źródeł, że taki był plan. Prokurent ma wskazać osoby, które będą zarządzały (telewizją). Jeżeli to pójdzie sprawnie i rzeczywiście prokurent wskaże osoby, które będą zaproponowane, tzn., że idziemy w dobrym kierunku i pan Mateusz Matyszkowicz (szef TVP-red.) dotrzymał dżentelmeńskiej umowy. Jeśli tak się nie stanie, będzie to przedłużanie agonii, szczucia, judzenia, półprawd, manipulacji i kłamstw - zdradza dr Adam Szynol.
Ekspert z Europejskiego Obserwatorium Dziennikarskiego przypomniał, że z dnia na dzień nie nastąpiły zmiany w telewizji publicznej po wyborach w 1989 roku. - Wybory były w czerwcu, a słynna zmiana "Dziennika" na "Wiadomości" nastąpiła dopiero w listopadzie. Minęło, jeśli dobrze liczę, pół roku. Ja bym się tak nie spieszył, zróbmy to spokojnie - przekonywał. - Jeśli czekaliśmy dwa miesiące na ten nowy rząd, to i przetrzymamy jeszcze tydzień czy dwa udawanej telewizji i radia - powiedział na koniec.