,
Obserwuj
Polityka

Kulisy pracy fotografa Andrzeja Dudy. "Byłem w trybie czuwania"

9 min. czytania
05.08.2025 10:01
"Mieliśmy jakąś relację. Nie byłem po prostu kolejnym współpracownikiem, przysłanym przez kogoś z biura. Kojarzył mnie i - co najważniejsze - ufał mi. Kilkukrotnie z nim o tym rozmawiałem. Nawet jeśli fotografowałem pozornie zwyczajne sytuacje - wiedział, że z mojej perspektywy może to wyglądać zupełnie inaczej. Jeżeli ktoś z otoczenia organizacyjnego chciał mi to utrudniać, wiedział, że zawsze mogłem się odwołać do najwyższej instancji" - pisze Jakub Szymczuk w książce "Fotograf prezydenta".
|
|
fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Wyborcza.pl

Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Fotograf prezydenta" autorstwa Jakuba Szymczuka, która ukaże się 3 września 2025 roku nakładem Wydawnictwa Niebieskiego.

Szef

Kolejna duża część naszej pracy to wyjazdy zagraniczne, które koordynuje Biuro Polityki Międzynarodowej. To oni w porozumieniu z protokołem dyplomatycznym z MSZ wpisują wszystko do białej "książeczki" - tak mówi się na to w kancelarii. To agenda wyjazdu, przewodnik dla każdego członka delegacji. Wszystko jest tam rozpisane, godzina po godzinie. Tam mieliśmy zaznaczone po kolei, co mamy fotografować i o jakich godzinach, gdzie jest kolumna, a gdzie nasz samochód, jak mamy przejechać i gdzie śpimy, o której godzinie wstajemy, o której mamy śniadanie, ile mamy czasu wolnego, jeżeli w ogóle go mamy. Wtedy pojawia się w "książeczce" magiczna formuła: "czas do dyspozycji własnej". Klasyczny wpis (bez względu, czy była to wizyta wyjazdowa, czy krajowa) wyglądał mniej więcej tak:

12:00 Przejście Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Pana Andrzeja Dudy i Prezydenta Republiki X Pana Przykładowskiego - Sala Biała im. L. Kaczyńskiego.

Format: 1 + 0; Języki narodowe; Tłumaczenie konsekutywne; Obecność tłumaczy; Photo opp. na początku spotkania.

UWAGA: o godz. 12.05 Małżonka Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Pani Agata Kornhauser-Duda i Małżonka Prezydenta Republiki X, Pani Przykładowska rozpoczynają program odrębny.

12.55 Zakończenie spotkania - czas do dyspozycji własnej.

13.00 Spotkanie z przedstawicielami mediów. Sala Kolumnowa Scenariusz: - oświadczenie Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Pana Andrzeja Dudy - oświadczenie Prezydenta Republiki X, Pana Przykładowskiego.

Spotkanie moderuje Dyrektor Biura Prasowego w Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Pani Diana Głownia, Języki narodowe, Tłumaczenie konsekutywne.

13.30 Zakończenie spotkania.

Z tym czasem wolnym często robiliśmy sobie żarty, bo przerwy bywały bardzo krótkie - liczone w minutach. Co można zrobić przez trzy minuty, stojąc na korytarzu w pilnie strzeżonym tureckim wieżowcu, tuż obok siedziby ONZ w Nowym Jorku, gdzie na samej górze Erdogan przyjmuje głowy państw? Może tylko szybka toaleta, jak mówiliśmy - "bezdwójkowa". Trzeba uczciwie przyznać, że bywały też dłuższe przerwy - czasem nawet kilka godzin. Dla fotografa były one jednak tak rzadkie, że dziś trudno mi sobie przypomnieć choćby jedną konkretną.

Kiedy prezydent wyjeżdżał za granicę, w zasadzie cały czas był "w oficjalnym trybie". Poza jakąś kolacją z ambasadorem czy spotkaniem z najbliższymi współpracownikami musiałem być gotowy fotografować wszystko. Nawet jeśli zdarzyło się, że szef wyszedł na spacer, czasami starałem się wykorzystać okazję. Taki moment był dobry, żeby zrobić zdjęcia, które będą budować jego wizerunek, opowiadać o nim jakąś ludzką historię.

'Fotograf prezydenta', Jakub Szymczuk
'Fotograf prezydenta', Jakub Szymczuk
Wydawnictwo Niebieskie

Tak właśnie o nim mówiliśmy - "szef". Zwłaszcza w delegacjach. To był taki dobry, niepisany zwyczaj. Chodziło o to, by w hotelu, restauracji czy późnym wieczorem, po zakończeniu pracy - na piwie - nie rzucać się w uszy innym. "Szef był dziś w dobrym nastroju", "szef przyjechał", "szef się wkurzył". Do dziś mówię o nim właśnie w ten sposób. Weszło mi to w krew.

Szukając tych chwil pomiędzy oficjalnymi spotkaniami - zwłaszcza na początku - nie odstępowałem szefa ani na krok. Każda sytuacja była dla mnie okazją, by uchwycić go w momencie mniej oficjalnym, pokazującym jego naturalną twarz. Widziałem ją często, ale nie tak łatwo było ją uchwycić. Dla fotografa to ogromny wysiłek - fizyczny i psychiczny.

Nie dość, że musiałem być obecny na prawie każdym punkcie zapisanym w książeczce, na wszystkich spotkaniach, czekać, aż rozmowy się zakończą - to gdy tylko drzwi się otworzyły, wchodziłem, robiłem serię zdjęć, potem biegiem do kolejnego punktu, żeby być tam chwilę wcześniej i zdążyć uchwycić wejście oficjeli. Potem następne spotkanie. Powitanie, uścisk dłoni, moment spojrzenia. Znów czekanie, by za chwilę szybko pobiec do kolumny samochodowej, bo trzeba być na miejscu, zanim przyjedzie prezydent. On nie może czekać.

Między tym wszystkim byłem nieustannie w trybie czuwania. Głowa pracowała bez przerwy. Ciągłe poszukiwanie. Nieustanne przewidywanie. Wieczne analizowanie. Kadrów, ustawień, twarzy, emocji, ruchów, spojrzeń. Nigdy nie wiedziałem, kiedy wydarzy się coś istotnego - drobny gest, spojrzenie, wyciągnięta dłoń, które będą syntezą całej wizyty, obrazem znaczącym więcej niż sto słów. Czymś, co sprawi, że pan Jan z Łaz czy pani Alicja z Warszawy zobaczą to zdjęcie i pomyślą: "Super ten nasz prezydent". Nawet jak go nie lubią, może chociaż powiedzą: "Beznadziejny jest, ale zdjęcia ma dobre". Jednocześnie przeczytają, że jest dopięta umowa na nowe czołgi. To jeden z najważniejszych celów całej tej roboty fotografa.

To nie tylko polowanie na gesty. Z reguły również nie wie się, jak będzie wyglądał następny korytarz w kolejnym senacie czy sala konferencyjna w jakimś pałacu. Czy światło będzie padać z boku, czy z góry? Ciepłe czy zimne? Może będzie ciemno. Pomieszczenie będzie ciasne czy przestronne? Gdzie staną prezydenci, gdzie goście, ilu będzie dziennikarzy, czy zdążyli już zająć najlepsze miejsca? Jeśli tak, to czy dam radę się wcisnąć między nich bez awantury? Może będę musiał się z kimś siłować łokciem o pół metra kwadratowego. Czasu jest tak mało, że nad takimi pytaniami nie można się zastanawiać. Trzeba reagować intuicyjnie. Najważniejsze jest jedno - czy uda się zrobić czyste, proste, czytelne zdjęcie. Bez tabunu ochroniarzy, bez przypadkowych delegatów, bez ludzi, którzy nie powinni się tam znaleźć - a dziwnym trafem prawie zawsze się znajdowali.

Ten chaos to nie tylko tło. To jest rzeczywistość. Musiałem nauczyć się to czytać i wybierać najbardziej harmonijne fragmenty. Nimi opowiedzieć historię. Jasną, uniwersalną i ponadczasową. Dla pani Alicji i pana Jana.

Jednym ze zdjęć, które powstały w ten sposób, jest portret szefa z Davos. Akurat zachodziło słońce. Kończył się ciężki, ale dobry dzień. Nie pamiętam dlaczego - co udało się załatwić - ale prezydent był w bardzo dobrym humorze. Szef, wychodząc z budynku, zatrzymał się przy otwartych drzwiach pancerki i wyjął telefon, żeby zrobić urokliwą, zimową panoramę miasta. Często robił w takich chwilach zdjęcia. Kiedyś powiedział, że wysyła je Kindze. Zawsze wtedy myślałem, że fajnie mieć taką relację z córką. Widząc tę błogą, oblaną różowym światłem sytuację, ruszyłem sprintem w jego stronę, starając się nie poślizgnąć na skutym lodem chodniku. Krzyknąłem: "Panie prezydencie, ale światło! Zrobiłbym zdjęcie!" On, już wsiadając do samochodu, powiedział z uśmiechem: "To robimy!". Oparł się o drzwi samochodu tak jak stał, a ja nacisnąłem spust migawki. Tyle. Wyszło bardzo naturalnie, bo to była naprawdę sympatyczna chwila. Szybko opublikowałem zdjęcie na swoich social mediach. Chciałem, żeby nie wszystko wychodziło oficjalnie, tylko i wyłącznie z urzędowych profili. Niejednokrotnie było to krytykowane przez pojedynczych członków kierownictwa. Zupełnie nie rozumieli, jakie to ma znaczenie. Jak bardzo komunikacja kancelarii zyskała przez to na autentyczności (a zasięgi były czasami nieporównywalnie większe). Na szczęście, wbrew nim, miałem na to pełną zgodę prezydenta. Rozumiała to również większość pracowników kancelarii, od których miałem wsparcie - to też było bardzo ważne.

Tego samego wieczoru, 24 stycznia 2018 roku o 22:55, Wirtualna Polska na głównej stronie umieściła nagłówek: "Niezwykłe zdjęcie Andrzeja Dudy. Takiego prezydenta jeszcze nie widzieliśmy". Za wp.pl ruszyła lawina cytatów, największe tytuły pokazały to proste, luźne zdjęcie z opisem: "Dzisiaj był intensywny i udany dzień :) Na zakończenie piękny zachód słońca w Davos. Dla mnie podwójnie udany, bo zakończony dobrym zdjęciem".

Udało się osiągnąć to, co było moim najważniejszym celem - by odbiorcy chcieli oglądać te zdjęcia. Dzięki temu odbierali również nasz komunikat.

To, że mogłem w ogóle realizować tak postawiony cel, wynikało również z mojego wcześniejszego kontaktu z prezydentem. Mieliśmy jakąś relację. Nie byłem po prostu kolejnym współpracownikiem, przysłanym przez kogoś z biura. Kojarzył mnie i - co najważniejsze - ufał mi. Kilkukrotnie z nim o tym rozmawiałem. Nawet jeśli fotografowałem pozornie zwyczajne sytuacje - wiedział, że z mojej perspektywy może to wyglądać zupełnie inaczej. Jeżeli ktoś z otoczenia organizacyjnego chciał mi to utrudniać, wiedział, że zawsze mogłem się odwołać do najwyższej instancji. Chyba nigdy tego nie zrobiłem. Nigdy, pisząc wprost, na nikogo nie nakablowałem. Natomiast już sam fakt, że miałem taką ścieżkę, był wystarczający, żeby mieć odpowiedni komfort pracy.

Ta relacja owocowała wieloma świetnymi zdjęciami - na przykład z żołnierzami w bazie Bagram. Słynne zdjęcie: prezydent je, oparty o strukturę obronną z worków. Udawało się wprowadzać do tej prezydenckiej fotografii element ludzki. Trzeba jednak podkreślić, że to nie zależało wyłącznie od fotografa, ale również od osoby fotografowanej i całego współpracującego z nią otoczenia. Często powtarzam - fotograf nie czarodziej. Jak się coś nie dzieje, nie da się tego sfotografować. Brzmi jak truizm, ale to wcale nie jest takie oczywiste.

Dotyczy to zarówno fotografa, jak i operatora kamery czy specjalisty od social mediów. Kiedy nie patrzy się na nich tylko jako na zło konieczne, na pracowników, którzy plączą się pod nogami i ciągle czegoś chcą, ale jako na jedyne połączenie z obywatelami, wyborcami, odbiorcami polityki czy innej działalności - komunikacja nabiera innej jakości.

Zwłaszcza jak się jest głową państwa, pierwszym obywatelem. Trzeba wtedy mieć świadomość, że wszystko, co się robi w trakcie oficjalnych wydarzeń, robi się dla obywateli. Warto im pokazać, że nie wszystko - nawet w tych wydarzeniach - jest tak bardzo oficjalne, sztywne i pompatyczne. Politycy to też ludzie, tacy sami jak my. Identyczni. Kolejny banał, o którym mimo wszystko trzeba przypominać.

Zdarzało się, że role się odwracały i to prezydent pokazywał, że za aparatem też jest człowiek. Pierwsze zdjęcie Andrzej Duda zrobił mi telefonem, kiedy w Afganistanie - w bazie Bagram - przesiedliśmy się do Rosomaka. Wysłał mi je (mieliśmy do siebie numery, czasem był potrzebny taki szybki kontakt, chociaż korzystałem z tej możliwości rzadko). Wrzuciliśmy nawet to zdjęcie na stronę, opisując w dolnym rogu, zgodnie z regulaminem - fot. Andrzej Duda/KPRP. W końcu, w pewnym sensie, też jest pracownikiem kancelarii. Podobne sytuacje się powtarzały, to były zwykle takie luźne momenty. Inne moje zdjęcie autorstwa prezydenta powstało na okręcie wojennym, w trakcie oglądania meczu Polska - Kolumbia na Mistrzostwach Świata (sromotnie przegraliśmy). Tych późniejszych zdjęć już nie publikowaliśmy. To pierwsze było pierwsze, mówiło coś nowego o prezydencie. Kolejne mam zapisane w odebranych SMS-ach. Na pamiątkę.

Takie momenty pokazywały naszą relację, ale nie przesadzaliśmy z tym. Nie wyglądało to tak jak na przykład u Soazig de la Moissonnière, fotografki Emmanuela Macrona. Ona czasem robi mu takie zdjęcia, gdy on w pokoju hotelowym, na niezaścielonym łóżku, bez skarpetek siedzi i czyta jakieś dokumenty. Świetne zdjęcie, ale to znaczy, że ona wchodzi w sytuacje bardzo prywatne, osobiste. Z jednej strony pokazuje, że on cały czas pracuje. Z drugiej - dla mnie jest to przekroczenie pewnej bariery autentyczności.

Czasami spędzaliśmy z prezydentem czas w mniej oficjalnych okolicznościach. Mogłem przy takiej okazji zrobić zdjęcia, ale już nie w jego pokoju, kiedy odpoczywał. Fotografka Macrona działa pewnie podobnie. Skoro szef wpuszcza ją do swojego pokoju, to odbiorca ma prawo mieć wrażenie, że to sytuacja mocno ustawiona. Nie mówię, że to jest złe, bo fotografia prezydencka oprócz dokumentacji to też fotografia wizerunkowa - ale moim zdaniem to już łamie pewną autentyczność. Może Francuzi mają inną wrażliwość, ale w Polsce by to nie przeszło. My mieliśmy pewną granicę, której nikt nie próbował przekraczać.

Kiedyś, czekając na wyjście prezydentów z narady w formacie Trójkąta Weimarskiego, zapytałem z uznaniem Soazing, jak to jest mieć taki dostęp. Uśmiechnęła się i powiedziała, półżartem, że czasami sama obawia się, że jest za blisko i że nie wszystkim się to podoba.

W jednym z wywiadów zadano mi pytanie, czy widziałem kiedyś apartamenty prezydenckie. Nie widziałem. Jako pracownik kancelarii nigdy nie widziałem też rezydencji prezydenckiej w Promniku, którą para prezydencka traktowała najbardziej prywatnie, rodzinnie. Żyją tam najprzeróżniejsze zwierzęta. Taki trochę rezerwat połączony z własnym, wydzielonym lasem, przeciętym urokliwą rzeczką - miejsce wypoczynku dla prezydenta. Wypoczynku także od współpracowników, ochrony, interesantów i obiektywu fotografa. Szanuję to. Każdy potrzebuje takiej bezpiecznej przystani.

Posłuchaj: