,
Obserwuj
Zachodniopomorskie

Wysłał pytania do spółki Skarbu Państwa i skończył przed sądem. "Po wyborach mam szereg obaw"

5 min. czytania
05.12.2023 11:20
- Wierzę, że da się w Polsce robić niezależne, rzetelne dziennikarstwo. Po wyborach mam jednak szereg obaw związanych z naszym zawodem - mówi Rafał Remont, lokalny dziennikarz ze Szczecina, który ponad sześć lat walczył przed sądem o - jak podkreśla - wolność słowa. Wysłał pytania do biura prasowego PGE, którymi zniesławiony poczuł się burmistrz Gryfina. Remont dwa razy został uznany za winnego. Dopiero Sąd Najwyższy przyznał mu rację.
|
|
fot. Archiwum prywatne

Rafał Remont przez lata był lokalnym dziennikarzem w województwie zachodniopomorskim. Pracował w portalu Obserwator Nadodrzański. Pisał artykuły na tematy dotyczące problemów lokalnej społeczności, w tym m.in. mieszkańców Gryfina.

W lutym 2017 roku wysłał e-mailem pytania do biura prasowego Polskiej Grupy Energetycznej. Dotyczyły burmistrza Gryfina Mieczysława Sawaryna (był działaczem Prawa i Sprawiedliwości) i jednocześnie członka rady nadzorczej PGE. Remont badał ewentualny konflikt interesów, bo Gryfino prowadziło różne rozliczenia z należącą do PGE elektrownią Dolna Odra. Dziennikarz chciał wiedzieć, czy łączenie obu funkcji nie jest problematyczne. W pytaniach wskazał m.in., że 'od dawna burmistrzowi zarzuca się działanie na szkodę gminy w związku z porozumieniami podatkowymi pomiędzy spółką a gminą'. Burmistrz Gryfina poczuł się zniesławiony i wysłał do sądu prywatny akt oskarżenia.

- Byłem tym zaskoczony - wspomina w rozmowie z TOK FM Rafał Remont. - Wysłanie aktu oskarżenia to nie jest forma wyjaśniania jakichkolwiek spraw. Spółka PGE miała możliwość udzielenia mi odpowiedzi, mają profesjonalnych rzeczników prasowych. Taką możliwość wyjaśnienia miał też burmistrz Gryfina. Jeśli poczuł się w jakikolwiek sposób urażony moimi pytaniami, miał też prawo zamieścić oświadczenie np. na stronach internetowych urzędu. Tu - w mojej ocenie - zabrakło chęci do rozmowy i do wyjaśnienia całej sytuacji - mówi dziennikarz.

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>

Sprawa przed sądami I i II instancji ciągnęła się prawie sześć lat. Rafał Remont dwukrotnie przegrał. W pierwszej instancji (w 2019 roku) sąd uznał go winnym zniesławienia burmistrza i skazał m.in. na tysiąc złotych grzywny. Sąd Okręgowy w Szczecinie w II instancji wyrok zmienił - ale również uznał dziennikarza winnym, zobowiązał go do przeprosin i warunkowo umorzył postępowanie na rok.

Sprawa ostatecznie trafiła do Sądu Najwyższego. Ten nie miał żadnych wątpliwości, że dziennikarz miał prawo wysłać pytania i oczekiwać odpowiedzi. Sąd wskazał, że w przypadku polityków prawo do ich krytyki jest większe niż w stosunku do innych obywateli. "Muszą wykazać większy stopień tolerancji, nawet wobec szczególnie ostrych ataków skierowanych przeciwko nim. Tego wymaga w szczególności prawo do otwartej i nieskrępowanej debaty publicznej, stanowiące jedną z podstawowych wartości państwa demokratycznego" - czytamy w uzasadnieniu wyroku.

Sąd Najwyższy uznał, że nie ma mowy, by - poprzez zadanie pytań - narażono burmistrza na utratę zaufania w oczach opinii publicznej. "Treść pytań i kontekst sytuacyjny w konfrontacji z całością zgromadzonego materiału dowodowego jednoznacznie wskazuje, iż zamiarem dziennikarza było pozyskanie informacji z innego źródła niż Urząd Miasta i Gminy Gryfino, a jego celem - wyjaśnienie nurtujących społeczność lokalną wątpliwości (...)" - podano w uzasadnieniu.

SN podkreślił też, że wolność wypowiedzi ma znaczenie fundamentalne i nie jest ważne, czy chodzi o lokalnego dziennikarza, czy np. blogera. Wskazał, że wolność "przysługuje w pełnym wymiarze każdej osobie, która realizuje zadania mediów publicznych i spełnia analogiczne funkcje dla debaty publicznej i kontroli społecznej - także blogerów czy internetowych komentatorów, nie wyłączając tzw. publicznych stróżów (public watchdog)".

"Dużo mnie to kosztowało"

Dziennikarz twierdzi, że "próbowano go stłamsić prawnie", ale ostatecznie - przy wsparciu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka - to jemu przyznano rację.

- Dużo mnie to kosztowało - nie kryje. - Tu nawet nie chodzi o jakieś kary finansowe, które miałem ponieść, ale o rozczarowanie polskim wymiarem sprawiedliwości. W moje ocenie taka sprawa powinna się zakończyć na pierwszym posiedzeniu sądu i to w kategoryczny sposób. Nie mówimy tutaj przecież o jakiejkolwiek publikacji, która miałaby kogoś zniesławić czy wskazać nieprawdę. Mówimy jedynie o tym, że dziennikarz - w tym przypadku ja - zadaje pytania po to, by rzetelnie przygotować swój artykuł. Bo dziennikarz ma przecież obowiązek pytać - tłumaczy Remont.

W czasie trwania sądowej batalii pan Rafał zrezygnował z dziennikarstwa, ale teraz - po wygranej - zdecydował się wrócić. - Wróciłem, gdy w Szczecinie powstało zupełnie nowe medium. Chcę kontynuować to, czym zawsze z pasją się zajmowałem. Chcę tworzyć niezależne i ciekawe teksty. Odpowiadać na pytania mieszkańców. Cieszę się, że wróciłem, bo praca w mediach zawsze była miejscem, w którym czułem się dobrze. Odczuwam też satysfakcję, że po tych blisko sześciu latach walki o wolność słowa udało się potwierdzić, że miałem prawo pytać - podkreśla nasz rozmówca.

Nie kryje jednak, że w czasie całej batalii miał chwile zawahania. - Przyznam: nie wierzyłem, że w Sądzie Najwyższym ta sprawa zakończy się dla mnie pozytywnie. Wiedziałem oczywiście, że racja jest po mojej stronie, ale jednak sądy w dwóch instancjach uznawały inaczej. Ta historia nauczyła mnie, że nie wolno się poddawać - mówi.

- Tego typu akty oskarżenia - nawet jeśli są uznawane za absurdalne - mogą wywoływać efekt mrożący - uważa Konrad Siemaszko, prawnik z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. - Dla większości z nas wydaje się oczywiste, że dziennikarze mają prawo zadawać pytania, a jednak w tej sprawie sądowa walka trwała prawie sześć lat. Wolność słowa, wolność wypowiedzi zwyciężyła, ale ile to pana Rafała kosztowało, wie tylko on sam - dodaje.

Przyznaje też, że ostatnie lata to próby mniejszych i większych zamachów na wolność słowa. To m.in. SLAPP-y (ang. strategic lawsuit against public participation) przeciwko dziennikarzom, czyli inicjowanie jednocześnie wielu procesów sądowych, które miały utrudnić dziennikarzom życie zawodowe i pracę nad kolejnymi tekstami. - Czasami bywało tak, że gdy rozmawialiśmy z dziennikarzami, to po pewnych tekstach oni sami spodziewali się, że będzie co najmniej kilka działań prawnych ze stron okołorządowych czy spółek Skarbu Państwa. Czasem były to postępowania wszczynane równolegle - i na drodze cywilnej, i karnej - opowiada Siemaszko.

Rafał Remont wierzy, "że da się w Polsce robić niezależne, rzetelne dziennikarstwo". - Dziś, po wyborach, mam jednak szereg obaw związanych z naszym zawodem. Dotyczą m.in. tego, by - po zmianach w mediach publicznych - nowy rząd nie miał pokusy bezwzględnego panowania nad nimi. To na pewno nie byłoby dobre. Media muszą mieć w sobie niezależność i prawo do krytykowania czy zadawania pytań wszystkim - i opozycji, i władzy. Stąd taka moja przestroga, by zwracać uwagę na pluralizm mediów, na to by były wolne i by dziennikarze mieli w nich swobodę pracy - podsumowuje Remont.