,
Obserwuj
Polityka

Dlaczego zamordowano Jaroszewiczów? "Widzę dziewiątkę w tej krwi"

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
10 min. czytania
02.09.2023 14:40
"Matrioszki", tajne archiwum nazistów na Dolnym Śląsku czy może zwykli rabusie - co było przyczyną śmierci byłego premiera Piotra Jaroszewicza i jego żony? Do zabójstwa doszło w 1992 roku. W tej sprawie nadal więcej jest pytań niż odpowiedzi.
|
|
fot. SŁAWOMIR SIERZPUTOWSKI

Willa przy ul. Zorzy 19 w warszawskim Aninie to budynek o prostej bryle i skomplikowanej historii. Niegdyś nazywana była willą Lotta (lub Lotha) od nazwiska pierwszego - przedwojennego - właściciela. Po wojnie stała się jedną z baz Informacji Wojskowej, a później - tajną katownią komunistycznej Służby Bezpieczeństwa. W 1948 roku ponurą aurę, otaczającą willę na chwilę odczarował Julian Tuwim, który mieszkał tam wraz z rodziną do śmierci w 1953 roku. Żona i przybrana córka zmarłego poety musiały się wynieść, żeby w 1955 roku mogła tam zamieszkać inna ważna osobistość - przyszły premier Piotr Jaroszewicz.

"Był spokojny"

We wtorek 1 września 1992 roku, jak opisywała Monika Góra w reportażu "Człowiek, który wiedział za dużo", do furtki Piotra Jaroszewicza i jego żony Alicji Solskiej nie mogli dobić się ani listonosz, ani wicepremier. Synowie Jan i Andrzej, przez cały dzień próbowali dodzwonić się rodziców. Bez skutku. Około północy Jan zdecydował się pojechać do Anina. Powiedział bratu, że "jakby było coś nie tak", to zadzwoni do niego. Jako jedyny z dzieci Jaroszewiczów miał klucze, które jednak okazały się niepotrzebne. Drzwi same otworzyły się po naciśnięciu klamki.

W środku rozbity wazon, zakrwawiony obrus, przykryte ścierkami czerwone plamy, rozbity aparat słuchowy Jaroszewicza. W kuchni porozsypywane przyprawy i roztrzaskany telefon. Z korytarzyka wypadł sznaucer Remus. Pies miał sparaliżowane tylne łapy, skamlał. Jan znalazł ojca w gabinecie usłanym powyrzucanymi z szafek przedmiotami. Piotr Jaroszewicz siedział w drewnianym fotelu - na głowie miał bandaż, spod którego ciekła krew, a na szyi - skórzany pasek, zaciśnięty za pomocą góralskiej ciupagi. Innym paskiem do oparcia krzesła przymocowano jego lewą rękę. Drugą pozostawiono wolną, może po to, by były premier mógł coś nią podpisać?

Później śledczy odkryli, że ktoś zmienił Jaroszewiczowi zakrwawioną koszulę na czystą; zobaczyli też ślady tortur. Były premier miał być kaleczony wkręcanym w żebra korkociągiem i gaszonymi na jego ciele papierosami, próbowano też wyrwać mu język.

"Był spokojny i nie widać było po nim śladów specjalnie dużego zdenerwowania" - napisał w notatce Dariusz Woźniak, dyżurny policjant komisariatu w Aninie, który przyjął zgłoszenie młodego Jaroszewicza. Wkrótce funkcjonariusze zjawili się przy ul. Zorzy 19. Po krótkich oględzinach drzwi nie stwierdzili śladów włamania. W salonie odkryli krwawy odcisk trampka chińskiej firmy Double Coin. Policjanci zrobili to, czego nie zrobił wcześniej Jan, szukali Alicji Solskiej. Znaleźli ją martwą w łazience. Leżała skrępowana, ubrana w koszulę nocną czerwoną od krwi. Pod ciałem zamordowanej kobiety leżała kołdra, na której na co dzień sypiał pies Jaroszewiczów, a pod roztrzaskaną kulą głową podłożona była poduszka w białej poszewce w kwiatki. Jan, widząc to, zemdlał.

Przepowiednia epileptyka

Piotr Jaroszewicz urodził się 8 października 1909 roku w Nieświeżu (dzisiaj terenie Białorusi). Tu pojawia się pierwsza zagadka, dotycząca jego życia. Według oficjalnych źródeł jest synem nauczyciela ludowego Konstantego Jaroszewicza. Według innych popa z Kresów Wschodnich, który oddał dziecko na wychowanie Konstantemu i jego żonie Ludmile.

Dzieciństwo przyszły premier spędził na nauce i wędrówkach po lesie. Towarzyszy mu w tym jego rówieśnik - chłopiec chorujący na epilepsję. "Ty będziesz zabity. Takim cię widzę. W kałuży krwi. I coś tam jest jeszcze na dziewięć. Widzę dziewiątkę w tej krwi. Ale będziesz długo żył" - miał pewnego dnia powiedzieć do przyszłego premiera. 30-letniego nauczyciela Piotra Jaroszewicza i jego pierwszą żonę Oksanę wybuch wojny zastał w Pilawie. Ramię kobiety zranił odłamek bomby, polała się krew. Wtedy przypomina sobie przepowiednię przyjaciela z dzieciństwa.

O wejściu Armii Czerwonej do Polski Jaroszewiczowie dowiadują się w Bereźnem na Wołyniu, dokąd uciekli. W czerwcu 1940 roku wraz z trzymiesięczną córką Aliną, jako "wrogowie ludu", wsiadają wraz z innymi zesłańcami do pociągu, jadącego w kierunku obozu w okolicach Archangielska. W baraku, gdzie mieszkają, do Piotra dotarły słowa jednego ze współwięźniów: "Epileptycy mają tajemną moc przepowiadania przyszłości. Co komu zapowiedzą, to się sprawdzi". Kolejne lata wojny to następujące po sobie tragedie: w 1941 roku umiera Alina, później zarówno Piotr i Oksana chorują na tyfus. Jaroszewicz mający już radzieckie (przyjętego pod przymusem) obywatelstwo, zaciąga się do tzw. Armii Berlinga. Wiele at później tłumaczył: "Byłem przekonany, że sojusz z Armią Czerwoną i wspólna walka o wyzwolenie Polski od faszystów to jedyny słuszny wybór dla Polaków w Związku Radzieckim".

W ciągu zaledwie dwóch lat z pisarza-magazyniera stał się generałem brygady. Andrzej Jaroszewicz mówił: "Ojciec reprezentował polską inteligencję, był wykształcony, więc ludzi zdolnych szybko się awansowało, bo nie było specjalnego wyboru". Zdaniem publicysty Janusza Rolickiego "do Jaroszewicza Rosjanie niewątpliwie mieli zaufanie". Błyskotliwa kariera wojskowa ułatwiła Jaroszewiczowi wejście do polityki. Jeszcze w czasie wojny zostaje członkiem Polskiej Partii Robotniczej, w 1947 roku posłem, a w 1952 roku - wicepremierem. Wtedy też na raka umiera Oksana, pozostawiając męża z sześcioletnim synem Andrzejem.

W 1955 roku Jaroszewicz żeni się ponownie, z Alicją Solską - uczestniczką powstania warszawskiego, a później dziennikarką "Trybuny Ludu". Zwieńczeniem politycznej kariery Jaroszewicza jest stanowisko prezesa Rady Ministrów, którym mianuje go w 1970 roku Edward Gierek.

Piotr Jaroszewicz podczas I Krajowej Konferencji Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej
Piotr Jaroszewicz podczas I Krajowej Konferencji Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej
fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Trzy miesiące po krwawo stłumionych strajkach robotników w Radomiu w 1976 roku, Jaroszewicz przebywał na polowaniu. Gdy czekał na helikopter, który miał go zabrać do Warszawy, popatrzył na ustrzelonego dzika. W pamięci policzył pozostałe w broni kule - dziewięć. I znów przypomniała mu się przepowiednia. Premier przeciągał start maszyny, bał się. Kiedy helikopter uniósł się w powietrze, rozległ się huk. Maszyna zaczęła spadać, zatrzymała się na drzewach. Premiera wyciągnięto z rozbitego helikoptera, który tuż po tym wybuchł.

"Nic się nie stało"

Andrzej Jaroszewicz o śmierci ojca dowiedział się rankiem 2 września od swojej podwładnej, która o zbrodni usłyszała w radiu. Brat Jan nie zadzwonił do niego, jak obiecywał, by poinformować, co się dzieje z rodzicami. Andrzej samochodem popędził do Warszawy. Kiedy jego narzeczona zadzwoniła do Anina zapytać, co się stało, odebrał Jan. Powiedział: "Nic, Grażynko, nic się nie stało" i się rozłączył. Andrzej dotarł do domu rodziców, kiedy funkcjonariusze wynosili ciało Alicji Solskiej.

Już w nocy, kiedy odkryto zbrodnię, rozpoczynają się "wycieczki". Willę przy ul. Zorzy odwiedzali komendanci, naczelnicy, generałowie, prokuratorzy - najczęściej tylko po to, by zobaczyć, jak mieszkał i jak zginął były premier. Wszyscy zadeptywali ślady, pozostawili odciski palców. Jeden z licznych niedopałków papierosów z palarni, którą śledczy urządzili sobie na balkonie, omyłkowo został zaliczony do materiału dowodowego.

Jedna z mieszkanek Anina zeznała, że 1 września widziała przed furtką Jaroszewiczów "roześmianą panią i dwóch mężczyzn", którzy przyjechali "samochodem z demoludów". Tego, kim była tajemnicza trójka, nigdy nie ustalono. Przedmioty, które sprawcy najprawdopodobniej zgubili w miejscu zbrodni - zapalniczka i grzebień... gdzieś zaginęły. Podobnie będzie w przypadku wielu innych dowodów. Czy gdyby nie niechlujne prowadzenie śledztwa, to znalibyśmy dziś sprawców mordu? Trudno powiedzieć. Prawidłowe postępowanie być może zawęziłoby jednak liczbę teorii dotyczących zbrodni, których po ponad trzech dekadach nadal jest mnóstwo.

"Matrioszki"

Na początku śledczy zakładają rabunkowy motyw morderstwa, bo Jaroszewiczowie mieli ponad 63 tys. starych złotych, biżuterię, cenną kolekcję medali, broni, srebra. Ale z willi nie zniknęło prawie nic, oprócz złotego zegarka, dwóch sztuk broni i unikatowego noża, tzw. finki, którą Jaroszewicz przywiózł z podróży dyplomatycznej do Finlandii. Za wykluczeniem tezy o rabunku przemawiał także brak śladów włamania na drzwiach oraz obecność groźnego 80-kilogramowego Remusa, nie bez powodu nazywanego "czarnym diabłem".

Gdy Jan, już z funkcjonariuszami, wrócił na miejsce zbrodni, zauważył, że w gabinecie ojca nie ma jego dokumentów i rękopisów. Jak stwierdził, "to wiadomo, o co chodzi; musiał tam na kogoś nieźle napisać". Piotr Jaroszewicz na początku 1991 roku wydał książkę pt. "Przerywam milczenie" - wywiad-rzekę, spisany przez Bohdana Rolińskiego. Choć publikacja nie wywołała politycznego trzęsienia ziemi, to -

jak zeznał podczas procesu Jan - jego ojciec pisał kolejną książkę.

Roliński twierdził, że Jaroszewicz zginął, ponieważ znał tajemnicę "matrioszek", którą to zresztą wyznał mu podczas jednego ze spotkań w ogrodzie (były premier nie mówił o ważnych sprawach w domu, bo wierzył, że jest podsłuchiwany). "Matrioszki" to - w skrócie - sowieccy agenci podstawiani za ludzi władzy w PRL-u. Wśród nich mieli znajdować się - według byłego premiera - m.in. Bolesław Bierut, Wojciech Jaruzelski. A także ówczesny prezydent Lech Wałęsa, który - jako "Bolek" - wcale nie przeskoczył słynnego płotu Stoczni Gdańskiej, tylko został "dostarczony" motorówką Marynarki Wojennej.

Dlatego zbrodnię na Jaroszewiczach łączono ze śmiercią gen. Jerzego Fonkowicza, w czasie wojny - agenta NKWD. Został on zamordowany w 1997 roku przez nieznanego sprawcę. Do zbrodni doszło - podobnie jak w przypadku Jaroszewicza, w domu ofiary. Fonowicz też był przed śmiercią torturowany. Generał miał wiedzieć o systemie "matrioszek". Inna tajemnica, która łączyła obu zamordowanych, miała dotyczyć odkrycia hitlerowskiego archiwum mieszczącym się w pałacu w Radomierzycach. Jednak, jak przyznał wkrótce autor tej teorii - badacz służb specjalnych Henryk Piecuch - została ona zmyślona.

Macocha jak z bajki

W rodzinie Jaroszewiczów nie było sielanki, choć przed opinią publiczną polityk utrzymywał, że jego małżeństwo szczęśliwe. Źródłem napięć był stosunek kobiety do syna Piotra z pierwszego małżeństwa. Solska Andrzeja nie cierpiała i karała go za najmniejsze przewinienia, biła. Doprowadza do tego, że młody chłopak na dłuższy okres wyprowadził się na wieś, gdzie mieszkał przyjaciel Piotra Jaroszewicza sprzed wojny Stanisław Cabaj. Jak stwierdził sam Andrzej Jaroszewicz: "Macochę miałem jak z bajki".

Solska kazała gosposi Jaroszewiczów Mariannie Oleszczuk przekazywać notatki ze wszelkimi informacjami dotyczącymi Andrzeja. Innym razem miała nakazać, by kobieta nazbierała muchomorów i nakarmiła nimi Piotra i Andrzeja. Gospodyni w końcu nie wytrzymała, zrezygnowała z pracy u Jaroszewiczów. Na odchodne miała powiedzieć do Jaroszewiczowej: "Jęzor ci wyjdzie do pasa po śmierci".

Piotr Jaroszewicz miał myśleć o rozwodzie, ale zabronił mu tego sam I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka. "Wiesław" postawił ultimatum: albo małżeństwo, albo koniec kariery. Jaroszewicz tkwił więc w związku z Solską, a jednocześnie spotykał się ze swoją prawdziwą miłością - Wandą Marciniak.

Solska w najbliższym otoczeniu znana była również z tego, że nie odstępowała męża na krok, a kiedy w willi przy Zorzy dzwonił telefon, nie pozwalała, by odebrał go ktoś inny. Niektórzy podejrzewali nawet, że była agentką, której zadaniem było pilnowanie Jaroszewicza. Gdy tuż przed zbrodnią Andrzej w rozmowie telefonicznej oznajmił macosze, że odwiedzi ich w poniedziałek 31 sierpnia, nie zgodziła się. Jak tłumaczyła, przez cały dzień będą bardzo zajęci. Jaroszewiczowie mieli odwieźć Hannę - córkę Solskiej z pierwszego małżeństwa, na lotnisko. Solska jednak nie pojechała. Takie zachowanie było do niej niepodobne.

31 sierpnia do Jaroszewicza do Anina miała przyjechać Barbara Jakubiec z gdańskiego oddziału Telewizji Polskiej. Dziennikarka planowała napisać z byłym premierem książkę o kulisach władzy generałów Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka. Alicja Solska przełożyła to spotkanie na wtorek 1 września. Monika Góra, autorka reportażu "Człowiek, który wiedział za dużo" po dziennikarskim śledztwie ustaliła, że Barbara Jakubiec jest żoną Zdzisława Romualda Cabaja - syna tego samego Stanisława Cabaja, do którego Andrzej został "zesłany" w młodości.

Jan Jaroszewicz przerywa milczenie

Pierwsza grupa oskarżona w sprawie Jaroszewiczów siadła w ławie oskarżonych w 1994 roku. Byli to dosyć pospolici rabusie o pseudonimach "Faszysta", "Niuniek", "Krzaczek i "Sztywny", którzy dokonali napadu w oddalonym o 400 metrów od ulicy Zorzy domu generałowej Barbary Spiechowicz. Mężczyzn wsypała konkubina "Faszysty". Cała czwórka została prawomocnie uniewinniona w 1998 roku.

Na kolejne odkrycie w sprawie zbrodni trzeba było czekać aż 19 lat. Tomasz Sekielski autor programu "Teoria Spisku" dla Fokus TV, jeden z odcinków poświęcił

morderstwu byłego premiera i jego żony . Rozmawiał m.in. z Janem Jaroszewiczem, który - w przeciwieństwie do Andrzeja - dotąd praktycznie nie wypowiadał się publicznie na temat zbrodni z 1992 roku.

Syn Jaroszewiczów pokazał Sekielskiemu karton z dowodami, który siedem lat wcześniej otrzymał od sądu, a którego nigdy nie otworzył. Jak mówił, nie miał odwagi. W środku były ubrania, w których zginęło małżeństwo (zakrwawiona koszula Solskiej przechowywana w plastikowej torbie z Myszką Miki), bandaże, dokumenty, notatniki, a przede wszystkim folie daktyloskopijne z odciskami palców, których policja poszukiwała przez lata. Dziennikarz i Jan Jaroszewicz w lutym 2017 r. przekazują znalezisko Prokuraturze Okręgowej w Warszawie.

"Komandos do zadań specjalnych jak James Bond"

"Nie ma zbrodni doskonałej. Wszystko wskazuje dzisiaj - choć sprawa będzie rozstrzygana przez sąd, mówię tu o wysokim prawdopodobieństwie - że prokuratura i policja dokonała przełomu" - ogłosił w marcu 2018 roku,

cytowany przez "Fakt" minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Chodzi o zatrzymanie Dariusza S., Marcina B. i Roberta S., czyli tzw. Gangu Karateków.

"Karatecy" na początku lat 90. wykorzystywali swoje umiejętności w tej sztuce walki do obezwładniania mieszkańców domów, które okradali. Dariusz S., (jak powiedział o nim ówczesny zastępca Prokuratora Okręgowego Marian Siejczuk: "komandos do zadań specjalnych, jak James Bond"), do zbrodni przyznał się sam.

Ziobro podczas swojego wystąpienia wspomniał o roli mediów doprowadzeniu do przełomu, jednak nazwisko Sekielskiego z jego ust nie padało. Na upomnienie dziennikarza, że "nie jakieś nieokreślone media, a on dostarczył dowody", Prokuratura Krajowa odpowiedziała oświadczeniem, że "decydujące dla śledztwa były zeznania jednego z podejrzanych (...). Wiarygodność jego wyjaśnień potwierdziła ich szczegółowa weryfikacja, w tym porównanie z innymi zebranymi w sprawie dowodami. Wśród tych dowodów nie ma materiałów przekazanych przez Tomasza Sekielskiego i Jana Jaroszewicza".

W sierpniu 2020 roku

rozpoczął się proces . Po roku oskarżonych zwolniono z aresztu, wobec mężczyzn zastosowano dozór policyjny.

Przyczyna był niewystarczający materiał dowodowy . Andrzej Jaroszewicz, w procesie drugi oskarżyciel posiłkowy, zeznania jednego z "karateków" ocenił tak: "Ktoś go uczył, co ma mówić, ale chyba nie do końca nauczył".

"Są sprawy, które muszą wyjść na jaw"

Najnowsze doniesienia mediów w sprawie postępów w śledztwie pochodzą ze stycznia 2023 roku. "Sąd po wysłuchaniu oskarżonych, a także rodzin ofiar - kontynuuje przesłuchania świadków. Do wezwania pozostało kilkanaście osób" - poinformowała Polska Agencja Prasowa. Jak dodano, duża część zeznań dotyczyła procesu "Faszysty" i jego trzech towarzyszy, zakończonego jeszcze w latach 90.

W piątek 22 listopada 2024 Sąd Okręgowy w Warszawie uniewinnił wszystkich trzech oskarżonych w sprawie m.in. o zabójstwo w 1992 roku b. premiera PRL Piotra Jaroszewicza i jego żony Alicji Solskiej-Jaroszewicz. - Błędy i niekonsekwencje prokuratury w postępowaniu przygotowawczym doprowadziły do takiego wyroku - powiedział na początku uzasadnienia orzeczenia sędzia Stanisław Zdun.

Czy kiedykolwiek dowiemy się, kto stał za zbrodnią w willi przy Zorzy 19? Jak stwierdził sam Piotr Jaroszewicz, "są sprawy, które muszą wyjść na jaw niezależnie od tego, czy opowie je publicznie on, czy ktoś inny. Muszą ujrzeć światło dzienne. Tak będzie za sprawą ludzi, którzy będą dążyć do zrozumienia naszych czasów. Ale to nastąpi później, później. Mnie już nie będzie".