,
Obserwuj
Polityka

Szantaż myśliwych: ptaki za łosie. "Bulwersujące"

3 min. czytania
25.09.2025 19:17

"To kompromitacja Ministerstwa Rolnictwa" - tak plany dotyczące zmiany przepisów prawa łowieckiego ocenił w TOK FM prof. Rafał Kowalczyk. Ekspert podkreślił, że "dziką przyrodą się nie handluje".

Stefan Krajewski
Stefan Krajewski
fot. Marysia Zawada/REPORTER

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Czy jest jakiekolwiek uzasadnienie do odstrzału łosi?
  • Kiedy wprowadzono moratorium na odstrzał tych zwierząt?
  • Dlaczego myśliwi mają tak silną pozycję?

Minister rolnictwa Stefan Krajewski z Polskiego Stronnictwa Ludowego pod koniec sierpnia zgodził się na objęcie ochroną pięciu gatunków ptaków, do których do tej pory można było strzelać. Okazało się jednak, że teraz minister postawił warunek: pięć gatunków ptaków będzie chronione, jeśli myśliwi będą mieli możliwość odstrzału łosi.

- To jest bulwersujący szantaż ministra Krajewskiego. Dziką przyrodą się nie handluje - skomentował w audycji "OFF Czarek" prof. Rafał Kowalczyk z Instytutu Biologii Ssaków PAN w Białowieży. Jak podkreślił gość Cezarego Łasiczki, taki targ jest kompromitujący dla ministra rolnictwa, a środowisko przyrodników od dawna oczekuje, że liczba gatunków ptaków, na które poluje się w Polsce, zostanie zmniejszona.

Prof. Kowalczyk wyjaśnił, że jako członek zespołu ds. reformy łowiectwa przy Ministerstwie Klimatu i Środowiska zabiegał o to, żeby wszystkie ptaki zostały zdjęte z listy gatunków łownych. - Jest to wyłącznie polowanie rekreacyjne. Te ptaki nie mają żadnego znaczenia gospodarczego, nie powodują też dotkliwych szkód w rolnictwie, żeby ten odstrzał był uzasadniony - wytłumaczył ekspert, zwracając uwagę na szantaż myśliwych.

Myśliwi bez wykształcenia i przygotowania

Gość Cezarego Łasiczki podkreślił, że myśliwi w większości przypadków nie mają wykształcenia przyrodniczego i nie są przygotowani do zarządzania zasobami środowiska. - Inwentaryzacje zwierząt albo nie są w ogóle prowadzone, albo są prowadzone metodami nienaukowymi. To jest podstawą do planowania odstrzału, więc mamy to postawione na głowie - skomentował prof. Kowalczyk.

- Cały system nie zawala się dlatego, że myśliwi polują na częste gatunki, jak sarna, dzik czy jeleń - wskazał naukowiec. I przypomniał przykład łosia. - Polowania praktycznie doprowadziły do zagłady tego gatunku w latach 90-tych. Wprowadzono moratorium na odstrzał łosi w 2001 roku i od tamtego czasu populacja się odbudowuje - oświadczył prof. Kowalczyk. Jednak obecnie znów wraca pomysł na polowanie na te zwierzęta.

- Słyszymy o tym, że łosi jest za dużo, że powodują szkody i kolizje drogowe. To są ogólniki, bo tak naprawdę łosi w Polsce nie liczymy i nie wiemy, ile ich mamy - podkreślił naukowiec, dodając, że wzrost liczebności łosi odbywa się na terenach nowo zasiedlanych, na które zwierzęta wracają.

Uprzywilejowani myśliwi. "Dobrze lobbują"

W opinii prof. Kowalczyka powinniśmy odchodzić od strzelania rekreacyjnego. - Nie neguję potrzeby istnienia łowiectwa. Ja nie mam zaufania do myśliwych. Widzimy, jak często zdarzają się pomyłki, co rusz słyszymy o tym, że żubr został pomylony z dzikiem, wilk z jenotem, nie mówiąc o bardziej dramatycznych sytuacjach - wskazał ekspert. - Potrzebujemy nowego podejścia do łowiectwa i oparcia zarządzania zasobami przyrody na ewidencji naukowej - przekonywał gość TOK FM.

Prof. Rafał Kowalczyk podkreślił, że wszelkie zabiegi, żeby wprowadzić zmiany, spotykają się z oporem. - Myśliwi stali się grupą uprzywilejowaną, której nie dotyczą np. badania lekarskie - przypomniał ekspert. - To dobrze zorganizowana grupa, dobrze lobbują. Zresztą poluje również bardzo wielu polityków, parlamentarzystów z różnych partii politycznych - powiedział naukowiec.

A choć w środowisku myśliwych nie ma woli do zmian, to akceptacja dla łowiectwa nie tylko w Polsce, ale w Europie spada. - Potrzebne są zmiany, a w Polsce ciągle jest ogromny opór, czego wyrazem jest właśnie ta skandaliczna propozycja pana ministra rolnictwa, że oddamy ptaki, ale chcemy polować na łosie - wyjaśnił gość TOK FM.

Redakcja poleca

Kolizje z łosiami. Nie zawsze zwierzę jest winne

Jak wytłumaczył prof. Kowalczyk, kolizje z udziałem łosi to wynik tego, że ludzie wchodzą z zabudową i drogami do środowisk, gdzie żyją zwierzęta. - W ostatnich latach liczba kolizji, w których brały udział zwierzęta, jest w miarę stała. Liczba ofiar kolizji się zmniejsza - podał ekspert.

- Musimy pamiętać, że nie zawsze winę ponosi zwierzę, często ponosi ją człowiek: albo nie dostosowując prędkości do warunków, albo nie zwracając uwagi na oznakowanie o dzikich zwierzętach - podkreślił rozmówca Cezarego Łasiczki. Podał przykład wypadku na Lubelszczyźnie, gdzie dwie osoby poniosły śmierć w wyniku zderzenia z łosiem. - Okazało się, że auto jechało z zawrotną prędkością 180 km/h - wyjaśnił prof. Kowalczyk.

Źródło: TOK FM