Wybory kopertowe. Morawiecki przed komisją śledczą
Były premier Mateusz Morawiecki stawił się w czwartek przed sejmową komisją śledczą ws. wyborów kopertowych. Przed obradami komisji Morawiecki zorganizował konferencję prasową, na której oświadczył: Przygotowanie wyborów prezydenckich było naszym obowiązkiem konstytucyjnym; musieliśmy w tym czasie zorganizować wybory i najlepszą metodą były wybory korespondencyjne.
Przed rozpoczęciem obrad
- Czy mieliśmy prawo sądzić, że skoro opozycja głosuje bardzo szybko w Sejmie i Senacie za przyjęciem ustawy o głosowaniu korespondencyjnym dla wszystkich będących w kwarantannie i dla wszystkich po 60. roku życia, czyli dla około 10 milionów polskich obywateli, że sześć dni później napotka to na obstrukcję, na świadomie rzucane kłody pod nogi, żeby zakłócić proces legislacyjny? - pytał Morawiecki podczas konferencji prasowej.
Jego zdaniem, odpowiedzią są wyniki kandydatki KO w wyborach prezydenckich Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. - Wówczas sondaże zaczęły dramatycznie dołować do poziomu 4-6 proc., co groziło rozpadem KO - stwierdził.
Były premier powiedział, że organizował spotkania w swojej kancelarii z przedstawicielami Lewicy, PSL i KO w sprawie organizacji wyborów. Ocenił, że jedni byli nastawieni na 'ciasny partyjny interes', a drudzy 'krytykowali, ale konstruktywnie'. - Widać było różnice w zachowaniu - dodał.
Morawiecki zapewnił, że rząd musiał w tym czasie zorganizować wybory, dlatego uznał, że najlepszą metodą będą wybory korespondencyjne. - Przygotowanie wyborów było naszym absolutnym obowiązkiem nie tylko dlatego, że marszałek Sejmu ogłosiła, że wybory prezydenckie odbędą się 10 maja, ale taki jest obowiązek konstytucyjny - podkreślił.
Pierwsze spięcia
Na początku obrad poseł Mariusz Krystian z PiS złożył wniosek o wykluczenie z obrad przewodniczącego Dariusza Jońskiego, ale wniosek został odrzucony. Premier Morawiecki na początku obrad nie poprosił o umożliwienie mu swobodnej wypowiedzi. Gdy zawnioskował o to, już po pierwszym pytaniu zadanym przez Dariusza Jońskiego wniosek został oddalony.
Już przy pierwszych pytaniach doszło do spięć między Jońskim a Morawieckim. Ten pierwszy domagał się konkretnych odpowiedzi, a były premier mówił o tendencyjności pytań, czy protestował przeciwko wyłączaniu mu mikrofonu słowami: 'Panie przewodniczący, to nie jest "Familiada", proszę nie wyłączać guziczka.'
Przewodniczący komisji Dariusz Joński wielokrotnie wyłączał mikrofon świadka, gdy ten zmieniał temat, bądź obrażał członków komisji (tak było to przez nich określane). Morawiecki został za to również oficjalnie upomniany.
Morawiecki nie potwierdził wersji Kamińskiego
Emocje zdecydowanie uspokoiły się, gdy zadawanie pytań przejął wiceprzewodniczący komisji Jacek Karnowski, który zaczął zadawać bardzo szczegółowe pytania na temat spotkań. Premier Morawiecki zaś niemal przy każdym pytaniu nie potrafił podać konkretów, detali czy bezpośrednio odpowiedzieć na pytanie.
Kolejny z przesłuchujących wiceprzewodniczący komisji Bartosz Romowicz z Polski 2050 spytał byłego premiera o spotkanie w willi na Parkowej, o którym podczas wcześniejszych obrad komisji mówił poseł Michał Wypij. Zeznał on, że podczas spotkania były minister Mariusz Kamiński, "miał wpaść w furię" i grozić Wypijowi. Wypij twierdził, że podczas tego spotkania nie było Morawieckiego, tymczasem Kamiński broniąc się przed tymi zarzutami, mówił o tym, że premier był przy tej rozmowie. Morawiecki w ogóle nie potrafił przypomnieć sobie tamtego spotkania z posłem Wypijem.
Po pierwszych trzech seriach pytań, które trwały 90 minut przewodniczący komisji Dariusz Joński nie potrafił powstrzymać się od złośliwości. - Słuchałem pana odpowiedzi i to film 'Kłamczucha' przypomina, niż 'Familiadę' - powiedział.
Kolejny z zadających pytania poseł Waldemar Buda z PiS dziękował premierowi za jego walkę z COVIDEM, a jednym z jego pytań było:. "Czy ma pan wrażenie, że ta komisja to kompromitacja?". Pytanie zostało uchylone przez przewodniczącego komisji Jońskiego.