Duda "wyrwał się do przodu". "Dostanie za swoje"
W przededniu 25 rocznicy przystąpienia Polski do Sojuszu Północnoatlantyckiego prezydent Andrzej Duda wygłosił w poniedziałek wieczorem orędzie w telewizji. Zdaniem prezydenta 'potrzebne są jednak kolejne odważne decyzje'. - W 2014 roku państwa Sojuszu zobowiązały się, że podniosą wydatki na cele wojskowe do 2 procent swojego PKB. Wojna w Ukrainie pokazała wyraźnie, że to Stany Zjednoczone są i powinny pozostać liderem w kwestii bezpieczeństwa w Europie i na świecie. Pozostałe kraje NATO muszą jednak również wziąć na siebie większą odpowiedzialność za bezpieczeństwo całego Sojuszu - intensywnie modernizować i wzmacniać swoje wojsko - powiedział prezydent.
Zdaniem Włodzimierza Cimoszewicza, byłego premiera i szefa MSZ, ten pomysł Andrzeja Dudy jest kompletnie chybiony. - Jak kiedyś słynny 'Fort Trump'. Prezydent nie konsultował tego z polskim rządem, a przy obecnym PKB Polski to ponad 30 mld zł do wydania rocznie. Duda nie dał też szansy polskiej dyplomacji do rozmowy na ten temat z sojusznikami z NATO - ocenił gość 'Wywiadu Politycznego'.
Karolina Lewicka, prowadząca audycję, przypomniała, że słowa Dudy dość szybko zostały skomentowane przez administrację USA. Wskazano, że najpierw trzeba rozmawiać z tymi członkami NATO, którzy nie przeznaczają 2 proc. PKB na obronność. - To taki język dyplomacji. (...) Andrzej Duda wyrwał się do przodu i to w sposób nieprofesjonalny. Tak się nie uprawia polityki. Pewnie dostanie za swoje. Sojusznicy europejscy, którzy nie płacą aż tyle, na pewno się do tego odniosą - podkreślił Cimoszewicz.
Sikorski "dał amunicję propagandzie"
Z drugiej strony, gość TOK FM krytykował też Radosława Sikorskiego. Szef MSZ, który poleciał z Donaldem Tuskiem do USA, kilka dni temu stwierdził, że w Ukrainie są żołnierze NATO. - Nie rozumiem tego, tak się nie postępuje - mówił gość TOK FM.
Przypomniał, że żołnierze NATO mogą przebywać w Ukrainie w związku ze szkoleniami czy obsługą skomplikowanego sprzętu. - Wszyscy, którzy znają się na wojnie widzą, że specjaliści z innych krajów muszą tam być. Jednak potwierdzanie tego publicznie, to jest dawanie amunicji propagandzie Kremla. Szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow i Władimir Putin to wykorzystają - wskazał były premier.