Dziewczynka, która prosiła o pomoc. "Ciociu, coś się wydarzyło"

12-letnia Kamila opowiedziała o molestowaniu. O sprawie dowiedziały się władze szkoły, policja, prokuratura, sąd rodzinny, centrum pomocy rodzinie. Ale Kamila musiała wrócić do domu, pod jeden dach z osobą, którą oskarża. Do tego samego domu, gdzie gościem bywa mężczyzna, którego dziewczynka także wskazuje jako sprawcę.
Zobacz wideo

Zdjęcia Kamili znalazłem na Facebooku. Ma dopiero 12 lat, choć wygląda na starszą. Wysoka jak na swój wiek, zazwyczaj uśmiechnięta. Część fotografii jest mocno retuszowana, a Kamila ma na nich mocny makijaż. Ale są też zdjęcia z pieskiem na rękach czy z koleżankami na trzepaku. Nic nie zdradza, że w życiu tego dziecka od miesięcy dzieje się coś złego.

W tym dramacie, poza samą Kamilą, występują jej matka i ojczym. Oprócz tego pan P., przyjaciel domu. Są też ciocia i wujek z innego województwa. Jest zaufana nauczycielka ze szkoły. I cała rzesza urzędników.

Kamila tak naprawdę nazywa się inaczej. Nie podam jej prawdziwego imienia, nie podam imion innych bohaterów ani nazwy żadnej miejscowości, nie zdradzę też, z jakiego województwa pochodzą ciocia i wujek. Nie chcę doprowadzić do ujawnienia tożsamości dziewczynki. Od początku nie miałem zamiaru rozmawiać też z samą Kamilą. W tym przekonaniu utwierdzili mnie psychologowie dziecięcy, którzy twierdzą, że o przypadku molestowaniu z dzieckiem nigdy nie powinny rozmawiać osoby bez przygotowania.

Do napisania tego tekstu ostatecznie przekonały mnie słowa Jolanty Zmarzlik z Fundacji "Dajemy Dzieciom Siłę". Jolanta Zmarzlik od kilkudziesięciu lat pomaga krzywdzonym dzieciom i jest jedną z najwybitniejszych ekspertek w tym zakresie. Poznała sprawę Kamili i przyznała, że to "dobra ilustracja" tego, co się dzieje w całym kraju. Nie wyjątek, raczej coś, co potwierdza regułę.

1.
Telefon zadzwonił w połowie czerwca. Kamila pytała ciocię z innego województwa, czy może przyjechać do niej na wakacje. Ciocia była mocno zdziwiona. Nie dlatego, że dziewczynka chce przyjechać, bo tak robią od kilku lat. Dziwiła się, ponieważ Kamila nigdy o nic nie prosiła, nie zabiegała sama z siebie. Zazwyczaj była wycofana, bez własnego zdania. Teraz nawet nie ukrywała, że ma dość awantur w domu, że chce uciec. Wtedy jeszcze nie wspominała o tym, że w lesie blisko domu coś się wydarzyło.

2.
Był wieczór, kilkadziesiąt godzin przed tym, jak Kamila zadzwoniła do cioci. Dziewczynka wracała do domu rowerem. Po drodze spotkała znajomego rodziców - pana P. Pan P. ma ponad 30 lat. Zaprowadził ją do pobliskiego lasku. Zbliżał się, dotykał, rozpinał jej bluzkę. Zaczęli się szarpać. Kamili udało się uciec. Następnego dnia opowiedziała wszystko swojej nauczycielce. Ta poinformowała dyrektora szkoły, a ten prokuraturę.

Pan P. próbował odkręcić sprawę. Kilka dni później Kamila wracała do domu autobusem. On też. Gdy wysiadła, zrobił to samo. Szedł za nią przez miejscowość, w której oboje mieszkają. Szedł i groził. Chwalił się, że ma znajomych w "kryminale". To miało ją przestraszyć, przekonać do wycofania się ze wszystkiego, co powiedziała.

Kolejnego dnia pan P. zmienił strategię. Ten sam autobus. Znów wysiadł za dziewczynką, ale tym razem proponował zapłatę za milczenie. Szedł za nią aż do domu. 12-latka uciekła do pokoju, po chwili przyszła do niej matka. Miała ją straszyć, że jeśli nie wyjdzie porozmawiać z panem P., to ona go tu wpuści. I tak siedzieli. Kamila przerażona, sama w pokoju, pan P. z jej rodzicami na dole.

Kamila nie wycofała się ze swoich słów. "Gdybym się wycofała, to oznaczałoby, że kłamałam. Ja nie kłamałam" - miała powiedzieć jednej z osób, które relacjonują nam przebieg wydarzeń. Twierdziła też, że nie ona jedyna miała przejścia z panem P., ale tylko ona odważyła się komuś o tym powiedzieć.

3.
Ciocia i wujek z innego województwa ucieszyli się, że Kamila przyjedzie. Na początku lipca pojechali po nią kilkaset kilometrów. Od czasu, kiedy kilka lat temu zabrali ją do siebie po raz pierwszy, wakacyjne wizyty Kamili stały się małą tradycją. Dla dziewczynki to była szansa na jakikolwiek wyjazd. Ciocia z wujkiem twierdzą, że chyba się jej podobało. Mogli poświęcić jej czas. Były też atrakcje, jak basen i nauka pływania, kino, wycieczki.

Dziewczynka przyjechała w niedzielę. W poniedziałek zaczęła się otwierać. Najpierw dużo mówiła o tym, co się działo w domu. Jak słyszała pod swoim adresem, że jest "jebanym bachorem", że ma "wyp...ć z domu". Opowiadała o jednej wielkiej awanturze. Ojczym najpierw kupił jej kufer z kosmetykami, potem wrzeszczał na nią, że się maluje. Często pił. Wtedy dochodziło do scen.

Ciocia z innego województwa nie musiała nawet specjalnie wypytywać. Kamila mówiła coraz więcej i więcej. Chyba nie do końca świadoma wagi tego, o czym opowiada, zaczęła relacjonować, co robił ojczym. Zbliżał się do niej i pytał, czy wie, co to jest orgazm. Zwracał jej uwagę, że "chłopakom zależy tylko na jej cyckach i dupie". Gdy o tym mówił, dotykał jej. Matka podobno widziała. Raz pogoniła go z pokoju dziewczynki i na tym się skończyło. Gdy ciocia dopytywała, czy to naprawdę tak wyglądało, dziewczynka odpowiedziała: "Ciociu, to się naprawdę wydarzyło".

4.
We wtorek rano ciocia poszła do najbliższego komisariatu. Zgłosiła sprawę. Najpierw usłyszała sugestie, że przecież dziewczynkom często się zdarza takie rzeczy wymyślać. Ale potem przyjechała policjantka. Widać było, że jest przeszkolona z przyjmowania takich zgłoszeń. Ciocia opowiadała, co wie, a ona cierpliwie słuchała. W końcu padło zapewnienie, że sprawą się zajmą.

Ale dla cioci to było za mało. Uznała, że teraz trzeba zabezpieczyć dziecko. Prosto z komisariatu poszła do PCPR-u - powiatowego centrum pomocy rodzinie. To instytucja podlegająca władzom powiatu, która zajmuje się wszystkim, co związane z rodziną - z kryzysem w rodzinie, z zabezpieczeniem dzieci, często z prowadzeniem placówek opiekuńczych. Ciocia wyszła stamtąd zbudowana. Potraktowali sprawę poważnie. Dwie urzędniczki wysłuchały każdego jej słowa, były wyjątkowo empatyczne.

5.
Po wizycie w PCPR-ze ciocia była zbudowana, czuła, że nie jest sama. Ale nie przestawała działać. Złożyła do sądu wniosek o ustanowienie jej rodziną zastępczą dla Kamili. Sąd myślał kilka dni i wymyślił, że nie będzie się sprawą zajmował. Uznał, że powinien to rozpatrywać sąd w miejscu zamieszkania dziecka. Zapakował dokumenty w kopertę i posłał w Polskę.

Urzędniczki z PCPR-u też uznały, że skoro już wiedzą o sprawie, muszą działać. Złożyły wniosek o zabezpieczenie dziecka. Wniosek trafił do tego samego sądu i wydziału, co sprawa cioci. Zatem znów, nie ta właściwość, więc kolejna koperta i wysyłka w Polskę, do innego sądu.

Koperty wędrowały, a w sytuacji Kamili nic się nie zmieniało. Nikt z sądu czy policji nie odpowiadał na pytanie, co teraz stanie się z dziewczynką i jak będą wyglądały kolejne dni. Nikt nie pytał, jak jej pomóc.

Czy sąd postąpił zgodnie z prawem? Oczywiście. Czy mógł postąpić inaczej? Zdecydowanie tak.

Art. 569. § 1. Właściwy wyłącznie jest sąd opiekuńczy miejsca zamieszkania osoby, której postępowanie ma dotyczyć, a w braku miejsca zamieszkania - sąd opiekuńczy miejsca jej pobytu. Jeżeli brak i tej podstawy - właściwy jest sąd rejonowy dla m.st. Warszawy. § 2. W wypadkach nagłych sąd opiekuńczy wydaje z urzędu wszelkie potrzebne zarządzenia nawet w stosunku do osób, które nie podlegają jego właściwości miejscowej, zawiadamiając o tym sąd opiekuńczy miejscowo właściwy.

Sędzia Dorota Hildebrandt-Mrowiec, szefowa Stowarzyszenia Sędziów Rodzinnych w Polsce: "W takiej sytuacji sąd może wydać zarządzenia tymczasowe i poinformować o tym sąd właściwy ze względu na zamieszkanie dziecka". Sędzia dodaje, że kluczowe jest rozumienie sformułowania "wypadki nagłe".

Czy to była sytuacja nagła? Pokazuje to dalsza część tej historii, jakże przewidywalna.

6.
W piątek, pięć dni po przyjeździe Kamili, do cioci z innego województwa zadzwoniła matka dziewczynki. Już wiedziała, że ciocia była na policji, że oskarżenia padają także pod adresem ojczyma. "Kamila ma wracać do domu. Do środy ma być na miejscu". Matka nie chciała słyszeć żadnych tłumaczeń. Krzyczała. Przekonywała, że Kamila zmyśla, że dziewczynka jest zepsuta, że "to jest złe dziecko".

Ciocia nie miała zamiaru dziewczynki porywać ani ukrywać. Odwiozła ją tak, jak chciała matka. Na dworcu kolejowym widziała ją po raz ostatni. Niemal od razu straciła z nią kontakt, bo matka i ojczym zabrali dziewczynce telefon. Dzień po powrocie Kamila nie wytrzymała. Wezwała policję. Mówiła, że w domu są awantury. Następnego dnia wymknęła się i z telefonu zaufanej nauczycielki napisała o wszystkim cioci. Podobno policja przyjechała, zapytała, czy jest dobrze, czy dziewczynka jest trzeźwa. I odjechała.

Następnego dnia ciocia z innego województwa znów zadzwoniła na policję. Ale tym razem do komisariatu najbliżej miejsca zamieszkania Kamili. Prosiła, żeby sprawdzili, co z dziewczynką. Martwiła się. Usłyszała, że jeśli ma informacje o bezpośrednim zagrożeniu zdrowia lub życia, to powinna dzwonić na 112. Jeśli nie ma takich informacji, to niech czeka, aż organy ścigania zrobią swoje. Czekała.

Co się dzieje w kolejnych dniach w domu Kamili? Nie wiemy. Nie ma z nią kontaktu. Zaufana nauczycielka dziewczynki dostała od matki zakaz ułatwiania kontaktów z ciocią. Nauczycielka chyba nie chce nerwowych sytuacji, więc posłuchała. Od połowy lipca przez kolejnych kilka tygodni Kamila jest zamknięta z ojczymem i matką w domu, w którym gościem bywał pan P.

7.
Jolantę Zmarzlik pytam, czy w takiej sytuacji jest szansa, że sprawę w ogóle uda się wyjaśnić, zweryfikować opowieść Kamili. - Jest wielce prawdopodobne, że nigdy nie dowiemy się, czy tam rzeczywiście doszło do molestowania - odpowiada Zmarzlik. I mówi coś bardzo ważnego, co każe na tę i podobne sprawy spojrzeć z innej strony: wobec świata dorosłych dziecko jest za słabe. Jak to rozumieć? Że zgłoszenie od dziecka najczęściej nie wystarcza, by dorośli w nie uwierzyli. Jolanta Zmarzlik jest zdania, że ta i inne sprawy dowodzą jednego: robimy wszystko, by przypadkiem nie skrzywdzić dorosłego. Dlatego z gruntu wątpimy w słowa dziecka.

8.
Prześledźmy, jak w tej sprawie działały służby i instytucje. Zacznijmy od policji, od komisariatu w innym województwie. Tego, w którym ciocia zgłosiła sprawę i gdzie rozmawiała z cierpliwie słuchającą jej policjantką. Jej zeznania przekazano na komisariat w miejscu zamieszkania dziewczynki. Gdy ciocia tam zadzwoniła, usłyszała, że sprawa dotarła, ale jej zeznania trzeba uzupełnić, więc lada dzień powinna dostać wezwanie na kolejne przesłuchanie.

Tu zaczęło się coś, co ciocia sama określa jako "kabaret". W skrócie: obie jednostki policji miały spory problem z komunikacją. Jedni nie mogli wysłać pytań, drudzy nie mogli ich odebrać. Jednym razem policjantka miała wolne, innym - coś się im popsuło. Do ponownego przesłuchania cioci doszło dopiero 29 lipca. Ta procedura zajęła więc ponad trzy tygodnie.

9.
W połowie sierpnia zadzwoniłem na komisariat najbliżej domu Kamili. Pytałem o sprawę dziewczynki, o to, na jakim jest etapie. Potwierdzili, że prowadzą czynności na polecenie prokuratury, ale nic nie mogą powiedzieć. Bo to delikatna sprawa. Zadzwoniłem do prokuratury, która pierwsze informacje dostała ze szkoły Kamili. Byli dość otwarci, ale też nie mieli wiele do powiedzenia. Bo sytuacja się skomplikowała.

Po pierwsze, prokurator, którego początkowo wyznaczono do tej sprawy, podjął pewne kroki, ale zaraz potem odszedł do innej jednostki. Trzeba było sprawę przekazać komuś innemu. Po drugie, kiedy pojawiło się zawiadomienie od cioci z innego województwa, okazało się, że trzeba odstąpić od przesłuchania dziewczynki. Chodzi o to, że jeśli sprawcą może być ktoś z rodziny, należy powołać tzw. kuratora procesowego. Ten w postępowaniu karnym będzie reprezentował interesy pokrzywdzonej.

2 września udało mi się skontaktować z prokuratorem referentem. Mówił, że sprawę dostał kilka dni temu. Twierdził, że ma swoje przemyślenia i zapewniał, że chce działać tak szybko, jak tylko się da. Postępowanie, które prowadzi, nie dotyczy tylko molestowania, ale również znęcania się nad dziewczynką. Ale - przynajmniej na razie - nie przeciwko komuś, tylko w sprawie. 

To było ponad dwa i pół miesiąca po tym, jak prokuratura dowiedziała się o zajściu w lesie. Przez cały ten czas nikt Kamili nie przesłuchał.

10.
Dzwonię do sądu rodzinnego najbliżej miejsca zamieszkania dziewczynki. Tego, do którego w końcu trafiły koperty z dokumentami z innego województwa. W sekretariacie odbiera przemiła pani, która na dzień dobry rzuca, że ona nic nie może dziennikarzom powiedzieć. Nic a nic. Bardzo chce za to wiedzieć, o jaką sprawę mi chodzi. Podaję nazwisko Kamili. - Tak myślałam - odpowiada i dodaje, że nic się jeszcze nie dzieje w tej sprawie. Jakby się działo, to by wiedziała. Dodaje oczywiście, że nic nie może powiedzieć, po czym zaznacza, że akta leżą u sędziego na biurku, ale już nic więcej się od niej nie dowiem. No, może oprócz tego, że sprawa wygląda dość poważnie, dlatego wcale jej nie zdziwiło, że media się interesują.

Wiadomo, że sąd wysłał do domu Kamili kuratora. Sama decyzja zapadła dość szybko, ale niestety kurator trafił pod zły adres. Zapukał do poprzedniego miejsca zamieszkania matki Kamili. Zaczęło się więc ustalanie adresu, który znali wszyscy - oprócz sądu i kuratora. W końcu się udało.

W drugiej połowie września sąd rozpatrzy wniosek cioci z innego województwa. Na posiedzeniu zdecyduje, czy Kamila trafi do rodziny zastępczej.

11.
Została nam jeszcze szeroko pojęta pomoc społeczna. Dzwonię więc do PCPR-u, do którego trafiła ciocia z innego województwa. Od razu czuć, że żyją sprawą i trochę nie mogą pogodzić się z tym, że nic więcej nie są w stanie zrobić. Oprócz tego, że złożyli wniosek do sądu, napisali też do opieki społecznej w miejscu zamieszkania Kamili. Tam zaczął działać asystent rodziny. Co ważne, jeszcze kiedy Kamila była u cioci, załatwili psychologa, który zdążył porozmawiać z dziewczynką przed jej powrotem do domu.

Specjaliści z centrum pomocy rodzinie oczywiście nie zdradzają szczegółów, ale po moich zapewnieniach, że nikt nie pozna tożsamości dziewczynki, zgadzają się podzielić opinią. Ich zdaniem Kamila potrzebuje natychmiastowej pomocy. Jest w złym stanie psychicznym, nie rozwija się dobrze. Mówią, że to przerażone dziecko, które poprosiło o pomoc i jej nie otrzymało. Nie chcą wyrokować, czy doszło do molestowania, ale wiedzą, że działo się coś złego. Że problem jest szeroki i bardzo złożony.

12.
Jolanta Zmarzlik: "To jest tak, jakby dorosła osoba zawiadomiła policję, że w domu doświadcza przemocy. Oni powiedzieliby, że zapisali. Sprawdzą, czy w domu ktoś siedzi z nożem i rzuca siekierami, ale na razie proszą, żeby spokojnie wracać do domu. Dorosły ma wyjście, może uciec od tej sytuacji. Przenocuje u koleżanki, a nawet w schronisku dla bezdomnych. A dziecko takich czynności nie podejmie. Myśli więc sobie: nie ma po co więcej o tym mówić. Powiedziałam, co się zadziało, jestem przerażona i nikt nie stoi po mojej stronie. Trzęsienie ziemi się zaczęło i nie ma ucieczki z tego trzęsienia. Kto mi teraz pomoże? Muszę być z tymi ludźmi, patrzeć na nich. Oni są wściekli, są niezadowoleni. Źródłem tego zdenerwowania jest to dziecko, więc ma robione "pranie mózgu", żeby odwołało to, co zeznało. Metody są różne - raz bata, raz marchewki. Albo się dziecko zastrasza, albo się mu coś obiecuje w zamian za milczenie". Doświadczona terapeutka dodaje, że mimo wielu lat w zawodzie ciągle nie wie, co wpływa na organy ścigania, które raz działają sprawnie, a innym razem tego typu sprawy ciągną się nawet latami. 

Fundacja "Dajemy Dzieciom Siłę" przystąpiła do postępowania prokuratorskiego i stała się amicus curiae czyli przyjacielem sądu. W praktyce nie daje im to jednak żadnych większych uprawnień.

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM